„Czasem jest się błaznem mimo woli.”

Stanisław Lem "Solaris"Szeroko rozumiana fantastyka to jeden z gatunków, który traktuje się z przymrużeniem oka. W książkach tego rodzaju widzimy nierzeczywiste fabuły i światy utkane z wyobraźni. Są bardziej zabawą niż opowieściami z pogranicza filozofii. Mają bawić, wyrwać czytelnika ze świata rzeczywistego i pokazać barwną, nierealną historię. Samo science fiction kojarzy się z obcymi, którzy napadają na Ziemię lub z robotami, które zniewalają ludzi. „Solaris” nie nawiązuje ani do pierwszego, ani do drugiego typu. To książka, o której możemy śmiało powiedzieć, że posiada filozoficzną głębię.

Napisana została przez Stanisława Lema. Człowieka, którego twórczość wpisała się w kanon literatury współczesnej. Mam wrażenie, że jego dzieła są już odrobinę zapomniane. Nie dlatego, że się zdezaktualizował. Lem w wielu swoich książkach dotykał problemów ponadczasowych, wydobywał na światło dzienne ukryty strach człowieka przed nowoczesnością. Różne wariacje filozoficznej treści Lem okalał zupełnie odmienną formą. Właśnie dzięki dwuwarstwowej konstrukcji nie czujemy, że trafiliśmy na nudny, filozoficzny wykład. Raczej mamy do czynienia z dobrze napisaną fabułą, gdzie przebrzmiewają istotne dla człowieka problemy.

Samo „Solaris” pomimo małego rozmiaru (moje wydanie liczyło 234 strony) tworzy pełny i posiadający historię świat przedstawiony. Autor prezentuje w jaki sposób zmieniała się metodologia badania planety Solaris, jacy ludzie dokonali poszczególnych odkryć. Taki zabieg wprowadza czytelnika w akcję, która nie jest zawieszona w próżni. Być może jest to fantastyka, ale posiada własną, wewnętrzną konstrukcję. Dla czytelnika już samo odkrywanie tajemnicy Solaris jest ciekawym doświadczeniem. Na tak przygotowanym gruncie pojawiają się postacie. Najistotniejszy wśród nich jest nowo przybyły na stację Kelvin. Z uwagi na narrację prowadzoną w pierwszej osobie książka staje się dziennikiem. Zdecydowanie więcej dowiemy się o głównych bohaterze, niż o pozostałych osobach. Śledzimy losy Kelvina dosłownie zza jego pleców. Przyglądamy się jego emocjom, myślom i reakcjom. Autor wprowadzając nas w intymny świat postaci nie stwarza typu. Kelvin jawi się czytelnikowi jako człowiek z krwi i kości, który pragnie rozwiązać zagadkę Oceanu pokrywającego Solaris.

I właśnie ów Ocean stanowi drugą, bardzo ważną osobę w książce (może powinienem był napisać „byt”?). Przez jednych uważany za bezmyślną plazmę, dla innych staje się istotą świadomą. Naukowcy próbują nawiązać z nim kontakt. Ale to Ocean pierwszy odzywa się do ludzi. W bardzo niekonwencjonalny sposób. Ze wspomnień każdej z postaci wybiera to, które było najsilniejsze. I tworzy materialny byt, identyczny jak osoba, której dotyczyło wspomnienie. Kelvin otrzymuje swoją ukochaną, która popełniła samobójstwo. Pomiędzy nim, a „obcą istotą” nawiązuje się romans.

Tak wygląda pierwsza warstwa powieści. Zwykły romans człowieka, z czymś co tylko powierzchownie przypomina homo sapiens. Obserwujemy różne emocje towarzyszące głównej postaci. Od strachu po miłość. Warstwa filozoficzna dotyczy problemu porozumienia się. Zrealizowany został w trzech wariantach: 1) kontakt z samym sobą, 2) kontakt człowiek – człowiek, 3) kontakt człowiek – istota. Pierwszy dotyczy sposobu w jaki rozliczamy się ze swoimi wspomnieniami. Możemy się do nich nie przyznawać, spychać w najdalszy zakątek umysłu ale one jednak są. Wtedy jesteśmy nieprzygotowani na konfrontacje, z tym co jest w nas a do czego się usilnie nie przyznajemy. Drugi to najzwyklejszy brak porozumienia pomiędzy ludźmi. Bohaterowie przebywając na stacji izolują się. Każdy z nich ma swojego „gościa” i chce zmierzyć się z nim sam. Brakuje prawdziwej rozmowy, porozumienia. Trzeci to aspekt najciekawszy: w jaki sposób człowiek, znając tylko ludzkie metody komunikacji może skontaktować się z czymś, co człowiekiem nie jest? „Solaris” zdaje się mówić: nie może, taka sytuacja jest wykluczona.

Jak widać książka jest konstrukcją wielowątkową. I chyba tej specyficznej przestrzeni, kilku płaszczyzn odczytania nie udało się zekranizować. Bo „Solaris” okazała się pozycją tak inspirującą, że na jej podstawie powstał scenariusz filmowy.