Siódmy

Od trzech dni lało. Przez dwadzieścia cztery godziny, którymi obdarzył nas Absolut padał deszcz. Nawet przez chwilę nie ustępował. Krople waliły rytmicznie w karoserię samochodów, spadały na chodniki i straszyły ludzi, którzy za wszelką cenę próbują uciec od odrobiny wody. Chowają się pod parasolami, chodzą w płaszczach przeciwdeszczowych. Ci najbardziej zdesperowani wchodzą do podejrzanych, ciemnych bram. W taką pogodę nikt nie kradnie. Świat robi ludziom wystarczającą krzywdę.

Główna ulica chorzowskiego rynku i bez deszczu wydaje się w dziwny sposób przygnębiająca. Kiedy tylko pojawią się szare i ciężkie chmury, smutek wyraźnie się potęguje. Wyłazi z wszystkich szczelin w chodniku, snuje się po bramach i wpełza do mieszkań. Nie można go zobaczyć, ani dotknąć, jednak jego obecność da się odczuć. To ten zimny dreszcz, po którym następuje rosnące przygnębienie. Adama wyczuwał obecność czegoś ciężkiego w powietrzu. Siadało mu na piersiach i dusiło, nie mógł zaczerpnąć powietrza. Tak działa na niego aura, która nie sprzyjała wszelkiemu istnieniu. A dzisiaj jeszcze szedł do pracy. Szykował się ciężki wieczór.

Jeszcze się nie przyzwyczaił do pracy. Jakoś nie odnalazł się w nalewaniu piwa i przyjmowaniu zamówień. Zawsze starał się zniknąć, a że było to raczej niemożliwe robił wszystko, aby inni go ignorowali. Zauważył, że najbezpieczniej jest za barem, czasem naleje się piwa, czy zrobi drinka. Można przetrwać. Teraz oparty plecami o ścianę patrzył tępo w niebieskie ściany i w fotele. Lubił ten prosty, ale jak przyjemny wystrój. Miejsca nie było dużo, a atmosfera była bardzo kameralna. Od pewnego czasu obserwował spokojnie upijającego się człowieka. Przyszedł w porządnym czarnym płaszczu i białym szaliku. Artysta, albo raczej takiego zgrywał. Tak jakby biały szalik uduchawiał bardziej od czerwonego.

Po trzech godzinach, z mężczyzny siedzącego przy stoliku nie było co zbierać. Adam był pewny, że jeżeli on spróbuje wstać to się przewróci. Mylił się. Artysta znalazł w sobie tyle siły, aby przytoczyć się do baru. Usiadł zaraz obok kasy, przez chwilę rozglądał się bezmyślnie.
– Coś podać? – na nic innego Adam się nie zdobył.
Brak odpowiedzi. Biały szalik gapił się na niego jak na kogoś z innej planety. Chyba nawet nie zrozumiał tego bardzo prostego pytania. Wziął głęboki oddech, patrzył jeszcze przez chwilę na Adama. I zaczął.
– Wy kompletnie nic nie rozumiecie! Nic do was nie dociera! Wydaje się wam, że wiecie najlepiej, że widzicie lepiej od innych! A w życiu! Powinienem podziękować za to wszystko mojemu koledze… „Spróbuj, nic nie tracisz. Na pewno warto.” Tak mi mówił, wyobrażasz sobie? – wskazał placem na Adama – Straciłem spokój z winy mojego własnego przyjaciela. Od początku cała ta sytuacja mi się nie podobała. Jakieś takie spotkania, półsłówka, żadnych decyzji. Krążyło się wokół osobistych tematów, jakieś zwierzenia. Człowiek siłą rzeczy zbliża się do drugiego – tu zrobił przerwę na długi oddech, jakby godził się z własnymi wspomnieniami – Oddałbym wszystko, żeby tylko z nią być… Ale nie! Wybrała jakiegoś… Jakiegoś… Typa! Jakiś taki otumaniony, nie trawie jego obecności. Nawet nie można z nim o czymś porozmawiać. Do kina nie chodzi, książek nie czyta, a dobrej muzyki nie słucha… – podniósł wzrok, powoli wzbierał w nim dziwny gniew – O! Ja dobrze wiem, co ty sobie myślisz! Że tutaj chodzi o zazdrość! Że się czuję odrzucony! Nic z tych rzeczy! Ja po prostu nie mogę ścierpieć, że ona wybrała takiego ciężkiego idiotę, takiego debila, co ledwo pisze! Z tym sobie nie daję rady! – i uderzył rękoma w blat, tak głośno, że obejrzeli się w jego kierunku nieliczni goście. Adam słuchał tego przemówienia, tego monologu z niewzruszoną twarzą. Zdobył się tylko na:
– Coś podać? – założył dłonie za siebie i patrzył spokojnie na artystę.

A ten tylko poprawił zwisający mu u szyi szalik. Wstał, a raczej poderwał się energicznie i rzucił się w kierunku swojego miejsca. Kiedy brał swój płaszcz nawet nie sprawdził czy czegoś nie zgubił. On już stracił co miał do stracenia, nawet zwykły barman był obojętny na jego cierpienie. Wyszedł zataczając się od ściany do ściany, aby otworzyć drzwi po prostu się na nich uwiesił. Adam odprowadził go swoim całkowicie obojętnym wzrokiem. Zabrał się do czyszczenia kufla. Robił to powoli, bardzo dokładanie. Nawet nie zastanawiał się nad cierpieniem, które przed chwilą na niego wylano. Każdy ma taki świat jaki sobie wytworzy. Chciał tylko jednego: żeby ten wieczór wreszcie się skończył.