Kobieta czy idea?

Przyszła wiosna i jak co roku – niestety – moi znajomi, którzy są singlami dostają ewidentnej nerwicy. Nagle zewsząd wyłażą PARY! Nie wiem dlaczego, ale nie widzą ludzi trzymających się za ręce w zimie, dostrzegają ich z początkiem marca. Nawet Walentynki daje się przeżyć, ale wraz z nadejściem 21 marca sytuacja staje się nie do zniesienia. Moi drodzy – Ci ludzie naprawdę chodzą po ulicach cały rok. To nie tak, że wyłażą spod ziemi tylko po to, aby was denerwować. Wydaje mi się, ze problem leży w innym miejscu.

Tym problemem zajmę się od strony męskiej. Z dwóch, banalnych przyczyn. Jest mi to zdecydowanie bliższe oraz mam lepszy materiał poglądowy. Ten błąd popełniają również kobiety. Ale tutaj sytuacja wydaje się zdecydowanie bardziej skomplikowana, ponieważ opiera się na zupełnie innych założeniach. Są one o wiele bardziej pragmatyczne, a powody takiego postępowania bardzo prywatne.

Niektórzy wyraźnie zacierają granice pomiędzy ideą, a kobietą. Są to dwa różne światy, rządzące się swoimi własnymi prawami. Ten drugi dotyka najczęściej świata, z którym stykamy się na co dzień. Przecież mijamy je wszędzie – na ulicy, w autobusach, w parkach, w kawiarniach. Wystarczy wyjść z domu (o ile nie żyjemy na jakimś całkowitym odludziu) i się rozejrzeć. Prędzej, czy później spotkamy jakąś kobietę. Z ideami jest zupełnie inaczej. To przedmioty czysto abstrakcyjne, wyprodukowane przez człowieka. Często mówią o rzeczywistości, ale ciężko je z nią utożsamiać. Nośnikiem idei zawsze był człowiek.

Problem pojawią się, gdy ów singiel idzie na spotkanie. Najczęściej jest niezadowolony ze swojej towarzyszki, po kilku słowach milczy i uznaje ją za zwyczajnie nudną. I człowiek zaczyna się zastawiać „co było nie tak?”. Taka ocena dotyka kobiety bardzo sympatyczne, na swój sposób urocze i interesujące – więc co się dzieje? Singiel szedł tam spotkać ideę, a nie kobietę. Nie miał ochoty słuchać tego co ona ma do powiedzenia, nie chciał miło spędzić czasu. Wolał brnąć w różnego rodzaju metafizyczne tematy, które na dłuższą metę jednak wyczerpują człowieka. Rozmowa musi być „o czymś”. Niesiony na fali dookreślania wszystkiego pragnie towarzystwo drugiego człowieka obrócić w temat. I na koniec wygłasza jaką przemowę o upadku obyczajów. Po co? Wystarczyło tylko zmienić podejście.

Nie wiem co się stało. Tą tendencję zauważyłem dopiero niedawno i nie potrafię dokładnie określić jej przyczyn. Jeżeli idzie się na spotkanie to siedzisz przede wszystkim z CZŁOWIEKIEM (nie wprowadzając rozróżnień na kobietę i mężczyznę), a więc z jego zainteresowaniami, troskami, marzeniami, pasjami, przeszłością. Krótko mówiąc ze wszystkim co się na daną osobę składa. Jak chcesz przebywać z ideami to otwierasz dowolną książkę. Tam jest ich pełno.

Taka metoda nieuchronnie odbiera kolejne barwy rzeczywistości. Właśnie przez takie kategoryzowanie („nie można z nią porozmawiać o teorii monad Leibniza, to nie da się z nią rozmawiać w ogóle”) na własną prośbę odsuwamy od siebie wiele ciekawych osób. Później się przychodzi i klnie na świat kiedy problem leży zupełnie w innym miejscu.