Zakochałem się w Mieście (I)

Zakochałem się w Mieście. Teraz jestem tego pewien. Wiem już, że zakochałem się w nim szaleńczo i bezpowrotnie, wiem że nie będę potrafił pozbyć się Miasta ze swojego serca. Nie będzie dla mnie cierniem, wiecznie gnijącą raną, stanie się trzecią komorą, przez którą popłynie cała moją miłość do nowych miejsc. Nigdy nie będzie zwykłym dodatkiem do moich wszystkich emocji. Przekształci się w zbiornik wspomnień składający się z dźwięków zasłyszanych przeze mnie rozmów. Taka właśnie jest moją miłość do Miasta – to zwykły kawałek tego, co ludzie uporczywie nazywają „życiem”, które dla mnie zawsze będzie zagracone niepotrzebnym złomem. Dlatego wszystkim jest tak ciężko, dlatego ludzie są ciągle zmęczeni.

A jeszcze nie tak dawno nienawidziłem Miasta. Właśnie za ten ciężar, za to zmęczenie. Gdy opuszczałem swoją Arkadię czułem przytłaczający mnie żal i dopiero po czasie zrozumiałem, że pochodził on z ludzi, a nie z Miasta. Wchodziłem do świata, który rządził się zupełnie innymi prawami. Pomiędzy drzewami, pośród liści i zielonych źdźbeł traw odległości rozciągają się w czasie. Przestrzeń nie jest taka ważna. W końcu w mojej Arkadii miejsca istnieją, a dopiero później są. Do życia powołuje je ruch gałek ocznych, rytm oddechów i kąt padania światła. W mojej Arkadii wszystkie miejsca są przesycone wspomnieniami, są delikatnymi chwilami, które pękają jak bańki mydlane, gdy próbuje się je złapać.

W Mieście jest zupełnie inaczej. Tam wszystkie miejsca są określone, pewne w swej trwałości niechętnie zmieniają formę. Przystanek zawsze jest przystankiem, kiosk kioskiem a supermarket wielkim sklepem, w którym wszystko można kupić. W Mieście wszystko musi mieć powód, przyczynę i cel. Wszystko, co nie spełnia tych wymagań zostaje okrzyknięte irracjonalnym lub zbędnie metafizycznym. Tak, Miasto od zawsze jest przerażone, na każdej ulicy widać, że ciągle się czegoś boi. Dlatego nieustannie pędzi, w biegu próbuje zamaskować dowody swojego strachu. Poza tym próbuje nie zasypiać, broni się przed irracjonalnością snu. Miasto mogłoby wyśnić koszmar, który przeraziłby mieszkańców. Oni mogliby je opuścić, odejść i skazać na śmierć. Miasta umierają, ale zdarza się to niezwykle rzadko. Częściej stają się żywymi trupami, po których skórze poruszamy się.

Ja już nie boję się Miasta. Jego bezsenności, wiecznego pragmatyzmu, dzwoniących tramwajów i uciekających autobusów. Hałas samochodów i ludzkich oddechów już mnie nie przeraża. Pogodziłem się z tłumem, nauczyłem się w nim znikać. Rozpływam się w nim, staję się przypadkowym przechodniem, nieczułym na powiew egzystencji. Wtedy wolę wiatr równych kroków, miejski marsz do pracy, z pracy, do klubu, do domu. Oddycham betonowym powietrzem, przeglądam się w mokrym asfalcie i słucham szumu kół. W tłumie zasypiam i zapominam o swojej Arkadii. Drzewa zamieniam na ludzi, śpiew ptaków na codzienny warkot silników. Staję się żywą tkanką miasta. Staję się zwykłym przechodniem, który nie zwraca na nic uwagi, przechodniem, który jest skoncentrowany tylko na swojej drodze. Liczą się dla mnie tylko moje kroki, dbam o to, aby nikt nie przeszkodził mi w moim ruchu. Idę, idę i ciągle idę. Nie chcę się zatrzymać, tak cudownie stać się Miastem, rozpłynąć się w nim.

Tak, gdy wychodzę z domu, po krótkim marszu, staję się Miastem. Czuję je całym sobą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s