240 stron nijakości

Dawno nie czytałem książki, która byłaby tak do bólu tandetna. Wszystko przebiega tutaj według oklepanego schematu, niespodzianki zostały zredukowane do niezbędnego minimum. Mamy młodą dziewczynę, która w poszukiwaniu lepszego życia ucieka z małej wioski do dużego miasta. Tam próbuje odnaleźć siebie i spełnić swoje marzenia. Jak w życiu, i w książkach, bywa wychodzi jej to różnie. Akcja dzieje się w Chinach.

Język jest nieskomplikowany. Widać w nim surowość świata, z którym musi zmierzyć się siedemnastoletnia bohaterka. W taki sposób czytelnik miał być bliżej wydarzeń z życia Fenfang. Jednak dystans nie zniknął. Wszystko przez nadmierną dbałość o szczegóły. Czytelnik nawet na moment nie może rozwinąć swojej wyobraźni. Jest prowadzony za rękę, narracja nie pozwala się wczuć w życie głównej bohaterki. Zapewne miała to być chłodna dziennikarska relacja. Nie wyszło. Mamy do czynienia z czymś, co swoją formą przypomina pamiętnik nastolatki. Opisy związków, mieszkań, miejsc, przeżyć i emocji. Niestety nie znajdziemy tutaj radości wynikającej z podglądania cudzego życia, wykradania indywidualnych tajemnic, nawet erotyki jest niewiele. W zamian za to czytelnik jest atakowany tandetą i nudą.

20 odsłon zachłannej młodości składa się z dwudziestu rozdziałów, względnie krótkich, a każdy z nich ma inny tytuł. To uporządkowanie jest całkowicie pozorne. W założeniu poszczególne części miały dotyczyć konkretnych wydarzeń, które spotkały Fenfang. A panuje tutaj całkowity chaos. Pojawiają się elementy, które w ogóle nie wpływają na fabułę. Po prostu są i tyle. Książce brakuje konsekwencji w prowadzeniu akcji i dobrego autorskiego pomysłu.

Autorka wcale nie próbuje rozmontować znanego schematu nastolatki znudzonej monotonnym życiem w małej wiosce. Ona tylko adaptuje go do chińskich warunków. Na fabułę składa się odrobina zawiedzionej miłości, trochę walki o marzenia i przeżycie w wielkim mieście i zakochany przyjaciel. Wszystko dzieje się w Pekinie. Zaskoczeń jest niewiele. Na dodatek scenariusz, który napisała Fenfang (a który, oczywiście, musiał znaleźć się w książce) jest tak kiepski, że najlepiej go pominąć. To najzwyklejsze wypełnianie pustych miejsc, na które brakło pomysłów. Dlatego nie sądzę, aby na opisanie przygód Fenfang potrzebne było ponad 200 stron. Myślę, że 60 zupełnie by wystarczyło.

Książka jest źle wyważona. Jest w niej surowość, ma zadatki na dokument, którego zadaniem jest obnażenie trudów odnalezienia swojego miejsca w wielkim, niezwykle nieprzyjaznym, mieście w Chinach. A skoro rzecz dotyczy kobiety to powinno być bardzo tragicznie. Tu powinny pojawić się emocje, które w książce są całkowicie nijakie. Przebija z nich sztuczność i nieudolność. One są całkowicie płaskie, głębia zgubiła się w chaotyczniej strukturze książki. Miał się rozegrać prawdziwy dramat, przecież bohaterka musi zmierzyć się z różnymi przeciwnościami, a spotykamy się z kiepsko napisanym pamiętnikiem. Autorce nie udało się ożywić świata przedstawionego. Pozostał on całkowicie papierowy. Fenfang i inni bohaterowi to zwykłe marionetki, które biorą udział w kiepskiej sztuce.

Jedno się udało. Xiaolu Gou stworzyła idealną książkę na podróż autobusem. Lektura nie jest ani bardzo wciągająca ani bardzo męcząca. Można czytać bez obaw, że przegapi się swój przystanek.

// Xiaolu Gou „20 odsłon zachłannej młodości”. Wydawnictwo Albatros Warszawa 2010.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s