Nocą (III)

Zbiorowisko cegieł wyrosłe przy torach kolejowych. W dzień pełne ludzi. Przechodzą, taszczą i pchają swoje bagaże. Niektórzy zatrzymują się przy kiosku, aby kupić paczkę chusteczek. Inni za przystanek, w trakcie swej wędrówki uznają fast food. Małą budkę przyklejoną do masywu dworca. On wyludnia się falami. Aż w końcu, wieczorem, pozostaje tylko kilka zbłąkanych osób. Późną Nocą nie ma już nikogo.

Zegar na wieży odmierza, we własnym rytmie czas. Jego wielkie wskazówki nieuchronnie kontynuują odliczanie. Szarość starych cegieł o tej godzinie wydaje się być przerażająca. A dworzec jest wielką bryła, której najwyższa część prostopadle przecina niebo. Nie ma w nim nic ciekawego. Jest pusty, zimny i odstrasza. Tylko czasem, z nocnego nieistnienia wyrywa go miarowy stukot kół i światło pociągu.

Stał i patrzy na Dworzec. Budynek nigdy go specjalnie nie zachwycał. Zwykła zaniedbana struktura. Zegar spóźniał się o dziesięć minut. Ale mało kto zwracał na to uwagę. I tak wszystkie pociągi były opóźnione o dwadzieścia, trzydzieści minut. Czasem nawet o całą godzinę. Podszedł do wejścia. Wyglądało jak brama zapraszająca do innego świata. Na swojej twarzy wyczuwał lekki chłodny powiew. Mętnie świeciła nazwa „S. Miasto Centrum”, na dodatek jej blask rozpuszczał się we mgle. Wnętrze Dworca zdawało się patrzyć i już powoli prostowało swoje stare, kościste, zaniedbane palce, aby go złapać i wciągnąć do środka. Nie wahał się. Nie czekał na kolejny, tym razem silniejszy powiew chłodu, który byłby jawnym zaproszeniem.

Sam wszedł. I nic się nie zmieniło.

W środku panował dziwny zaduch. Powietrze było przesycone wilgocią i mdłym zapachem gnijącego drewna. Światła było mało. Znajdowało się tylko w przejściu prowadzącym na drugą stronę miasta. Ten blask był dziwny, o wiele bardziej pewny niż światło lamp. Ono nie rozpraszało się. Swobodnie padało na żółtą blachę, którą ktoś obił ściany. Ani śladu rdzy. Ani śladu wykonanych przez niezdyscyplinowaną młodzież napisów. Teraz dopiero zdziwił się, że wcześniej nie zauważył tak mocno rozbłyskującego przejścia.

Wszedł dalej. Jego kroki odbijały się echem na starej posadce. Zmęczone całodniowym hukiem ściany ich nie wzmacniały. Dźwięk butów zamierał powoli, ginął przesycony panującą wszędzie szarością. Nie potrafił określić koloru ścian. Albo były tak brudne, albo jego wzrok jeszcze nie przyzwyczaił się do ciemności. Zauważył, że jedyna kasa była już zamknięta. Wewnątrz nie było nikogo poza nim. Nikt nie sprawdzał godzin odjazdów. Nawet miasto ucichło. Poczuł powoli rozchodzący się dreszcz przerażenia. Usiadł na jednej z ustawionych na środku ławek. W tej prowizorycznej poczekali mało kto spędzał ostatnie minuty, które pozostały do pociągu. Te stare bordowe ławki nie zachęcały do tego, aby położyć na nich bagaż, a co dopiero na nich usiąść. Ale nie mógł znieść tego budzącego się strachu. Rozejrzał się.

Oto siedział otoczony pustką. Pustką, która sama siebie potęguje.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s