Sufit

Brakowało mu tylko tej ostatniej odpowiedzi. Przez ostatnie dwa dni leżał w łóżku i poszukiwał jej na suficie. Poza pełzającymi muchami zwabionymi słodkim kompotem nie było tam absolutnie nic. Sufit zawiódł, a pytanie nie ustępowało. Wbiło się jak żądło osy. A przecież składało się z niewielu słów. Brzmiał: Jak to się stało?. Znak zapytania budził wątpliwości.

Kiedy pierwszy raz przybył do tego miejsca był niezwykle zmęczony długą wędrówką. Poszukiwał czegoś, co (tak mu się wydawało) dawno stracił. I nawet na moment nie trafił na trop tej rzeczy. Chociaż czasem mu się wydawało, że tu za linią horyzontu znajdzie zamknięty kufer, a w nim złoty pergamin, na którym wyryte będą wszystkie odpowiedzi. Nic takiego się nie wydarzyło. Monety nadziei każdego dnia wypadały z jego dziurawych kieszeni. Jedna za drugą, brzęcząc toczyły się po nierównych ścieżkach i odbijały od kamieni. O tym, że tutaj odnajdzie spokój usłyszał od człowieka, którego kiedyś spotkał.

– Tak, idź na zachód – mówił z przejęciem – tam jest pewne miejsce, który bardzo lubi przyjmować takich jak ty. Nie przejmuj się. Jakieś zajęcie szybko się dla ciebie znajdzie. Już wielu takich poszukiwaczy tam osiadło. Są bardzo szczęśliwi. Ich dni są pełne spokoju i czują się potrzebni. Tak, wielu takich jak ty odnalazło tam swój dom.

Poszedł. Złe przeczucia się nie pojawiły. Gdy stanął na ostatnim wzgórzu zauważył dach domów. Na niebieskim niebie odcinał się brąz i czerwień dachówek. Nad miejscem straż trzymała wysoka okrągła wieża. Cała zbudowana z srebrnego kamienia, który odbijał światło słońca. Do pierwszych domów dotarł późnym popołudniem. Wieża swoim niezwykłym pięknem przyciągała jego wzrok. Poszedł w jej kierunku. Widział jak ludzie wieszają pranie, siadają do kolacji, podglądał ich życia przez duże okna. Każdy dom takie miał. Wpuszczały bardzo dużo światła, najczęściej tego odbitego od wieży. Szczęście kwitło w jej srebrzystym blasku, było pokryte jej blaskiem. Czuł spokój tego miejsca. Ludzie pozdrawiali się na ulicy, nieśli zakupy, śpieszyli się do swoich rodzin. Niektórzy byli zamyśleni. Ale ich oczyma nie targał wicher przyszłych wątpliwości, ale bryza codziennych problemów, z którymi można sobie poradzi. Zauważył, że każda egzystencja ma tutaj swój cel. Chciał być taki jak oni, chciał poczuć się potrzebny. Stanął przed wejściem do wieży. Od tamtego człowieka wiedział, że tutaj rejestruje się nowych mieszkańców. W środku, w przestronnym oświetlonym świecami pokoju, stało tylko jedno biurko. W wieży nie było ani jednego okna.

– Chciałbym tutaj zamieszkać – jego głos odbił się od ścian – Chciałbym się tutaj zatrzymać. Na zawsze.

Człowiek siedzący za biurkiem uśmiechnął się. Bez słowa podał mu formularz do wypełnienia.

Kilka dni później był już prawowitym mieszkańcem tego miejsca. Dostał małe mieszkanie w dwupiętrowym domu, bardzo odpowiedzialną pracę i poczucie sensu własnego życia. Wszystko zawdzięczał jednemu podpisowi pod formularzem. Kilka pociągnięć czarnego atramentu dało mu szczęście, które nie potrafiły zapewnić otwarte przestrzenie łąk i wysokie góry. Wtedy wszystko to wydawało się piękne. Czuł się cudownie, gdy po ośmiu godzinach wracał do domu i robił sobie obiad. Uwielbiał rozmawiać ze swoimi sąsiadami, którzy mieli codzienne problemy i poszukiwali dla nich codzienny rozwiązań. Jego praca była wspaniała i niezwykle potrzebna. Stał się ważnym trybikiem w życiu tego miejsca.

To było wtedy. Zanim przyszły pytania. Zanim znowu to poczuł. W piątek położył się na łóżku i postanowił, że nie wstanie z niego tak długo, aż nie znajdzie odpowiedzi. Sufit milczał. Samego siebie bał się zapytać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s