Mozart w kościele

Mój sposób myślenia o muzyce zmienili Death, Pink Floyd, Milles Davies, Charile Parker, Ludwig van Beethoven oraz Wolfgang Amadeusz Mozart. Nie wymieniłem wszystkich kamieni milowych. Poprzestałem na tych, które najbardziej mnie uderzyły. Kiedy dowiedziałem się, że 17 sierpnia, w Kościele Mariackim w Katowicach, zostanie wykonana muzyka sakralna Wolfganga Amadeusza Mozarta, stwierdziłem, że chciałbym się tam znaleźć. I udało się.

Koncert odbył się w ramach „Projektu Mozart 2010”. Jest to ósma edycja muzycznego cyklu, który jest w całości poświęcony twórczości Wolfganga Amadeusza Mozarta. Jego zakończenie planuje się na rok 2020. Wtedy, we wszystkich stolicach Europy, zostanie wykonane Reqiuem, jedno z najważniejszych i najbardziej hipnotyzujących dzieł w historii muzyki. Jednak nie wybiegamy za bardzo w przyszłość. Lepiej wróćmy do wtorku, do 17 sierpnia, kiedy to usłyszeliśmy następujące utwory: Magnificat KV 193, Missę brevis w D – dur KV 194, Sub Tuum presidium KV 198, Litaniae Loretaniae B.M.V. KV 109 oraz Ave verum Corpus KV 618. Na zakończenie, w ramach swoistego bisu, wykonano De Profundis autorstwa Michała Dobrzyńskiego.

Utwory sakralne potrzebują kamiennych murów, aby dobrze brzmieć. Dlatego bardzo podoba mi się pomysł zorganizowania koncertu w gotyckiej katedrze w Katowicach. Kościół odebrałem jako zimny w środku. Zdecydowanie bardziej podoba mi się jego zewnętrzna, bardzo strzelista architektura. Zawsze, gdy przechodzę obok mam wrażenie, że wewnątrz jest mnóstwo miejsca. Pomyliłem się. Kiedy tylko usiadłem w kościelnej ławie od razu poczułem się przygnieciony ścianami. Nie zachwycił mnie ołtarz, nawet ornamentyka była mi obojętna. Jednak nie dla architektury tam poszedłem. Na pierwszym miejscu stała muzyka i tutaj pojawiły się dwie wątpliwości.

Pierwszą, przestrzenna, dotyczyła samego kościoła. Obawiałem się, że ze względu na wrażenie ciasnoty muzyka nie nabierze odpowiedniego rozmachu. Wszystkie zawarte w niej emocje rozbiją się o stojących bardzo blisko ludzi, wytraci swój impet i nie zabrzmi tak jak powinna. Mała przestrzeń przeszkadza również w kontemplacji dzieła, w jego rozkładaniu w sobie. Bo jak można się zachwycić świetnie poprowadzonym głosem chóru, gdy ktoś dosłownie na ciebie włazi?

Drugą wątpliwość nazwę liturgiczną. Muzyka została włączona w porządek mszy świętej, która na dodatek była celebrowana po łacinie. Zastanawiam się czy takie rozwiązanie było konieczne. Nie każdemu może ono odpowiadać, są ludzie którzy lubią Mozarta, ale obowiązek uczestnictwa w liturgii może im się wydawać zbędny. Dla mnie był to przede wszystkim koncert, a nie msza święta. Dlatego brakowało mi momentu ciszy, w którym dźwięk może spokojnie wybrzmieć. Przerwy między kolejnymi utworami, a słowami kapłana były zdecydowanie za krótkie. Do tego wprowadzenie porządku spowodowało nieprzyjemne wrażenie biegu. Przechodziłem od utworu do utworu, wyłączając się, gdy pojawiały się elementy związane z mszą świętą.

Wszystko uratowała muzyka. Twórczość Wolfganga Amadeusza Mozarta od zawsze robi na mnie niesamowite wrażenie. Wykonania, które usłyszałem w Kościele Mariackim bardzo mi się podobały. Była w nich specyficzna mozartowska energia, która pozwalała na łączenie tak odległych elementów jak radość i groza. Pojawiła się muzyczna przestrzeń, która oplotła słuchaczy i pozwoliła, aby każdy, nawet najdrobniejszy dźwięk trafił do wszystkich osoby, które znajdowały się w kościele. Ta muzyka, tak niesłychanie lekka i jednocześnie mająca w sobie elementy tajemnicy, od czasu do czasu, wywoływała dreszcze na plecach. Szkoda, że zabrakło chwil, aby się nad nią zastanowić, bo już trzeba było wstać, usiąść lub uklęknąć. Jednak interpretacje, które usłyszałem 17 sierpnia bardzo mi się podobały i na pewno je zapamiętam.

Bis, czyli De Profundis było dla mnie kontrastem. Utwór Michała Dobrzyńskiego był bardzo podniosły, ale pozbawiony zbędnego patosu. Pojawiała się w nim groza, która przypominała uderzenia wielkiego dzwonu lub czyjeś ciężkie kroki. Było to idealnie podkreślenie, które pozwoliło zachwycić się twórczością Wolfganga Amadeusza Mozart. Bo nie sądzę, aby De Profundis miało jakikolwiek inny cel.

Jak widać wątpliwość przestrzenna się nie sprawdziła, ale liturgiczna kazała mi zastanowić się nad tym, czego potrzebuje taka muzyka. I myślę, że zdecydowanie ważniejsze jest miejsce, kościół sam w sobie. Te drżące kamienne mury i wyczuwalna obecność sacrum. Włączenie jej w porządek liturgiczny, który trzeba było tłumaczyć przy pomocy rzutnika uważam za zabieg zbędny i niepotrzebnie odciągający uwagę od muzyki. Bo dla mnie to ona była tam najważniejsza.

//Informacje zaczęrpnąłem z portalu www.mariacka.eu .

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s