„Marlowe – rzekł Carl – błędny rycerz z przeceny”

Wysokie-okno_Raymond-Chandler,images_product,23,978-83-7470-087-0Każda powieść Raymonda Chandlera ma w sobie coś szczególnego. Wszystkie – bez wyjątku – stanowią klasyczny przykład realizacji poetyki czarnego kryminału, wszystkie łączy postać głównego bohatera. Ale każda jest inna, za każdym razem Chandler nas zaskakuje. W „Wysokim oknie” udało mu się stworzyć ciekawy obraz specyficznej rodziny bogaczy.

Głównym wątkiem powieści jest poszukiwanie skradzionej monety. Dopiero po pewnym czasie pojawiają się trupy. To też ciekawa cecha dla powieści Chandlera. Najpierw jakaś błaha sprawa, a dopiero później morderstwo. Dzięki temu nasza uwaga jest ciągle skoncentrowana na głównym wątku, zastanawiamy się w jaki sposób to wszystko ze sobą połączyć. W trakcie zbierania kolejnych dowodów Marlowe trafia na starą, zagrzebaną sprawę. Wszystko to przypomina fabułę „Sokoła maltańskiego”. Najpierw zaginiony przedmiot, a później kolejne sylwetki ludzi, którzy są wciągnięci w wir wydarzeń. A tym razem Chandler szczególnie się postarał.

Mniejszą rolę odgrywa tutaj miasto. W dalszym ciągu ciemne i groźne. Duży nacisk został położony na psychikę postaci. Cała rodzina Murdocków stanowi zestaw indywduów. Pierwsze skrzypce gra tutaj zaborcza matka, która przypomina Philipowi ropuchę. Wszystkich kontroluje, nic nie może się wydarzyć bez jej wiedzy. Do tego lubi się znęcać nad innymi, jej ulubionym celem jest wrażliwa sekretarka Merle. Udało jej się całkowicie upośledzić syna, która w żaden sposób nie radzi sobie z życiem. Leslie stanowi przykład człowieka wychowanego przez kobietę, której siła opiera się na szantażowaniu słabszych. Jest przejęty tym w jaki sposób oceniają go inni, ma wyraźnie obniożone poczucie własnej wartości. Właśnie ta rodzina uparła się, aby zniszczyć życie Merle. Jest oskrażona o zbrodnię, której nie popełniła, przez to żyje w ciągłym poczuciu urojonej winy. Uzależniła się od swojego opracwy (pani Murdock) i nie widzi, jaka krzywda jest jej wyrządzana. Cały czas twierdzi, że jej pracodawczyni jest dla niej dobra i miła. Za wszelką cenę broni się przez wyciągnięciem jej z iluzji.

Co ciekawe Chandler w „Wysokim oknie” przypisuje Philipowi rolę rycerza, obrońcy uciśnionych. Widać to szczegółnie, gdy trafia do niego Merle. Jest w szoku, ponieważ widziała trupa, a przy tym wmówiała sobie, że to ona zabiła. Wszystko po to, aby odpokutować urojone grzechy. Marlowe przyjmuje ją w swoim mieszkaniu, zapewnia odpowiednią opiekę, krótko mówiąć – daje jej odrobinę bezpieczeństwa. Sam jedzie na miejsce zbrodni, a cały czas jest przekonany o niewinności panny Merle. I tutaj zaczyna się robić sentymentalnie. Marlowe zaczyna się jawić jako ktoś ponownie ustanwiający porządek. Niestety, nie jest w stanie naprawić całego świata (jest on zbyt zepsuty) ale może ocalić jedno istnienie. Tym istnieniem jest właśnie Merle. Philp wyciąga ją ze złego otoczenia, stara się wyrwać z iluji, a w końcu odwozi do rodzinnego domu. Co prawda tyrada o obronie niesłusznie uciśnionych wydaje się mocno przesadzona, ale w kontekscie tej powieści jest na miejscu.

Czy faktycznie zamiarem Chandlera było stworzenia wokół Philipa Marlowa otoczki bohatera? Człowieka, który przeciwstawia się czającemu się wszędzie złu oraz ostatniej nadziei uciśnionych? Nie. Raczej Chandler chciał dodać mu odrobinę uczuć. Zerwać z wizerunkiem zimnego cynika, którego celem jest rozwiązanie sprawy. Teraz Philip Marlowe jest zdecydowanie bardziej ludzki, staje się kimś, kto z chęcią pomoże drugiemu człowiekowi. Nie mamy do czynienia z bezdusznym fachowcem, ani z wielkim bohaterem. Po prostu zostaje nam przedstawiony obraz człowieka, posiadającego własne emocje i obawy. A że Chandler odrobinę przesadził – to już inna sprawa.