To tylko słowa (VI)

Właśnie się zaczynał. Na scenę wszedł mężczyzna w płaszczu z białym szalikiem. Palił papierosa i przybrał zniesmaczoną minę. Był to tak zwany „zestaw sterotypowego artysty będącego ponad masą”. Mówił chłodno, od niechcenia, udawał że waży słowa.

- Witam państwa w ten wspaniały wieczór. Dzisiaj zaprezentują się przed wami ci, którzy uważają się za poetów. – ostatnie słowo wypowiedział z lekkim odcieniem pogardy, rozejrzał się po sali – To wy wybierzecie zwycięzcę. Wystąpią parami a typować ich będziecie za pomocą oklasków. Każdy zwrot do słuchaczy mocno akcentował. To „wy” brzmiało jak uderzenie młota w stal. Pomimo całej wyłaniającej się zewsząd sztuczności ten człowiek zdobył posłuch. Nikt się nie odzywał, na sali panowała śmiertelna cisza. Ludzie w niemym przerażeniu słuchali zasad konkursu. Byli przy tym tak skupieni, jakby ktoś objawiał im nadchodzącą apokalipsę. Słowa nabierały szczególnego wyrazu i docierały do każdego z osobna. To był jedyny człowiek, który zdawał sobie sprawę z tego, że gra. Być może dlatego wydawał się taki prawdziwy.

Po nim przyszli ludzie różni. Prezentowali poezje niskich i bardziej wysokich lotów. Każdy z autorów usilnie wierzył, że ma coś do przekazania. Nawet dziewczyna z kręconymi włosami, która wplatała na siłę przekleństwa do swoich wierszy. Uważała, że to wzmocni ich przekaz. Zmanierowany do przesady chłopiec został jednogłośnie uznany za obrzydliwego. Ale ludzie jakoś nie mogli od niego oderwać wzroku. Przygarbiony satyryk zdobył głosy dzięki swoim prostym, wulgarnym wierszykom. Ale szybko się opatrzył i znudził, nawet już nie śmieszył. Krzysztof czuł się pomiędzy nimi inny. W trakcie każdej prezentacji kręcił głową, stroił dziwne miny i czasem mówił „Prawdziwą poezję zobaczycie później”. Jego megalomania doprowadzała do szału wszystkich siedzących wokół. Jednak nikt nie pokusił się, aby zwrócić mu uwagę. Każdy wysłuchiwał tych jadów z dziwnym przeświadczeniem, że może coś w tym jest. Raz tylko wybuchnął śmiechem, przy jednej z bardziej sentymentalnych fraz. Marlena próbowała go uciszać za pomocą swoich złowrogich spojrzeń. Nic sobie z nich nie robił, zatrzymywały się na jego twardej, egoistycznej skorupie.

Dlatego też kiedy przyszła jego kolej, wstał i poruszał się z typową dla ludzi posiadających Słowo, pewnością. Wchodził na sceną jako triumfator. Nawet nie spojrzał na stojącą obok niego dziewczynę. Prowadzący swoim tonem „od niechcenia” zapytał:
- Pana godność? – patrzył przy tym z lekkim znudzeniem.
- Krzysztof Lepak. – te wyrzucone słowa zabrzmiały zbyt teatralnie.
- Zacznie kobieta.
- Kobiety nie potrafią w porę skończyć – rzucił lekko ironicznie Krzysztof.
Tym sposobem zdobył kilka parsknięć i naraził się na pogardliwe machnięcie ręką prowadzącego. Nie udało mu się wpłynąć na swoją konkurentkę. Była już wystarczająco przestraszona.

To tylko słowa (V)

Szedł wystarczająco zdenerwowany, aby nie zwracać uwagi na otoczenie. Nie widział więc zdumionych nagłym wybuchem twarzy, tych ironicznych uśmiechów wymienianych pomiędzy osobami obserwującymi całe zajście. Teraz interesowało go tylko jego własne nieszczęście, ten wieczne prześladujący brak zrozumienia. Ale wiedział, podświadomie czuł, że kiedy będzie trzymał w dłoni chłodnego “Lecha” wszystko stanie się proste. Oto czego tak naprawdę pragnie przedstawiciel bohemy artystycznej: prostoty i zimnego piwa. A po kilku kolejnych kuflach lubi zrobić przydługawy wykład na temat upadku obyczajów, ewentualnie wszystkie swoje prywatne niepowodzenia zrzuci na „schyłek epoki”. Ale nie wpadajmy w te zbędne dygresje. Nasz bohater i bez nich jest wystarczająco głęboki i interesujący.

Kiedy dotarł do baru zauważył, że siedzi przy nim ładnie obcięta brunetka. Jako jedyna w całym towarzystwie piła kawę. Stanął zaraz obok niej, aby lepiej się przyjrzeć. Jej oczy były wyraźnie zamyślone a ona całkowicie nieobecna. Krzysztof posłał jej jedno ze swoich „znaczących spojrzeń”, od których padały wszystkie kobiety. Rzucił swoim niskim, niezwykle pociągającym głosem:
- Jednego “Lecha”.
Po czym położył na stole dziesięciozłotowy banknot. Robił to wszystko tak, aby zwrócić jej uwagę. Niestety, te sprawdzone i zawsze skuteczne metody tym razem nie działały. „Trudna sztuka” – wraz z tą myślą na jego twarzy pojawiła się mina amanta z kiepskich filmów. Półprzymknięte oczy i usta w dzióbek. Przystąpił, jak to zwykł mówić wśród swoich znajomych, do „bezpośredniego ataku”.
- Będę dzisiaj czytał swoje wiersze.
I to zdanie wywołało pewien efekt. Popatrzyła na niego z mieszaniną litości i rezygnacji. Długo zbierała myśli, starała się ułożyć jakaś ciętą ripostę, dzięki której pozbędzie się go raz na zawsze. W końcu zdecydowała się na:
- Tak? A zatańczysz nam przy tym?
Odwróciła się, nie miała ochoty patrzeć jak ten poeta zmienia się na twarzy. Wsparła głowę na dłoni i wróciła do picia kawy. Patrzyła czasem na łyżeczkę, podnosiła ją, trzymała na wysokości oczu. Zachowywała się tak jakby na niej były wygrawerowane odpowiedzi na wszystkie pytania. Krzysztof postał jeszcze chwilę i starał się udawać, że całe zdarzenie wcale go nie obeszło. Upił trochę piwa, rzucił okrutne spojrzenie barmanowi, który uśmiechał się pod nosem i wrócił do swojego towarzystwa.

Całą trójkę zastał pogrążoną w swobodnej rozmowie o wszystkim. Nikogo nie zaszczycił spojrzeniem, tylko od razu skierował się na swoje miejsce. Kiedy już usiadł postawił przed sobą kufel piwie i z triumfem pomachał wygrzebanym z kieszeni kawałkiem chusteczki.
- Przy barze jest świetna brunetka. Już zdobyłem jej numer. – śmieszność tych słów uszła jego zazwyczaj niezwykle wrażliwej uwadze.

Nie interesował się rozmowami swoich znajomych. Przygotowywał się do swojego występu. Rozważał w jaki sposób trzymać kartki, które słowa zaakcentować tak aby wydobyć „zaklęty w wierszach potężny ładunek emocjonalny”. Utrzymywał, że tak powiedziała mu jakaś dziewczyna. Ale jeszcze nikt nie wydobył z niego gdzie to się wydarzyło, ani co to była za dziewczyna. Wszystko u niego było „jakieś”. Sam zwykł mówić „moje życie pełne jest metafor i nie posiada utrwalonych kształtów”. Wszyscy widzieli dziwną sztuczność w tej pozie wyzwolonego artysty. Tak jakby wolność nie była jego wyborem, ale stanowiła tylko przykrywkę dla dokuczającej mu samotności. Czuł się niespełniony w życiu i pogardzany przez wszystkich. Ta mieszanka dała dziwny wynik. Sam siebie uznał za geniusza, któremu ludzie zazdroszczą lotnych idei oraz niesamowitego talentu. Zastanawiające jest jak wiele form potrafi przyjąć człowiek pozbawiony treści. Dajmy już spokój tym psychologicznym wynurzeniom. Wracajmy na salę! Na SLAM poetycki!

To tylko słowa (IV)

Miejsca znikały powoli, stopniowo. Im bliżej było do siedemnastej tym więcej osób siedziało na sali. Niektórzy wchodzili i tylko bezradnie spoglądali na pozostawione na stołach kartki bezczelnie informujące o rezerwacji. Przechodzili wtedy obok i wściekli na siebie, że sami nie wpadli na taki pomysł próbowali znaleźć chociaż kilka niezarezerwowanych miejsc. Do Krzysztofa dołączyła jego grupa wsparcia. Oczywiście z uwagi na osobę artysty kartka z napisem „Rezerwacja” była całkowicie zbędna. Ludzie powinni byli się domyślić, że wokół Krzysztofa wszystkie pozostałe miejsca są już zajęte. Jednak przez dłuższy czas przychodzili i pytali „Przepraszam, czy można się dosiąść?” lub krócej „Sorry… Wolne?”. A Krzysztof starając się ukryć zdenerwowanie i zniecierpliwienie odpowiadał swoim beznamiętnym głosem „Nie.”. Lubił patrzeć jak oddalają się zawiedzeni i znowu pytają, szukają, jak w ich oczach coraz bardziej wrasta poczucie niemożliwości znalezienia wolnego miejsca. Poprawiało mu to humor. Oczywiście osoby towarzyszące Krzysztofowi należały do bohemy artystycznej, można nawet powiedzieć, że byli to artyści z najwyższej półki. Dlaczego? Ponieważ mogli siedzieć z Krzysztofem, rozmawiać z nim podziwiać jego wiersze, w ogóle całą jego osobę. Naprawdę, dajmy już spokój tym kiepskim urojeniom poety. Skoncentrujmy się na tych, którzy jeszcze tolerowali jego osobę. Coraz bardziej przychodziło im to z trudem, jednak ten fakt powinniśmy taktownie przemilczeć.

Poeta siedział sam, wciśnięty w fotel stojący pod ścianą. Obok niego, na podobnym meblu, zajęła miejsca Marlena. Była to ruda, trochę piegowata dziewczyna, uwielbiająca zieleń we wszystkich odcieniach. Dzisiaj wybrała zwiewną sukienkę właśnie w takim kolorze. Pisała bardzo sentymentalne wiersze, które nawe zdobyły pewną popularność. Jej ulubionym tematem była miłość ale w każdej tonacji i odcieniu. Brakowało jej tylko jednego – pewności siebie. Dlatego też nie zgłosiła się do dzisiejszego slamu. Naprzeciw niej siedział Wojtek, który zajmował się grafiką. Od dziecka lubił malować, był świetnym portrecistą. Ale wstydził się do tego przyznawać. Wolał robić proste obrazki, loga i inne ozdobniki wykorzystywane na stronach internetowych. Był małomówny i długowłosy. Jego niebieska koszulka była trochę pobrudzona farbą. Za wszelką cenę próbował to ukryć, dlatego też usiadł w najbardziej ciemnym miejscu. Ostatnią, czwartą osobą, była Anita. Dziewczyna zajmująca się prozą bardzo poetycką. Pisała ciężko i metaforycznie, ale nie przejmowała się tym, że prawie nikt jej nie rozumie. Po prostu lubiła pisać i rozmawiać o literaturze. Mówiła o sobie, że jest ciemną blondynką. Miała oczywiście na myśli kolor swoich włosów, a nie stan intelektualny. Ale bardzo lubiła ironiczny wydźwięk tego określenia. Pośrodku stał zwykły, nie posiadający żadnych pasji ani zainteresowań stół. Walały się na nim papiery, stały dwie kawy i piwo. Nic poza tym. Rozmawiali, wspominali śmiali się. Tylko Krzysztof znacząco milczał.

- Jak rozmowa? Opublikują twoje wiersze? – o istnieniu Krzysztofa przypomniała sobie Anita
- Wiesz… Sprawa nie jest taka znowu prosta… No, są zachwyceni… Wiesz, wspominali o tym, że moją twórczość można czytać na wiele sposobów, jednak sugerowali mi uproszczenie tych wierszy. Redaktor stwierdził, że mogą sprawiać spore problemy w odbiorze…
- Wspominałam ci, że tam parę rzeczy można napisać trochę inaczej. – swoim delikatnym głosem wtrąciła się Marlena – Bo często z tych wierszy wychodzi takie żalenie się na świat.
- Bez przesady, że będę poprawiał swoją twórczość! Uważam ją za nadającą się do druku! – Krzysztof zaczął się nerwowo kręcić w fotelu i bardzo podniósł głos – Nie będę się sprzedawał! Moim celem nie jest bycie komercyjnym poetą! Chcę pisać o tym co mnie otacza, a jeżeli ktoś tego nie rozumie to jego problem!
- Spokojnie – Marlena przestraszyła się tego nagłego wybuchu – Tylko mówię, że nad niektórymi mógłbyś popracować…
- To ty lepiej się weź za te swoje uczucia! Wydaje ci się, że ktokolwiek chce czytać takie wynurzenia szesnastolatki, która nie radzi sobie ze światem? Po twoich wierszach można skończyć w kiblu, takie są mdłe!
- Tylko bez takich – chłodnym, wręcz niepodobnym do siebie tonem przerwał mu Wojtek – Nie krzycz na nią. Nie powiedziała nic złego.
- Artyści! Tylko o sobie myślicie kiedy w czyjejś duszy rozgrywa się prawdziwa tragedia – gwałtownie wstał wrzeszcząc przy tym coraz głośniej – Trochę więcej współczucia dla nierozumianego poety! – ostatnie zdanie wypowiedział przeciskając się kolo Marleny. Szedł w kierunku baru, myślał tylko o tym, aby napić się piwa.
Siedzieli w trójkę. Ten incydent kiepsko wpłynął na atmosferę. Każdy starał się wypracować  jakieś zdanie na temat tego, co się przed chwilą wydarzyło. Ostatnio zachowanie Krzysztofa, taka fanfaronda i ciągłe użalanie się nad sobą bardzo ich drażniło. Próbowali mu zwrócić na to uwagę ale nic sobie z tego nie robił. Zachowywał się dalej tak samo. Milczenie przerwała Anita:
- No Marlenko, ależ ci się rycerz trafił.
Kiedy oboje się zaczerwienili Anita tylko się uśmiechnęła. Dotarły do niej pewne plotki, o pewnym portrecie, paru rzeczy się domyślała. Ale teraz była bardzo zadowolona. Uwielbiała kiedy ten bufon tak się wściekał, sprawiało jej to niesłychaną przyjemność.

To tylko słowa (III)

Na człowieka, który szybkim, gwałtownym krokiem przeszedł obok baru, Krzysztof od razu zwrócił uwagę. Ubrany był w czarną marynarkę oraz białą koszulę. Niby w pełni klasycznie ale bez krawatu. Na blond włosach ciężko dostrzec oznaki siwizny, jednak wyraźnie zaczynał łysieć. Stał przez chwilę w wejściu, rozglądał się, w ręce trzymał zwykłą, tekturową teczkę. Kiedy zauważył Krzysztofa od razu ruszył w jego kierunku. Tym razem nie szedł już tak gwałtownie, poruszał się spokojnie i powoli. Krzysztof domyślił się, że to redaktor naczelny „Perypetii”. Chociaż był zaskoczony tak klasycznym strojem. Spodziewał się, że ktoś taki będzie łamiącym wszelkie zasady uosobieniem buntownika, który nieustannie wpływa na otaczający go świat. A szedł w jego kierunku osobnik ze znudzoną, urzędniczą twarzą. W przeciwieństwie do państwowej administracji był przynajmniej punktualny.
- Pan Krzysztof? – gdy tylko Krzysztof skinął mu głową zaczął się rozsiadać. Nawet nie podał ręki młodemu poecie. Tylko rzucił na stół swoją szarą teczkę. – Jestem Adam Czarny. Byłem z panem umówiony. Przyznam panu szczerze, że pańskie wiersze sprawiają nam nieco kłopotu…
- Oczywiście! Rozumiem to. W końcu nie jest to łatwa poezja – wszedł mu w słowo Krzysztof. Cały czas się uśmiechał. W głębi duszy nie wątpił w to, że jego poezja może sprawiać kłopoty komuś kto z twarzy wygląda jak pierwszy lepszy urzędnik – Tylko proszę sobie coś zamówić. Moje wyjaśnienia mogą trochę potrwać.
- Niestety nie mam zbyt wiele czasu – na dźwięk tak chłodnego tonu Krzysztof stracił pewność siebie i przestał się uśmiechać. – Jestem umówiony z kilkoma innymi osobami, które przesłały redakcji swoją twórczość. Pańskie wiersze nie zostaną wydrukowane. Są najzwyczajniej słabe, na tym polega ich problem.
Po raz pierwszy zapadła cisza. Z łatwością dało się usłyszeć jak barmanka czyści kufle, jak je ustawia, nalewa wody do ekspresu. Nawet dźwięk upuszczonej łyżeczki stawał się bardzo głośny i wyraźny. Ciężko rozchodził się w powietrzu i długo dudnił w głowie. Krzysztof był zdruzgotany. Nie spodziewał się takiego podsumowania. Przez chwilę zastanawiał się, czy to nie jest jakaś prowokacja. Pewnie Czarny chce go w taki podły sposób wypróbować. Od razu przystąpił do ataku.
- Doskonale zdaję sobie sprawę, z tego że nie jest to poezja nawiązująca do głównego nurtu. Każdy z tych tekstów czegoś poszukuje to najzwyklejsza, najczystsza awangarda. Całkowicie zaatakowałem formę, rozbiłem ją jednak udało mi się utrzymać spójność treści. Nie uciekam przed żadnym tematem. Odważnie podejmuje te, które dotyczą całego mojego pokolenia. W tych wierszach zawarłem rozterki wszystkich, którzy mnie otaczają. Dlatego też uważam, iż publikacja mojej twórczości to obowiązek. Powinno się wspierać młodych, zdolnych poetów oraz ich…
Przerwał. Nie mógł dalej mówić i patrzeć na narastający na twarzy Czarnego pełen drwiny uśmiech. Najbardziej wytrącało go z równowagi lekceważące kręcenie głową. Znowu zapadła ta druzgocąca cisza. Każdy dźwięk stawał się wybuchem, a zapalnikiem były takie uczucia jak pogarda i drwina. Ktoś zamówił kawę albo herbatę. Od baru dobiegały dźwięki nalewanej wody oraz stawiania filiżanki na spodku. Aż dziwnie, że nie słychać wrzucanego do herbaty cukru. Po chwili w wejściu pojawił się chudy, średniego wzrostu mężczyzna. Na ramieniu miał zawieszony aparat a niósł ze sobą filiżankę. Jego dżinsy i t – shirt były po prostu pospolite. Kolejny klient, który wpadł na kawę, nikt wyjątkowy. Usiadł na najbliższej kanapie i starał się nie zwracać uwagi na siedzących w fotelach mężczyzn. Jednak był wyraźnie zainteresowany w jakim kierunku będzie zmierzała ta rozmowa. Musiał usłyszeć chociaż część pełnej emocji mowy Krzysztofa.
- Widzę, że w życiu też pan praktykuje taką słowną bufonadę. Zupełnie jak w pańskiej twórczości. Masa pustych frazesów, mnóstwo nic nie znaczących słów. Ciągle tylko ja i ja, i ja. Jakie pokolenie, jacy otaczający pana ludzie… Pańska twórczość pełna jest najzwyklejszego egocentryzmu. To nawet nie twórczość ale terapia. Tutaj ma pan swoje wiersze oraz moją krótką krytykę. Niech pan rzuci na to okiem w wolnym czasie.

Otworzył teczkę i do walających się na stole papierów dorzucił jeszcze cztery kartki. Zaraz potem wstał i wyszedł. Na pożegnanie posłał Krzysztofowi ironiczne spojrzenie. Po Adamie Czarnym, naczelnym redaktorze magazyny „Perypetia” pozostały tylko cztery kartki i niesmak. Krzysztof już go szczerze nienawidził. Wyobrażał sobie jak podrzyna mu gardło. Ale obok tych pełnych wściekłości obrazów pojawił się nowy pomysł. Postanowił napisać pamflet, w którym bezpośrednio zaatakuje wszystkich tych nic nie wartych redaktorków. Prasę ukaże jako niesprawiedliwą i niepostępową, wręcz blokującą debiuty młody twórców. Nie cofnie się przed niczym. Spojrzał z odrazą na krytykę, która wyszła spod pióra urzędnika. Ze wściekłością zmiął kartki i rzucił nimi w ścianę. Nie miał ochoty czytać tego, co naskrobał mu samozwańczy znawca poezji i wszelkiej literatury. Miał popsuty humor. Nie chciał nawet kolejnego piwa. Człowiek siedzący na kanapie z uwagą obserwował całą sytuację. Nie słyszał całej rozmowy. Znane były mu tylko te fragmenty, w których rozmówcy podnosili głos. Jednak bardzo żałował, że nie sfotografował tej pełnej wściekłości twarzy Krzysztofa.

To tylko słowa (II)

W tej knajpie zawsze panowała ciemność. Ten fakt nadawał jej wyjątkowego klimatu oraz dziwnego chłodu. Nawet zimą, w czasie największych mrozów kiedy ogrzewanie było włączone było tutaj po prostu zimno. Co, dla wrażliwszych na temperaturę, bywało bardzo uciążliwe. Jednak w czasie dusznego lata, takie miejsca stanowią idealne schronienie przed wszędobylskim upałem oraz oślepiającym słońcem. Wielu zamiast ogródka piwnego, na którym panował typowy letni zaduch, wybierało właśnie tą dużą, zimną i chłodną salę. Wszystkie krzesła, fotele a także towarzyszące im stoły były ustawione w nieładzie. Dzięki temu sala nabierała charakteru miejsca nietypowego, przeznaczonego dla ludzi oryginalnych. Pod jedną ze ścian znajdowała się scena. Miała zostać dzisiaj użyta. Jednak zazwyczaj stanowiła przypomnienie o sztuce, że jest ona wśród nas. Wyrażała gotowość, możliwość zaprezentowania się, wystąpienia przed szerszą publicznością. Zaraz po wypowiedzianym wierszu, przeczytanym fragmencie prozy lub przedstawionym obrazie można było upajać się owacjami. Właśnie dlatego to miejsce przyciągało artystów wszelkiej klasy. Siedzieli, patrzyli na scenę i cieszyli się, że gdzieś jeszcze mogą się pokazać. To tutaj zbierała się cała artystyczna bohema. Przynajmniej tak myślał Krzysztof. Bo Gugalander to miejsce, gdzie można spotkać się ze znajomymi, posiedzieć przy piwie i ewentualnie posłuchać jam session. Nic poza tym. Na tle reszty knajp wyróżnia się tym, że jest tam zimno, ciemno i duszno. Szczególnie wtedy, gdy zjawi się wielu klientów. Z niebywałą szybkością przesiąka się smrodem papierosów i piwa. Dla jednych stanowi to o wyjątkowości miejsca, inni kiwają ze zrozumieniem głową i wybierają miejsca bardziej przewiewne. Zdecydowanie łatwiej tutaj spotkać pijanego studenta, niż jakiegokolwiek artystę. Skąd Krzysztof brał te porównania, na jakich przesłankach je opierał? Pozostawmy to pytanie bez odpowiedzi, ponieważ w żaden sposób nie wpłynie ona na przebieg tej historii.

Aktualnie jedynym klientem był Krzysztof. Siedział sam i obserwował pustkę. Jego myśli koncentrowały się na jednym fakcie, zajmowało go tylko jedno przyszłe wydarzenie: umówione spotkanie. Przez to nie mógł pisać, ani pracować nad nowymi tematami. Myślał tylko o tym, że już wkrótce jego wiersze znajdą się w kultowej „Perypetii”. Sam redaktor naczelny zaproponował mu spotkanie. Tej harmonii nic nie mogło zburzyć, nareszcie czuł się doceniony i szczęśliwy. Nawet piwo mu dzisiaj smakowało. Ubrany w granatową marynarkę oraz (koniecznie) niewyprasowaną koszulę siedział i próbował nadać swojej twarzy wyraz powagi. W ten sposób pokaże, że nie jest jednym z tych głodnych publikacji młodych twórców ale prawdziwym, rasowym artystą. Chciał na wstępie uderzyć w przeciwnika, zmiażdżyć go. Uwielbiał tak postępować z ludźmi, zawsze sprawiało mu to niebywałą  przyjemność. Rozłożył przed sobą kartki, na których miał wydrukowane wiersze. Przyniósł je ze sobą z dwóch powodów: chciał kilka pokazać redaktorowi (opublikowane miały być tylko cztery, a on napisał więcej) oraz musiał wybrać te, które zaprezentuje na slamie. Ale nie mógł się zdecydować, który przedstawi w pierwszej rundzie, który w drugiej, a który zostawi sobie na finał. Za każdym razem kiedy próbował się tym zająć jego myśli uciekały do umówionego spotkania. Pracował nad scenariuszem rozmowy, co powie, jak będzie reagował na słowa redaktora. Chciał być przygotowany na każdą okoliczność. Jednak dziwił się, że budzą się w nim wątpliwości. Postanowił zamówić sobie drugie piwo. Alkohol zawsze pomagał mu zmierzyć się z niektórymi elementami świata.