To tylko słowa (III)

Na człowieka, który szybkim, gwałtownym krokiem przeszedł obok baru, Krzysztof od razu zwrócił uwagę. Ubrany był w czarną marynarkę oraz białą koszulę. Niby w pełni klasycznie ale bez krawatu. Na blond włosach ciężko dostrzec oznaki siwizny, jednak wyraźnie zaczynał łysieć. Stał przez chwilę w wejściu, rozglądał się, w ręce trzymał zwykłą, tekturową teczkę. Kiedy zauważył Krzysztofa od razu ruszył w jego kierunku. Tym razem nie szedł już tak gwałtownie, poruszał się spokojnie i powoli. Krzysztof domyślił się, że to redaktor naczelny „Perypetii”. Chociaż był zaskoczony tak klasycznym strojem. Spodziewał się, że ktoś taki będzie łamiącym wszelkie zasady uosobieniem buntownika, który nieustannie wpływa na otaczający go świat. A szedł w jego kierunku osobnik ze znudzoną, urzędniczą twarzą. W przeciwieństwie do państwowej administracji był przynajmniej punktualny.
– Pan Krzysztof? – gdy tylko Krzysztof skinął mu głową zaczął się rozsiadać. Nawet nie podał ręki młodemu poecie. Tylko rzucił na stół swoją szarą teczkę. – Jestem Adam Czarny. Byłem z panem umówiony. Przyznam panu szczerze, że pańskie wiersze sprawiają nam nieco kłopotu…
– Oczywiście! Rozumiem to. W końcu nie jest to łatwa poezja – wszedł mu w słowo Krzysztof. Cały czas się uśmiechał. W głębi duszy nie wątpił w to, że jego poezja może sprawiać kłopoty komuś kto z twarzy wygląda jak pierwszy lepszy urzędnik – Tylko proszę sobie coś zamówić. Moje wyjaśnienia mogą trochę potrwać.
– Niestety nie mam zbyt wiele czasu – na dźwięk tak chłodnego tonu Krzysztof stracił pewność siebie i przestał się uśmiechać. – Jestem umówiony z kilkoma innymi osobami, które przesłały redakcji swoją twórczość. Pańskie wiersze nie zostaną wydrukowane. Są najzwyczajniej słabe, na tym polega ich problem.
Po raz pierwszy zapadła cisza. Z łatwością dało się usłyszeć jak barmanka czyści kufle, jak je ustawia, nalewa wody do ekspresu. Nawet dźwięk upuszczonej łyżeczki stawał się bardzo głośny i wyraźny. Ciężko rozchodził się w powietrzu i długo dudnił w głowie. Krzysztof był zdruzgotany. Nie spodziewał się takiego podsumowania. Przez chwilę zastanawiał się, czy to nie jest jakaś prowokacja. Pewnie Czarny chce go w taki podły sposób wypróbować. Od razu przystąpił do ataku.
– Doskonale zdaję sobie sprawę, z tego że nie jest to poezja nawiązująca do głównego nurtu. Każdy z tych tekstów czegoś poszukuje to najzwyklejsza, najczystsza awangarda. Całkowicie zaatakowałem formę, rozbiłem ją jednak udało mi się utrzymać spójność treści. Nie uciekam przed żadnym tematem. Odważnie podejmuje te, które dotyczą całego mojego pokolenia. W tych wierszach zawarłem rozterki wszystkich, którzy mnie otaczają. Dlatego też uważam, iż publikacja mojej twórczości to obowiązek. Powinno się wspierać młodych, zdolnych poetów oraz ich…
Przerwał. Nie mógł dalej mówić i patrzeć na narastający na twarzy Czarnego pełen drwiny uśmiech. Najbardziej wytrącało go z równowagi lekceważące kręcenie głową. Znowu zapadła ta druzgocąca cisza. Każdy dźwięk stawał się wybuchem, a zapalnikiem były takie uczucia jak pogarda i drwina. Ktoś zamówił kawę albo herbatę. Od baru dobiegały dźwięki nalewanej wody oraz stawiania filiżanki na spodku. Aż dziwnie, że nie słychać wrzucanego do herbaty cukru. Po chwili w wejściu pojawił się chudy, średniego wzrostu mężczyzna. Na ramieniu miał zawieszony aparat a niósł ze sobą filiżankę. Jego dżinsy i t – shirt były po prostu pospolite. Kolejny klient, który wpadł na kawę, nikt wyjątkowy. Usiadł na najbliższej kanapie i starał się nie zwracać uwagi na siedzących w fotelach mężczyzn. Jednak był wyraźnie zainteresowany w jakim kierunku będzie zmierzała ta rozmowa. Musiał usłyszeć chociaż część pełnej emocji mowy Krzysztofa.
– Widzę, że w życiu też pan praktykuje taką słowną bufonadę. Zupełnie jak w pańskiej twórczości. Masa pustych frazesów, mnóstwo nic nie znaczących słów. Ciągle tylko ja i ja, i ja. Jakie pokolenie, jacy otaczający pana ludzie… Pańska twórczość pełna jest najzwyklejszego egocentryzmu. To nawet nie twórczość ale terapia. Tutaj ma pan swoje wiersze oraz moją krótką krytykę. Niech pan rzuci na to okiem w wolnym czasie.

Otworzył teczkę i do walających się na stole papierów dorzucił jeszcze cztery kartki. Zaraz potem wstał i wyszedł. Na pożegnanie posłał Krzysztofowi ironiczne spojrzenie. Po Adamie Czarnym, naczelnym redaktorze magazyny „Perypetia” pozostały tylko cztery kartki i niesmak. Krzysztof już go szczerze nienawidził. Wyobrażał sobie jak podrzyna mu gardło. Ale obok tych pełnych wściekłości obrazów pojawił się nowy pomysł. Postanowił napisać pamflet, w którym bezpośrednio zaatakuje wszystkich tych nic nie wartych redaktorków. Prasę ukaże jako niesprawiedliwą i niepostępową, wręcz blokującą debiuty młody twórców. Nie cofnie się przed niczym. Spojrzał z odrazą na krytykę, która wyszła spod pióra urzędnika. Ze wściekłością zmiął kartki i rzucił nimi w ścianę. Nie miał ochoty czytać tego, co naskrobał mu samozwańczy znawca poezji i wszelkiej literatury. Miał popsuty humor. Nie chciał nawet kolejnego piwa. Człowiek siedzący na kanapie z uwagą obserwował całą sytuację. Nie słyszał całej rozmowy. Znane były mu tylko te fragmenty, w których rozmówcy podnosili głos. Jednak bardzo żałował, że nie sfotografował tej pełnej wściekłości twarzy Krzysztofa.