To tylko słowa (V)

Szedł wystarczająco zdenerwowany, aby nie zwracać uwagi na otoczenie. Nie widział więc zdumionych nagłym wybuchem twarzy, tych ironicznych uśmiechów wymienianych pomiędzy osobami obserwującymi całe zajście. Teraz interesowało go tylko jego własne nieszczęście, ten wieczne prześladujący brak zrozumienia. Ale wiedział, podświadomie czuł, że kiedy będzie trzymał w dłoni chłodnego „Lecha” wszystko stanie się proste. Oto czego tak naprawdę pragnie przedstawiciel bohemy artystycznej: prostoty i zimnego piwa. A po kilku kolejnych kuflach lubi zrobić przydługawy wykład na temat upadku obyczajów, ewentualnie wszystkie swoje prywatne niepowodzenia zrzuci na „schyłek epoki”. Ale nie wpadajmy w te zbędne dygresje. Nasz bohater i bez nich jest wystarczająco głęboki i interesujący.

Kiedy dotarł do baru zauważył, że siedzi przy nim ładnie obcięta brunetka. Jako jedyna w całym towarzystwie piła kawę. Stanął zaraz obok niej, aby lepiej się przyjrzeć. Jej oczy były wyraźnie zamyślone a ona całkowicie nieobecna. Krzysztof posłał jej jedno ze swoich „znaczących spojrzeń”, od których padały wszystkie kobiety. Rzucił swoim niskim, niezwykle pociągającym głosem:
– Jednego „Lecha”.
Po czym położył na stole dziesięciozłotowy banknot. Robił to wszystko tak, aby zwrócić jej uwagę. Niestety, te sprawdzone i zawsze skuteczne metody tym razem nie działały. „Trudna sztuka” – wraz z tą myślą na jego twarzy pojawiła się mina amanta z kiepskich filmów. Półprzymknięte oczy i usta w dzióbek. Przystąpił, jak to zwykł mówić wśród swoich znajomych, do „bezpośredniego ataku”.
– Będę dzisiaj czytał swoje wiersze.
I to zdanie wywołało pewien efekt. Popatrzyła na niego z mieszaniną litości i rezygnacji. Długo zbierała myśli, starała się ułożyć jakaś ciętą ripostę, dzięki której pozbędzie się go raz na zawsze. W końcu zdecydowała się na:
– Tak? A zatańczysz nam przy tym?
Odwróciła się, nie miała ochoty patrzeć jak ten poeta zmienia się na twarzy. Wsparła głowę na dłoni i wróciła do picia kawy. Patrzyła czasem na łyżeczkę, podnosiła ją, trzymała na wysokości oczu. Zachowywała się tak jakby na niej były wygrawerowane odpowiedzi na wszystkie pytania. Krzysztof postał jeszcze chwilę i starał się udawać, że całe zdarzenie wcale go nie obeszło. Upił trochę piwa, rzucił okrutne spojrzenie barmanowi, który uśmiechał się pod nosem i wrócił do swojego towarzystwa.

Całą trójkę zastał pogrążoną w swobodnej rozmowie o wszystkim. Nikogo nie zaszczycił spojrzeniem, tylko od razu skierował się na swoje miejsce. Kiedy już usiadł postawił przed sobą kufel piwie i z triumfem pomachał wygrzebanym z kieszeni kawałkiem chusteczki.
– Przy barze jest świetna brunetka. Już zdobyłem jej numer. – śmieszność tych słów uszła jego zazwyczaj niezwykle wrażliwej uwadze.

Nie interesował się rozmowami swoich znajomych. Przygotowywał się do swojego występu. Rozważał w jaki sposób trzymać kartki, które słowa zaakcentować tak aby wydobyć „zaklęty w wierszach potężny ładunek emocjonalny”. Utrzymywał, że tak powiedziała mu jakaś dziewczyna. Ale jeszcze nikt nie wydobył z niego gdzie to się wydarzyło, ani co to była za dziewczyna. Wszystko u niego było „jakieś”. Sam zwykł mówić „moje życie pełne jest metafor i nie posiada utrwalonych kształtów”. Wszyscy widzieli dziwną sztuczność w tej pozie wyzwolonego artysty. Tak jakby wolność nie była jego wyborem, ale stanowiła tylko przykrywkę dla dokuczającej mu samotności. Czuł się niespełniony w życiu i pogardzany przez wszystkich. Ta mieszanka dała dziwny wynik. Sam siebie uznał za geniusza, któremu ludzie zazdroszczą lotnych idei oraz niesamowitego talentu. Zastanawiające jest jak wiele form potrafi przyjąć człowiek pozbawiony treści. Dajmy już spokój tym psychologicznym wynurzeniom. Wracajmy na salę! Na SLAM poetycki!