To tylko słowa (I)

Jedynym ratunkiem w porze upałów są wieczory. Powietrze staje się wtedy lżejsze a myśli są szybsze, gwałtowne i wymykają się wszelkiej kontroli. Szczególnie kiedy noc jest bezchmurna i widać każdą, poszczególną gwiazdę. Są jak drobiny złota rozsypane na granatowym materiale. Chłód nocy odbija się w zimnym blasku księżyca, który niewzruszony obserwuje to co dzieje się z nami. Świat pogrążył się w nocy, dla wszelkiej ciemności kontrast stanowią wysokie, białe bloki. Wyglądają na wyrwane z innego świata, tak bardzo odcinają się od otoczenia. W żadnym oknie nie świeci się światło. Ludzie po ciężkim dniu udali się na zasłużony odpoczynek. Mieszkania odpoczywają po całodziennej krzątaninie, ściany milcząco pieczętują wszystkie wypowiedziane w ich obecności słowa. A zegary leniwie odmierzają każdą upływającą sekundę. Tej nocy, o godzinie drugiej, można było usłyszeć tylko ich monotonny rytm. Oraz bardzo podobne do niego ludzkie oddechy.

Z wiaduktu świetnie obserwuje się przejeżdżające samochody. Ich pęd rozdzierał spokojne powietrze i zakłócał nocną ciszę. O tej porze miasto traci swoje zabójcze tempo. Widać to wyraźnie po niewielkiej ilości przemieszczających się ludzi. Jednak prędkość, którą osiągają to przypomnienie, że już niedługo wszystko zacznie się na nowo. Miejska maszyna rozpędza się powoli, stopniowo jakby się bała, że połamie wszystkie swoje tryby. Niektórych przejeżdżające samochody hipnotyzują. Patrzą na nie, pochłaniają ich ruch i wszystkie pojazdy stają się leniwym dźwiękiem, idealnym uzupełnieniem tej sennej ciszy. Ale tym razem człowiek stojący na wiadukcie w ogóle się nimi nie interesował. Nie poświęcał im większej uwagi, nie liczył ich, ledwo zdawał sobie sprawę z ich obecności. Czasem jego wzrok ześlizgnął się na pędzący pojazd tylko po to, aby po chwili znowu odpłynąć w dal. Wyglądał na człowieka, który jest zamyślony, który całą swoją uwagę poświęca na rozliczenie się z poprzednim dniem. Spokojnie wsparł się na zimnej barierce. Kiedyś była niebieska, ale dzisiaj lakier odpadał całymi płatami. O swoim istnieniu dawała znać rdza, stopniowo zżerająca barierki. Ten zepsuty szkielet ledwo mógł zapewnić bezpieczeństwo, w tym momencie stanowił jedynie oparcie dla ludzkich rąk.

Głęboko oddychał. Lubił to miejskie, nocne powietrze. Wydawało mu się, że jego chłód pozwala mu odzyskać utracone siły. Podobny był do zdobywcy, który z najwyżej położonego punktu ogląda podbite przez siebie ziemie. Ale nie czuł się tak. Każdy oddech, każda ilość powietrza wciągniętego do płuc upewniała go, że jest elementem tego miejsca. Należy do tego miasta. Dryfował wraz z nim, czuł jego spokojne tętno, które stopniowo przyśpieszało. Nie robiły na nim wrażenia podniszczone domy, bloki z których odpadał tynk, przeżarte korozją płoty go nie bulwersowały. Wiedział, że to jest jego miejsce, oddał temu miastu całą swoją duszę. W zamian został uznany za jeden z trybów tej wielkiej machiny. Z tą, z pozoru tylko, niewielką rolą pogodził się już dawno. Na swój sposób ją polubił.