Remont (I)

Decyzję o remoncie podjęto po pięciu latach. Mówiło się o tym od dłuższego czasu, ciągle coś się wspominało, rozmawiało się co można zmienić. Na przestrzeni tych kilku lat rozważono różne opcje, zastanawiano się nad odpowiednią kolorystyką, nawet nad wymianą mebli. I stało się: remont rozpoczął się dzisiaj. Nagle. Ta sytuacja spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Może to być dziwne porównanie biorąc pod uwagę czas jaki poświęcono na opracowanie projektu. Ale tak samo jest z burzą. Słyszymy grzmot, widzimy czarne, ciężkie chmury jednak pierwsze błyskawice zawsze nas zaskakują.

Remont nie jest dla mnie metaforą rozwoju osobistego. W żadnym wypadku nie mam zamiaru opisywać jak to właściciel zmieniał się w trakcie pracy nad swoim pokojem, jakie rozterki przeżywał przy wybieraniu koloru farby, który miałby odzwierciedlać odcień jego duszy. Nie. Dla mnie jest to powód do zrobienia reportażu, relacji i codziennej dawki ironii. Na dzień dzisiejszy jedyne co się zmieniło to miejsce, w którym będę przebywał. Ale będzie to temat innego wpisu. Tak naprawdę poza tym, że wyniesiono moje meble oraz zadecydowano o zerwaniu podłogi – nie wiadomo nic. Żadnych konkretów. Ma trwać krótko, jak wszystko w życiu. Tylko że prowizorka lubi zostać na stałe, a jeżeli już zacznie się coś remontować to nie widać końca. I ciekaw jestem w jakim kierunku rozwinie się cała sprawa.

Osobliwym doświadczeniem jest wynoszenie własnych gratów. Nie twierdzę, że pierwszą myślą jaka mi się nasunęła jest marność naszego ludzkiego żywota. Gromadzimy tysiące przedmiotów, które i tak nie będą nam służyły po naszej śmierci. Więc po co gromadzić, skoro człowiek to tylko epizod w życiu rzeczy? Nie w tym tonie pragnę się wypowiadać. Ale przyznaję – zaskoczyła mnie ilość papieru jaką zgromadziłem. Mam na myśli książki (jedno wielkie pudło po siedemnasto calowym monitorze oraz dwa worki na śmieci), ksera (dwa worki na śmieci) oraz dziwne, zabazgrane przeze mnie kartki (jeden worek na śmieci). A było tam wszystko: począwszy od szkiców opowiadań po zwykłe bazgroły zrobione z bliżej mi nieznanych powodów.

Nie będę wyrzucał książek, spokojnie nie bulwersujcie się tak. Jest to autorska metoda na wynoszenie własnych gratów. Często nazywamy je po prostu „śmieciami”, więc duże niebieskie worki idealnie nadają się na środek transportu. Samo spakowanie nie zajęło mi tak dużo czasu. Może z dwie godziny. Najgorzej było, gdy zacząłem w tym wszystkim grzebać. W końcu coś trzeba wyrzucić, nie można się otaczać przedmiotami zbędnymi. Posługując się taka zasadą wyodrębniłem jeden worek, całkowicie nieprzydatnych mi kartek, papierów, kser i zeszytów – czyli szeroko rozumianej makulatury. Nie dziwi mnie to, że nie pozbyłem się żadnych książek.

Zastanawiająca jest waga starych mebli, nie chodzi mi o to że zbierają się w nich wspomnienia. Szczególnie tej dwudziestoletniej meblościanki. Kupiona na przełomie komunizmu i kapitalizmu zachowuje charakterystyczne cechy starego systemu. Przede wszystkim to paździerzowa płyta oklejona sklejką. Nie ma tam ani krzty prawdziwego drewna. Za to są ciężkie jakby zostały wykonane z litego dębu. Przyznam szczerze, że prezentują się względnie. Jak się je pomaluje, odrobinę odnowi to będą wyglądały świetnie. Jedyne czego udało mi się pozbyć to łóżku i czarne biurko. Pierwszego nie cierpiałem z uwagi na wychodzące sprężyny a drugiego po prostu nie lubiłem – bo nie. Można mieć nieuzasadnioną niechęć zarówno do ludzi jak i do przedmiotów. Łóżko porąbałem na miejscu dając upust swoim destruktywnym emocjom i wyrzuciłem przez okno. Biurko zostało sprawnie rozłożone i będzie czekało lepszych dni. Mam nadzieję, że nie znajdzie ich u mnie tylko u kogoś innego.

I tak stopniowo moim oczom ukazywała się (uwaga – suspens!) podłoga. W stanie idealnego zniszczenia i rozpadu. Teraz możemy wejść w ciężką metaforykę i stwierdzić, że zarówno pokój jak i jego właściciel mają kiepskie podstawy i kruche fundamenty. Bo przecież pokój to realizacja duszy, jej zewnętrzna forma. Takie dywagacje zostawmy tym, którzy je lubią. Dla innych to po prostu miejsce, w którym mają się dobrze czuć. I żeby można było odpocząć po całym dniu. Nie trzeba się od razu rzucać na metry kwadratowe z metaforyką duszy. Przejdźmy do konkretów. Na tej podłodze wykorzystano bardzo awangardową metodę (czyli jednak podstawy i fundamenty oryginalne!), której nie stosuje się nigdzie – czyli płyty rigipsowe. Identyczne jak te, które kładzie się na ścianach. O dziwo nie wytrzymały. Pokruszyły się, porobiły się w nich dziury. Trzeba je prostu zerwać i położyć nową, porządną podłogę. To w zasadzie jest przyczyną całego remontu. Nawet ja z tym nie wytrzymywałem. Albo nadszedł już czas na jakąś gruntowną zmianę?

Jedna rzecz mnie zastanawia. Stwierdzenie: „Robisz remont? To żenił się będziesz?”. Nie będę się żenił. W takim razie jako kawaler mogę mieszkać w najgorszych ruderach?