Zakochałem się w Mieście (II)

Zakochałem się w Mieście, bo nauczyłem się słuchać ludzkich szeptów. Podsłuchuję rozmowy, wyłapuję urywki emocji i karmię się nimi. Żeruję na beznadziei codzienności, którą ośmieszają się pseudoniezależni myśliciele. Drwię z alternatywnych myśli wypowiedzianych tak głośno, że wprawiają w drżenie sznurówki w trampkach. Czytam napisy na plecakach i na murach. Czasami zastanawiam się, czy ja też powinienem się oznakować i opowiedzieć się, po którejś ze stron. Jednak tego nie robię. Staram się pozostać Nikim, bo tylko wtedy mogę bezpiecznie obserwować szczęście. Ono też pojawia się w mieście.

Jest ledwie dostrzegalną chwilą, zwykłym uśmiechem. Zrobiłem tysiące kroków zanim nauczyłem się wyłapywać te maleńkie przebłyski światła, które rozpływają się ciepłem w zimnej szarości miejskiego świata. Widzę ludzi uśmiechających się do wyświetlaczy telefonów (to jest szczęście). Słyszę syk otwieranego w autobusie piwa (to jest szczęście). Podsłuchuję wspomnienia różnych wydarzeń, w których emocje przypominają początek piątej symfonii (to jest szczęście). Jak widać w Mieście można je spotkać na każdym kroku. Trzeba opanować umiejętność odłupywania jasnych kryształów od szarej rudy miejskiego świata. Trzeba nauczyć dłonie delikatności, aby nie zmiażdżyć kruchej materii szczęścia.

Nie wiem, co lubię bardziej. Miejskie słońce czy miejski deszcz. Nie wiem, czy bardziej wolę patrzeć na słoneczne chodniki, czy oglądać niebo w kałużach ulic. Miasto jest zawsze inne. Słońce różnie je oświetla, krople inaczej rozbijają się na betonie, a inaczej na asfalcie. Wszystkie różnice są kwestią światła lub dźwięku. Szum potrafi ucichnąć zarówno przy ulewnym deszczu jak i bezlitośnie gorącym słońcu. Miasto szybciej reaguje na zmiany pogody, bo one są na chwilę, tylko na moment zmieniają jego wygląd. Zmiany w ludziach odbijają się w wyglądzie domów, na parkingach oraz w oknach kamienic. Na nie potrzeba o wiele więcej czasu, bo Miasto musi je zaakceptować, włączyć w siebie, wtedy staną się jego elementem, który pokryje deszcz lub oświetli słońce. A ja wciąż nie wiem, czy wolę patrzeć na krople spadające z dachu czy na żółte kwiaty kwitnące w słońcu.

Dopiero w nocy, a czasem późnym wieczorem, gdy już zasypiasz zmęczona kolejnym szaleństwem, zaczynam wspominać. Moja dusza wychowała się na zielonych polach Arkadii i zawsze pozostanie wolna. Poprawiam na tobie kołdrę, a sam uciekam pod błękitne niebo spokoju i braku czasu. Arkadię potrafię tylko wspominać, nie chcę do niej wracać. Ona musi trwać w mojej pamięci. Wtedy będzie wiecznie niezmienna i wolna od jakiegokolwiek upływu czasu. Nie może się zmienić, dzięki swej ponadczasowości jest całkowicie oderwana od świata. Staje się azylem, do którego mogę uciec, gdy znudzi mi się bycie przechodniem. W Arkadii zawsze jestem sobą, jestem tą osobą, którą zapamiętałem jako siebie. Ja mogę zmienić swoją pamięć, uzupełnić ją dodając nowe wrażenia, ale Arkadia jako miejsce, w którym ją składam musi pozostać taka sama. Moje wspomnienia będą wtedy jak kwiaty rosnące na zielonej łące pod błękitnym niebem. Będą odcinały się kolorem uczuć i pokrywały rosą przeszłości. W niezmiennej Arkadii będę mógł między nimi spacerować i zachwycać się ich istnieniem.

Pochodzę z Arkadii. Mieszkam w Mieście. Nie zdradziłem. Nie zapomniałem. Oddycham. Patrzę. Słyszę. Żyję.

JESTEM.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s