Remont (III)

Ta wspaniała przygoda rozpoczęła się równo cztery tygodnie temu. Planowany czas trwania remontu był różny. Najpierw mówiło się, że tydzień góra dwa. Teraz przestało się o tym wspominać i mamy dwadzieścia osiem wspaniałych dni, które spędziłem na czterech metrach kwadratowych przestrzeni. Zakończenie przesunęło z tysiąca różnych powodów. Opóźnienie zawdzięczam dziwnym fachowcom, urlopowi i wielu innym rzeczom, o których nie mam pojęcia. Ale pewien postęp jest.

Od poniedziałku mam w swoim pokoju podłogę. Odrobinę powątpiewam w jej równość, ponieważ została wykonana siłami domowymi. Jednak wygląda na robotę fachowca. Musieliśmy złożyć hołd zasadzie „sam zrobisz to najlepiej” z prostej przyczyny: murarz się nie pojawił. Jedyne co zrobił to położył listwy, dzięki którym udało się złapać poziom. A później zaczął obiecywać, że przyjdzie jutro, że już wkrótce będzie. I jak to bywa w takich przypadkach, pogadał, pogadał i nie przyszedł. Dlatego też musieliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Tylko cement przyjechał na czas. Dzięki temu, że ja i mój ojciec podzieliliśmy się racjonalnie pracą (tzn. ja wtargałem wszystko na górę, on mieszał zaprawę) zajęło nam to jedyne dziewięć godzin. Ale nie mogliśmy pracować od godzin porannych. Zaczęliśmy oczywiście o czternastej. Pewnie wtedy pojawiła się sprzyjająca wylewce konfiguracja planet.

Następna w kolejności była kuchnia. Cudowny koszmar odsuwania szafek, zdejmowania ich ze ścian oraz prostego i jakże zajmującego malowania. O dziwo na tak mała ilość czynności potrzebowaliśmy całych trzech dni. Od piątku do niedzieli. Wszystko działo się powoli, tak aby nie ominąć żadnego miejsca. Niezwykle istotną rzeczą jest równy odcień farby. Całą szarość należało bezzwłocznie zlikwidować. Teraz kuchnia świeci idealną bielą ścian, dzięki czemu jest najjaśniejszym pomieszczeniem w całym domu. Na osobną wzmiankę zasługuje cudowne narzędzie jakim jest taśma malarski. Za pomocą tego żółtego, klejącego się papieru, kuchnia na okres malowania stała się nowoczesną instalacją artystyczną. Osoba dobrze obeznana z zasadami sztuki nowoczesnej bez problemu zwróciłaby uwagę na estetykę oklejenie płytek. A przecież futryna i okno też wyglądały wspaniale. Niestety, kiedy farba wyschła należało to wszystko zerwać. I tak mam znowu zwykłą kuchnię. Pozbawioną specyficznego uroku sztuki nowoczesnej.

Od jutra remont wchodzi w ostateczną fazę. Czyli dzieje się to, co trwa od dwóch tygodni. Pierwszy raz widzę, aby „ostateczna faza” trwała czternaście dni. Zapewne jutrzejsze gwałtowne przyśpieszenie wyrwie mnie z butów i powali na ziemię. Wszystko nabierze ponad świetlnej prędkości i wrócę do swojego pokoju na początku grudnia. A bardzo chciałbym wrócić do tej przestrzeni, gdzie myśl jest lotna i pewna, a słowa układają się same. Bo na tych przeklętych czterech metrach nie da się pisać, nie da się czytać, nie da się spać i w ogóle można zwariować!