Piąty

Od czasu do czasu warto wybrać się na samotny spacer. Już koniec października, a na dworze mamy piękną pogodę. Nikt nie chce siedzieć w domu, warto zaczerpnąć chociaż po raz ostatni ciepłego powietrza. Czuć już mróz, czuć już zimę. Nie wiadomo jak długo jeszcze utrzymają się tak piękne okoliczności przyrody. Później czekają nas tylko szare poranki, monotonne popołudnia i ciemne jak smoła noce. Dlatego wyszła na spacer – jeszcze raz popatrzeć na ten piękny późnojesienny świat.

Pół godziny temu siedziała w domu i popijała gorącą herbatę. Nie miała ochoty nic czytać, tylko patrzyła przez okno. Obserwowała uwijające się na parapecie wróble. Skakały za jednego końca na drugi, jedząc wysypaną dla nich bułkę. Zrobiła to tylko po to, aby przywołać wspomnienia. Gdy była mała często z mamą kruszyły bułkę, a później stały za oknem i patrzyły jakie ptaki przylecą. Teraz wróbli jest zdecydowanie mniej. Kiedyś zawsze pierwsze obsiadały cały parapet, teraz stanowią małą grupę. Pewnie wykończyły je te przeklęte gołębie. Odstawiła herbatę. Czuła, że musi wyjść na spacer, we wtorek wpadła w melancholijny nastrój. Nawet fryzjer nic nie pomógł. Ten smutek jakby się jej uczepił i nie chciał puścić. Ale nie czuła goryczy, nie wpadła w czarną rozpacz, miała wrażenie, że jest jej trochę ciężko na duszy, a jednocześnie czuła się spokojna. Pomimo wszechogarniającej ją melancholii czuła się tak bardzo szczęśliwa. Wymyśliła, że samotny spacer pomoże jej ułożyć myśli.

Teraz szła niewidoczną ścieżką. Ubrana w czarną kurtkę, pod którą założyła gruby, brązowy golf. Bardzo lubiła ten sweter. Kojarzył się jej z przełomem zimy i wiosny, bo właśnie wtedy najczęściej go nosiła, kojarzył się z budzącą się do życia naturą. Te stare, ciemne spodnie jeszcze trochę wytrzymają. Założyła nowe buty, tylko po to, aby je rozchodzić. Też miały być lekarstwem na wewnętrzny smutek. Patrzyła na te ostre noski i delikatne, ocieplane wykończenie. Nie pomagało – trzeba było się ruszyć.

Ścieżka cała pokryta była liśćmi. Na tą różnobarwną mozaikę składały się wszystkie odcienie czerwieni, żółci i pomarańczowego. To sama przyjemność iść i delikatnie rozkopywać ten dywan na boki. Tylko po to, aby zobacz ukrytą pod nimi ziemię. Czasem jej myśli były jak te liście. Zasłaniały coś istotnego, coś o czym wiedziała, że jest ale nie potrafiła tego przywołać. Wtedy trzeba wydeptać własną ścieżkę, albo chociaż odsłonić kawałek. Człowiek czuje się wtedy od razu spokojniejszy. Wiatr, który czasem się zrywał unosił liście i rzucał je na odsłoniętą ścieżkę. Tym samym, to co przed chwilą było oczywiste i odkryte, teraz znowu stawało tak bardzo niejasne. Ona szła dalej, nie zwracając uwagi na wiatr, który co chwila zakrywał jej drogę.

Zatrzymała się i podniosła głowę. Świat jesienią nabiera wielu pięknych i zazwyczaj niespotykanych barw. Niektóre drzewa ubrane zostają w królewską purpurę, wyniesione ponad inne od razu zwracają uwagę. Ich towarzysze wyglądają przy nich tak bardzo pospolicie. Każdy żółty, czy pomarańczowy liść staje się pospolity, gdy skonfrontować go z czerwonym klonem. Nie zwraca się na nie uwagi. Dobrze wie, że musi cieszyć się tym widokiem. Niedługo wszystkie liście opadną, zasłaniając resztę ścieżek. Czas zrówna wszystkie drzewa. Każde zostanie pozbawione wyrazu, pozostanie po nich tylko goły kikut. Las będzie wyglądał jak powbijanie w ziemię szpilki. I będzie wyrzutem skierowanym w niebo.

Uśmiechała się do swoich myśli, które teraz wirowały jak kręcą się liście. Co chwila jakaś spadała i przykrywała następną. Albo gdy już coś wydawało się jasne, nagle rozwiązanie przestawało być takie oczywiste, znikało pod jakąś obcą warstwą. Nie miała żalu do fryzjera, że „miał wizję”. Teraz polubiła tą „morską zieleń”, która mieniła się wszystkimi kolorami. Była tak piękna jak otaczający ją świat. Ruszyła bardzo powoli, rozkoszując się ciepłym jesiennym słońcem, uśmiechała się do drzew. Dobrze, że ta odrobina melancholii wyrwała ją z tego szarego codziennego świata.