To tylko słowa (II)

W tej knajpie zawsze panowała ciemność. Ten fakt nadawał jej wyjątkowego klimatu oraz dziwnego chłodu. Nawet zimą, w czasie największych mrozów kiedy ogrzewanie było włączone było tutaj po prostu zimno. Co, dla wrażliwszych na temperaturę, bywało bardzo uciążliwe. Jednak w czasie dusznego lata, takie miejsca stanowią idealne schronienie przed wszędobylskim upałem oraz oślepiającym słońcem. Wielu zamiast ogródka piwnego, na którym panował typowy letni zaduch, wybierało właśnie tą dużą, zimną i chłodną salę. Wszystkie krzesła, fotele a także towarzyszące im stoły były ustawione w nieładzie. Dzięki temu sala nabierała charakteru miejsca nietypowego, przeznaczonego dla ludzi oryginalnych. Pod jedną ze ścian znajdowała się scena. Miała zostać dzisiaj użyta. Jednak zazwyczaj stanowiła przypomnienie o sztuce, że jest ona wśród nas. Wyrażała gotowość, możliwość zaprezentowania się, wystąpienia przed szerszą publicznością. Zaraz po wypowiedzianym wierszu, przeczytanym fragmencie prozy lub przedstawionym obrazie można było upajać się owacjami. Właśnie dlatego to miejsce przyciągało artystów wszelkiej klasy. Siedzieli, patrzyli na scenę i cieszyli się, że gdzieś jeszcze mogą się pokazać. To tutaj zbierała się cała artystyczna bohema. Przynajmniej tak myślał Krzysztof. Bo Gugalander to miejsce, gdzie można spotkać się ze znajomymi, posiedzieć przy piwie i ewentualnie posłuchać jam session. Nic poza tym. Na tle reszty knajp wyróżnia się tym, że jest tam zimno, ciemno i duszno. Szczególnie wtedy, gdy zjawi się wielu klientów. Z niebywałą szybkością przesiąka się smrodem papierosów i piwa. Dla jednych stanowi to o wyjątkowości miejsca, inni kiwają ze zrozumieniem głową i wybierają miejsca bardziej przewiewne. Zdecydowanie łatwiej tutaj spotkać pijanego studenta, niż jakiegokolwiek artystę. Skąd Krzysztof brał te porównania, na jakich przesłankach je opierał? Pozostawmy to pytanie bez odpowiedzi, ponieważ w żaden sposób nie wpłynie ona na przebieg tej historii.

Aktualnie jedynym klientem był Krzysztof. Siedział sam i obserwował pustkę. Jego myśli koncentrowały się na jednym fakcie, zajmowało go tylko jedno przyszłe wydarzenie: umówione spotkanie. Przez to nie mógł pisać, ani pracować nad nowymi tematami. Myślał tylko o tym, że już wkrótce jego wiersze znajdą się w kultowej „Perypetii”. Sam redaktor naczelny zaproponował mu spotkanie. Tej harmonii nic nie mogło zburzyć, nareszcie czuł się doceniony i szczęśliwy. Nawet piwo mu dzisiaj smakowało. Ubrany w granatową marynarkę oraz (koniecznie) niewyprasowaną koszulę siedział i próbował nadać swojej twarzy wyraz powagi. W ten sposób pokaże, że nie jest jednym z tych głodnych publikacji młodych twórców ale prawdziwym, rasowym artystą. Chciał na wstępie uderzyć w przeciwnika, zmiażdżyć go. Uwielbiał tak postępować z ludźmi, zawsze sprawiało mu to niebywałą  przyjemność. Rozłożył przed sobą kartki, na których miał wydrukowane wiersze. Przyniósł je ze sobą z dwóch powodów: chciał kilka pokazać redaktorowi (opublikowane miały być tylko cztery, a on napisał więcej) oraz musiał wybrać te, które zaprezentuje na slamie. Ale nie mógł się zdecydować, który przedstawi w pierwszej rundzie, który w drugiej, a który zostawi sobie na finał. Za każdym razem kiedy próbował się tym zająć jego myśli uciekały do umówionego spotkania. Pracował nad scenariuszem rozmowy, co powie, jak będzie reagował na słowa redaktora. Chciał być przygotowany na każdą okoliczność. Jednak dziwił się, że budzą się w nim wątpliwości. Postanowił zamówić sobie drugie piwo. Alkohol zawsze pomagał mu zmierzyć się z niektórymi elementami świata.