Szósty

W Katowicach, które są okrutnie brzydkim miastem, które nie mają w sobie absolutnie nic tajemniczego jest coś co może dziwić. Chodzi o tak zwany Plac Miarki. Są na tym świecie ludzie, którzy za nic nie zrozumieją, dlaczego mały park z pomnikiem Stanisława Moniuszki jest czasem nazywany Placem Miarki. Na pewno nikt nigdy nie był tym, aż tak zainteresowany, żeby przeprowadzić jakieś dziennikarskie śledztwo, szczerze wątpię, żeby z tego powodu ktoś nie spał przez kilka tygodni. Są inne problemy warte śledztwa albo kilkutygodniowej bezsenności. Ale jednak ta sprawa jest bardzo nurtująca!

Ten mały park, z posągiem stanowi prawdziwą wyrwę w brutalnie zindustrializowanym świecie Katowic. To miasto miały stanowić miejsce górników, hutników i innych tego typu ciężkich przemysłowców. A niestety, nie od dziś wiadomo, że kto raz zagłębi się w brudzie codziennego życia, przez nie jest ściągany w dół, temu ciężko będzie się wynieść na wyżyny ducha, tak niedostępne na co dzień. Można tak opisać całą sytuację, można też inaczej. Nie mam mowy, żeby górnik po ośmiu godzinach dniówki, siedział i zachwycał się barwnymi metaforami Leśmiana, albo doceniał awangardowe koncepcje Cypriana Kamila Norwida. Ciężka praca, ciężką pracą – ale nad ludźmi nie wolno się znęcać!

Kiedy wkraczamy do tego małego parku, do tego azylu pełnego zieleni od razu znajdujemy się w innym świecie. Już nie musimy nigdzie pędzić, już nic i nikt nas nie goni. Siedzimy spokojnie na ławce, patrzymy na stojącego nieruchomo Moniuszkę, obserwujemy spacerujących ludzi. Towarzyszą nam milczące drzewa, których liście delikatnie trąca wiatr. A te spadając wirują w oszalałym tempie, tylko po to aby zderzyć się z ziemią. Tak kończy się lot, który nagle podarował im los. Z dużej wysokości może i więcej widać, ale na pewno dłużej się spada. O tym, że gdzieś jest ten szalony świat, który pędzi na złamanie karku, przypominają nam dźwięki klaksonów. Kierowcy trąbią jakby postradali wszystkie zmysły, jakby ten długi wysoki ton dawał im prawo nie do jazdy, ale do istnienia. Nie mają ochoty patrzeć na spadające liście, chcą pędzić spróbować dogonić uciekający czas. A szkoda…

Park otoczony jest starymi kamienicami. Wyglądają na zbudowane gdzieś na przełomie XIX i XX wieku. Kiedy to artyści nieustannie spierali się z filistrami, kiedy to ważyły się losy tego świata, a ludzie dopóki los nie wskazał bezpośrednio na nich – spokojnie wyglądali z okien i obserwowali park. Rzucał się im w oczy nieruchomy Moniuszko, który już powoli denerwował się pędzącymi na złamanie karku ludźmi. Jeszcze wtedy nie było tej fontanny. A może i była? Nie wiem. Teraz jest zaraz obok Stanisława. Woda ma uspokajać, człowiek ma patrzeć na nieustannie płynącą wodę i zapadać się w siebie. Ma trochę odpocząć. Ale jak to zrobić, gdy ci szaleńcy tak potępieńczo trąbią?

Fontanna na okres jesieni i zimy przykryta jest kamiennymi blatami. Pewnie po to, aby nie wpadały do niej liście, aby nie skuł jej lód. Ale są tam jeszcze gołębie. Gołębie, których tępe oczy wyrażają tylko jedną chęć: utopić się w fontannie. Chodzą bez celu po kamiennych płytach, dziobią je. Uwolnią się od ciągłej gonitwy o okruchy, już nie będą musiały walczyć z samochodami i nieprzychylną strażą miejską. Nie od dziś wiadomo, że na jesień rośnie odsetek samobójstw wśród gołębi. Skok do fontanny to ostatni akty desperacji, krzyk sprzeciwu wobec świata, który je lekceważy. Moniuszko przygląda się tej dziwniej walce z czarnymi płytami, bez żadnego zdziwienia. Przez te wszystkie lata całkowicie zobojętniał.

Do dwóch młodych mężczyzn do tej pory spokojnie obserwujących zdesperowane gołębie dołączyły trzy wyraźnie podpite dziewczyny. Niechętni temu towarzystwu panowie jednak zgadzają się na ich obecność. Pewnie je znają. Cóż, Stanisław też nauczył się tolerować gołębie. Najbardziej polubił te, które pogrążone w ciężkiej jesiennej depresji, rzucają się do fontanny. Gołąb samobójca – to ulubiony gatunek Moniuszki.