… i odcienie.

Istnieje jeszcze jedna pułapka, w którą niektórzy z nas lubią wpaść. Nie chodzi już o nie dostrzeganie barw. Są ludzie, którzy uwielbiają kiedy świat wręcz iskrzy się wszystkimi kolorami, jest czymś na miarę kalejdoskopu. Za jednym potrząśnięciem zmienia się układ szkiełek i wszystko staje się od razu inne. Jednak zapominamy, że każda z barw posiada pewną ilość odcieni, że następują po sobie, uzupełniają się.

Zaburzenie tego porządku prowadzi do specyficznej przypadłości. Wszystkie sytuacje są od razu jednoznacznie oceniane, a każde wydarzenie jednoznacznie interpretowane. Nie istnieje coś takiego jak „możliwość błędu”. Następuje raczej nagła zmiana postrzegania danej sytuacji. Te interpretacje mogą być najbardziej skrajne, wręcz wykluczające się. Ale to niczemu nie przeszkadza. Po prostu ta sytuacja była taka, a teraz stała się inna. Nagle. Bez ostrzeżenia. Beż żadnego przejścia.

Taka postawa powoli zabiera przestrzeń. Człowiek staje się więźniem własnych ocen wysnutych na przeczuciach, które często są zwykłymi iluzjami. Zaczynamy się dusić, coraz częściej brakuje nam tchu. Cały świat nagle zaczyna pędzić, nabiera niespotykanego tempa. Wydaje się nam, że wszystkie zmiany przychodzą z znikąd, nie potrafimy określić ich przyczyn. Tak naprawdę to tylko my wpadliśmy w pułapkę skrajnych ocen. Świat zewnętrzny wcale nie przyspieszył, nie stał się bardziej niezrozumiały. Tylko nasze interpretacje stały się zbyt ściśle, a każdą sytuację przykrajmy tak, abyśmy mogli ją ogarnąć. To zabija cały, bardzo istotny w życiu, ruch.

Brak poczucia odcieni odbija się na postrzeganiu emocji. Stają się skrajne, nawet już nie gwałtowne, ponieważ to zakłada jakiś stan wyjściowy. Wszystkie uczucia są nagłe. Czujemy jakbyśmy za każdym razem zostali porażeni piorunem. Jeżeli zaczynamy dostrzegać gdzieś miłość to od razu rozpatrujemy ją w kategoriach przeznaczenia. Taki stan krępuje obie osoby. My kamieniejemy w naszej ocenie. Jeżeli już zdecydujemy się ja zmienić to oczywiście na skrajną, innej możliwości nie widzimy. Natomiast drugą osobę krępujemy poprzez swoje interpretacje. Najczęściej rozciągamy ją do jakiegoś naszego wyobrażenia, ideału. Najpierw szukamy gestów i słów, które to potwierdzają. W momencie, w którym pojawi się informacja nie pasująca do wcześniej obranego schematu od razu nadajemy jej negatywny wydźwięk. I tak powoli zapominamy, że w uczuciach najistotniejsze są właśnie przejścia a nie stan ciągły, jednorodny. Aby coś nas wciągnęło napięcie musi się zmieniać. Nie ma ludzi idealnych, nie ma uczuć idealnych. Bo to by znaczyło, że są po prostu martwe.

Zachowujemy się jak dzieci. Siedzimy na dywanie w dużym pokoju i z uporem potrząsamy kalejdoskopem. Cieszymy się, bo niby coś się zmienia, szkiełka ciągle nabierają innych kolorów. Ale jakoś nie zauważyliśmy, że ich układ zaczyna się powtarzać. A te kolory są do znudzenia takie same.