Suma rozczarowań

Dawno się tak nie nudziłem. Dawno nie widziałem tak bezpłciowego spektaklu. Jego opis był ciekawy. Zapowiadało się, że zobaczę opowieść o miłości, o maskach jakie nakładają na siebie ludzie. A poza tym Matematyka miłości sprawiała wrażenie, że będzie spektaklem, w którym słowo i muzyka będą tak samo dobre jak i ważne. Wtedy główny temat, czyli miłość, zostałaby podkreślona przez erotyczne tango oraz poruszającą muzykę flamenco. W sobotę, w kinoteatrze Rialto, przeżyłem bardzo bolesną konfrontację z rzeczywistością.

Okazało się, że jest to monolog przerywany tangiem oraz muzyką. Sam pomysł nie jest taki zły. Można przyciągnąć uwagę widza i go nie zmęczyć. Wszystko dzięki tanecznym wstawkom. Wtedy widownia miała skoncentrować się na flamenco i podziwiać rewelacyjnie tango. Kiedy mówi jedna osoba wszystko wydaje się mocniejsze. Uczucia stają się gwałtowniejsze, mamy wrażenie, że obserwujemy osobę w bardzo intymnej sytuacji. Monolog pozwala podglądać i dotrzeć do ukrytych spraw. Niestety w Matematyce miłości nie jest tak pięknie. Już sama opowieść jest, delikatnie mówiąc, nudna i mało zajmująca. Prawdy, które pojawiają się w spektaklu przypominają fragmenty z kiepskich pseudofilozoficznych powieści. Przypomina dziwne połączenie biografii niespełnionej gwiazdy z poradnikiem dla zakochanych.

Najgorsze jest to, że Małgorzacie Zajączkowskiej nie udało się wykreować przekonującej postaci. Jest to wina kiepskiego tekstu jak i wyraźnego braku charyzmy. Mówiła w bardzo sztuczny sposób. W jej głosie można było wyłapać dziwne fałszywe nuty, które składały się na udawane emocje. Aktorka nie wykrzesała z siebie nawet odrobiny ognia i tym samym jej gra przypominała występ w trakcie szkolnej akademii. Nie udało jej się zbudować żadnego napięcia między widownią a postacią. Raczej wzbudzała irytację niż zainteresowanie. Mówiła o miłości, o cierpieniu, o śmierci i o rozczarowaniu w taki sam sposób, w jaki zamawia się herbatę albo ciasto w kawiarni.

Na szczególną uwagę należy się Piotrowi Woźniakowi. Jego tango przypominało ruchy aktora, który reklamuje mopy w telewizji. Całkowicie spłaszczył ten niezwykle erotyczny taniec. Obdarł go z wszelkiej zmysłowości i sprowadził do obrotów i kroków jakie każdy może wykonać na własnym podwórku. Najdziwniejszy był pomysł, aby Piotr Woźniak tańczył bez partnerki. Być może dlatego jego tango było całkowicie wyprane z emocji. Najwyraźniej Alicja Albrecht zapomniała, że jest to taniec, który polega na wzajemny przyciąganiu i flirtowaniu. Bez drugiej osoby całkowicie traci swoją moc i staje się nudny.

Na koniec pojawiły się dwie retrospekcje, które przybrały postać postać mało zajmujących fragmentów filmowych. Dzięki wpisały się w poziom beznadziejności całego spektaklu. Najciekawsze były wskakujące do fontanny gołębie. Innej głębi nie było.

Matematyka miłości to wielka tragedia. I nie mam na myśli gatunku. Jest to spektakl, na którym można się wynudzić i zawieść. Zdecydowanie nie polecam. Chyba, że ktoś ma ochotę zobaczyć w jaki sposób zabija się piękno tanga.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s