Druga odsłona gotowania

Dopiero co zaczął się drugi sezon Masterchefa, a ja już dowiedziałem się jednej, niezwyklej istotnej, rzeczy. Otóż Polacy nie są gotowi na jedzenie wiewiórek. Oto dowód na to, że telewizja kształci oraz rozwija. Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad kulinarnymi gustami Polaków. Na pewno wkrótce na naszym stole zagości to rude zwierzątko. W końcu musimy pokazać, że my wcale nie jesteśmy zacofani. Wprost przeciwnie – jesteśmy gotowi na wszystko.

Polski Masterchef już w pierwszym sezonie wzbudził moje obawy. Usłyszana ostatnio wypowiedz tylko je potwierdziła. Moim zdaniem ten format został źle zaadaptowany do Polskich warunków. W studio panuje półmrok. Mam wrażenie, że osoba odpowiedzialna za realizację programy koniecznie chce podtrzymać w nim atmosferę grozy. Cały czas mnie to zastanawia. W końcu widzowie chcą zobaczyć jak ktoś gotuje, popisuje się swoim talentem i serwuje swoje oryginalne pomysły. Jeżeli będą chcieli obejrzeć horror albo thriller to wybiorą inny program.

Napięcie w talent show buduje się w inny sposób – poprzez pokazywanie rywalizacji. A w pierwszym sezonie częściej widziałem logo Makro, niż konkurujących ze sobą kucharzy-amatorów. Potem pojawiły się kolejne firmy, które postawiły na gwałcące oczy lokowanie produktu. Sytuacja ta mnie irytowała, ale potrafię ją zrozumieć. Program musi na siebie zarobić, a skoro sponsor wyłożył pieniądze to niech ma reklamę. Jednak nie rozumiem idei Masterchefa. Przynajmniej w wydaniu polskim.

Naszego Masterchefa porównuję z jego dwoma odpowiednikami: amerykańskim i australijskim. Przez pewien czas TLC miało w ramówce edycję irlandzką, ale akurat tej nie oglądałem, więc nie wiem w jakim stopniu jest podobna do pozostałych. Wracając do tematu: widzę trzy zasadnicze różnice pomiędzy polską edycja, a dwiema wymienionymi na początku akapitu.

Różnica 1: Studio przyjazne uczestnikom

W trakcie oglądania polskiego Masterchefa mam wrażenie, że uczestnicy na czas programu, zostają zamknięci w hangarze, który stoi w szczerym polu. Do tego należy dodać mnóstwo pustej przestrzeni w studio i ciągły niedobór światła. Tych cech pozbawione są edycje amerykańska i australijska. Tam akcja programu rozgrywa się w specjalnie przygotowanym i przemyślanym pomieszczeniu. Być może u nas zostało one stworzone w pośpiechu, w myśl zasady „prowizorka najdłużej wytrzyma”. Dlatego bardzo zdziwiłem się, gdy zobaczyłem, że w tym roku uczestnikom będzie towarzyszyła ta sama dekoracja. Zapewne dzięki niej o wiele bardziej widoczne są loga sponsorów. W końcu to dla nich oglądamy program.

Różnica 2: Kryteria?

Zastanawiam się w jaki sposób wybierani są uczestnicy polskiego Masterchefa. Co decyduje: umiejętności, chęci czy skuteczny marketing? Cały czas odnoszę wrażenie, że w naszej rodzimej edycji funkcjonuje ślepy los. Jedni przechodzą, bo zaprezentowali faktycznie coś wyjątkowego. Drudzy bo potrafili się zareklamować. Trzecim nie udało się ugotować niczego interesującego, ale jurorzy wyczuwają w nich potencjał. A już na pewno przejdą Ci, którzy mają wstrząsającą/wzruszającą/podnoszącą oglądalność (niepotrzebne skreślić) historię.

Irytują mnie te niejasne kryteria. Oglądałem wraz z Żoną castingi do edycji amerykańskiej zauważyliśmy jedno: jurorzy poszukiwali przede wszystkim talentu, oryginalnych pomysłów i umiejętności. Nie zarejestrowałem osób, które weszły do programu na zasadzie chęci. Takie podejście później procentowało. Niektórzy uczestnicy prezentowali niezwykle oryginalne potrawy, łączyli składniki w zaskakujący sposób i wszyscy byli gotowi, aby gotować. Ten ostatni element w polskim Masterchefie wcale nie jest taki oczywisty.

Różnica 3: Historie

Zarówno w edycji amerykańskiej jak i australijskiej nie zauważyłem, aby telewizja wchodziła w życie uczestników. Wyraźnie widać, że do programu wybiera się osoby, które mają przede wszystkim gotować. Inaczej jest w polskiej edycji. Bazuje ona wywoływaniu emocji, odsłanianiu życia osób biorących udział w programie i ciągłego podkreślania jak bardzo udział w Masterchefie zmienia ich życie. Czy przez to nasza edycja jest bardziej prawdziwa? Mocniejsza? Wyraźniejsza? Nie sądzę.

Spotkałem się za to z wyraźnym zmęczeniem tymi wszystkimi historia. Uważam, że ciągłe przywoływanie trudnych momentów prowadzi do wzrostu znieczulicy. Widzowie oglądają różne tragedie, widzą jak Masterchef zmienia życie, a po zakończeniu programu nie wiadomo, co dzieje się z uczestnikami mającymi historię. Wyszli na prostą? Są szczęśliwsi? Nikogo to nie interesuje. Ważne było to, że na pewien czas podnieśli oglądalność. Żyjemy w świecie zdominowanym przez różne słupki (zysk netto, oglądalność itp), więc również ludzki los można przedstawić za ich pomocą.

Kuchenny szał

Nie wiem czy będę kontynuował oglądanie drugiej edycji Masterchefa. Chciałbym zobaczyć genialnie gotujących Polaków, którzy rozwijają swoje umiejętności. Obawiam się, że będzie podobnie jak w poprzednim sezonie, że prowizorka przejdzie z miejsca na ludzi. Improwizowanie nie zawsze polega na chaotycznym tworzeniu, rozlatujących się przy najmniejszym dotknięciu, fasad.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s