Dziesiąty

Piękny letni dzień. Słońce pięknie świeciło, dodając trochę blasku całemu światu. Temperatura była całkiem znośna, dał się wytrzymać nie tylko w cieniu. W taki dzień oddycha się pełną piersią, w taki dzień chce się żyć. Ludzie wychodzą na spacery patrzeć jak promienie słońca pięknie odbijają się na łąkach, niektórzy wolą przemykać pomiędzy drzewami, inni wylegują się nad wodą. Tak… Taki piękny dzień… Idealny na tragedię.

Wieczór zapowiadał się interesująco. Wybierał się kolejną imprezę z cyklu “spotykamy się u Jarka, bo on ma wolną chatę”. To już trzeci raz. Kiedy układał swoją fryzurę przed lustrem postanowił, że tym razem nie popuści. Teraz kiedy okoliczności są tak sprzyjające. Zakładał długo wybieraną koszulę w paski i był pewny siebie. Zawiązał swoje nowe czarne buty i jeszcze raz spojrzał na siebie w lustrze. Tak! To ON! Pewny siebie, męski dwudziestokilkulteni mężczyzna!

Pod domem czekała już jego koleżanka. Udało się jej pożyczyć samochód od mamy. Wyszedł pewny siebie, machnął jej ręką. Każdy ruch idealnie obliczony, wyważony. Biła od niego pewność siebie, drapieżna inteligencja i dziwna sztuczność. Wszystko wyglądało na z góry ustawione, wyreżyserowane. W głębi duszy bał się nawet spojrzeć w oczy swojej koleżance. Kiedy jechali do Jarka jak siedział zapatrzony w szybę. Niby obserwował krajobraz, notował każdy szczegół i odpowiadał wypracowanym tonem, który wskazywał na jego męskość. On mógł nie patrzeć w oczy – był poetą. Widział głębiej, lepiej, dokładniej!

Typowa wiejska zabawa, na które wódka leje się jednym nieprzerwanym strumieniem. W dużym pokoju, gdzie pod nieobecność rodziców rozstawiono wielki stół walały się resztki jedzenia i rozlanych napojów. W czasie takiej libacji nikt nie przejmował się tym co znajduje się na podłodze, refleksja przychodziła na drugi dzień. Wokół stołu było dokładanie piętnaście miejsc, parę godzin temu wszystkie zajęte, ale teraz? Teraz na jednym krześle siedział na wpółżywy człowiek, który za wszelką cenę próbował się oprzeć na stole. Po długiej walce upadł triumfalnie na blat i zasnął. Reszta gości rozbiegła się, rozpełzła jak wstrętne macki po domu. Myszkowali wszędzie. W kuchni dwie osoby cieszyły się ze swojego towarzystwa. Tak ślicznie zajęci sobą nie zwracali uwagi na tych, którzy czasem sięgali do lodówki. Osiem osób uprawiało pseudorozmowę składającą się z bełkotań, zdań o zaburzonym szyku i całego bezsensu jaki przychodzi pijakowi na myśli. Jeden Marian siedział na dworze. Uciekł z tego przybytku rozpusty pijany niemniej od całej reszty. Udawał, że rozkoszuje się świeżym powietrzem – przed nikim nie przyznał, że woli nie skrępowany rzygać krzaki.

Ogólnej rozszczebiotanej radości nie zakłócił trzask drzwi dobiegający z samej góry. Weronika schodziła ze schodów oparta o ścianę, za wszelką cenę próbowała utrzymać równowagę. Je bordowy golfy był odrobinę zawinięty i jakby poszarpany. U spodni miała częściowo rozpięty pasek. Zanim weszła do dużego pokoju doprowadziła się do porządku. Poprawiła czarne, kręcone włosy, golf i porządnie zapięła spodnie. Z obojętnym wyrazem twarzy wkroczyła wprost między rozgadanych ludzi. Staczał się po tych samych schodach, ale później. Tak samo opierał się o ścianę, próbując nie spaść. Chwilę siedział na łóżku, zastanawiał się co się stało. Kiedy zszedł popatrzył na rozmawiających ze sobą ludzi i zdecydował się, że pójdzie na dwór. Świeże powietrze dobrze mu zrobi.
Usiadł obok Mariana, który już był półprzytomny. Odpływał powoli, stopniowo. Rozkoszował się świadomością, która powoli zanikała ale nie tym pijackim urwaniem filmu. Cieszył się bardzo ze swojego stanu, gdy jego przymusowy towarzysz zaczął mówić:
- Takie fiasko… Na coś tak tragicznego, przygotowany nie byłem (tu wzniósł ręce do nieba) Dlaczego Boże nie pozwolisz mi zaznać rozkoszy w objęciach ten kruczowłosej Racheli? Czemuż, ach czemuż gdym tylko rozsunął jej czarne włosy i gdym próbował złożyć pocałunek na jej łabędziej szyi tyś sprawił, że ona wymknęła się mojemu urokowi? Włożyłem całą swoją delikatność, aby odkryć jej delikatną skórę. Próbowałem zerwać z tego greckiego posągu bogini jej wierzchnie odzienie… Jaki byłem głupi… I co mi zostało? Tylko się upić i wpaść pod stół… Dlaczego chociaż raz nie dasz mi zakosztować kobiecych ust? Czemu tak…
Chciał mówić dalej, ale przerwała mu położona na jego ramieniu dłoń. To Marian miał już dość wyznań prawiczka, który próbował zgwałcić jakąś dziewczynę. Na dodatek zrobił to dość nieumiejętnie o czym świadczył czerwony policzek. Marian długo szukał odpowiedniego słowa, które odda urok całej sytuacji. Przeszukał cały swój bogaty słownik i w końcu się zdecydował. Popatrzył pijackim wzrokiem w przerażone oczy Poety:
- Pierdolisz…

Usunął się w pijacki sen, opadł bezwładnie na ławkę. On, Poeta został sam. Tak jak zawsze los uderzył go w plecy, gdy on próbował chociaż przez chwilę być szczęśliwym. On, Poeta postanowił mieć w pogardzie wszystkie cielesne przyjemności i zetknąć się z Absolutem, poprzez czystą metafizykę. Smutni są tacy bezproduktywni pseudodekadenci, którzy całą swoją żałość maskują dobrze spreparowaną maską. Jedyne z czym się zetknęli to podłoga, a z Absolutem nie obcowali nigdy.

Dziewiąty

Na całym świecie jest tylko jedno miejsce, gdzie jest zimniej niż na zewnątrz: są to polskie autobusy. Niezgłębioną zagadką pozostaje sposób w jaki je skonstruowano. Być może powietrze wewnątrz jest celowo wychładzane, po to aby ulżyć silnikowi? Przecież znajduje się dokładanie pod nogami pasażerów. W zimę każdą wyprawę autobusem trzeba nie tyle dobrze przemyśleć, co dobrze się na nią przygotować. Mam na myśli ciepłe ubranie najlepiej takie, które całkowicie izoluje od świata zewnętrznego.

Nie dość, że świat na przełomie jesieni i zimy wygląda ponuro, to całą szarość potęgują nieszczelne, brudne szyby. To już nie jest nawet widoczna powłoka. Cały brud wżarł się w szyby, nie da się go w żaden sposób usunąć. Nawet nie widać, żeby ktoś to próbował zrobić, a deszcz nie daje sobie rady. Szkoda wspominać o nowoczesnym wnętrzu. Nigdzie nie da się uświadczyć tak rewolucyjnych rozwiązań jak przeciekający dach, czy rozwalone siedzenia. Można przecież stać, siedzieć mają starsi ludzie. O ile wytrzymają jazdę po wszelkich dziurach, które przecież tak umilają podróż.

Jednak wszyscy cisną się i pchają do tych wynalazków techniki. Wystarczy spojrzeć na ludzi, którzy wręcz leżą na drzwiach, zrobią wszystko aby dotrzeć do wybranego miejsca. W godzinach porannych można odnieść wrażenie, że przejażdżka autobusem jest pewnego rodzaju atrakcją. Tylu chętnych, a tak niewiele miejsca. Nie każdy się załapie, trzeba więc walczyć. Już na przystanku ludzie próbują się ustawić, tak aby drzwi mieć przed nosem. Zaraz po ich otwarciu zaczynają napierać na resztki zwolnionej przestrzeni. Na przystanku zawsze ktoś wysiądzie i to daje nadzieję nie tylko czekającym, ale także pasażerom. Wszelkie stwierdzenia, że ludzie się od siebie oddalili można między bajki włożyć. Jak ktoś nie wierzy – proszę się przejechać autobusem po godzinie siódmej. Ludzie są wtedy tak blisko siebie, jak nigdy.

Autobusami poruszają się różne indywidualności. Począwszy od podrzędnych pijaczków, na rożnego rodzaju biznesmenach skończywszy. Wszyscy są podobnie obojętni, starają się patrzeć w jeden punkt, byle nie w człowieka stojącego zaraz przy nich. Bo jak można komuś obcemu patrzeć w oczy?! Przecież to już szczyt chamstwa! A uśmiechnąć się?! Jeszcze wezmą za wariata. Dzisiaj normalne jest to, że ktoś Ci ukradnie portfel, bo uśmiechają się tylko wariaci.

Pan siedzący pod oknem wyraźnie pozuje na intelektualistę. Trzyma w rękach książkę, która ma tytuł po angielsku! Przecież to już szczyt intelektualizmu! Na dodatek o polityce, na co wskazuje tytuł “Putin. The Rise of Power”. Zaciąga trochę paradokumentalnym “Hitler. The Rise of Evil”, ale co tam ważne, że się czyta. Widać, że z trzy dni się nie golił a dzisiaj założył piękną, brązową czapkę z włóczki. Coś cudownego. Na samym końcu autobusu stoją trzy młode dziewczyny. Ważna uwaga! Kobiety, dziewczyny i tak dalej są zawsze młode, a po sześćdziesiątce to dopiero! Nie należy czynić żadnych uwag odnośnie wieku, dlatego też zajmiemy się ich inteligencją.

Śliczne białe kurteczki, oczywiście skontrastowane białymi kozaczkami. Do tego różowe sweterki, oj wystają rękawki! Pozujemy na wyegzaltowane intelektualistki? Niestety, metafizyczny sweter musi być obowiązkowo rozciągnięty i utrzymany w ciemnych barwach. Róż zdecydowanie psuje efekt. I te wspaniałe tipsy! Tak długie, że można nimi spokojnie otwierać piwo. Jednak takie dziewczyny na coś się przydają! Prowadzą gorącą dyskusję na zajmujący temat: czy Marek jest dobry w łóżku? Wydaje się, że starsza pani w zachęcającym berecie z antenką miałaby coś do powiedzenia. Podobnie jak reszta pasażerów.

Pomimo nagłego ataku różu, żółci, zieleni, wszystkich pastelowych i rażących oczy odmian każdego koloru świat zszarzał. Bo to, że psieje wiadomo od dawna… Miał otwartą książkę na początku, teraz na środku? Tak szybko się nie czyta… Obrazków może nie ma – ale za to są wykresy!

Ósmy

Lubiła parzyć herbatę. To była jedna z niewielu chwil, kiedy mogła zebrać myśli. Z pokoju wygnał ją czajnik, a właściwie jego gwizd. A już tak dobrze siedziało się na kanapie, powoli odpływała wsłuchana w jej ulubioną muzykę. Musiała się podnieść i przejść do kuchni, czuła się jakby ktoś ją wyrwał z innego świata.

Dzisiaj wybrała swoje ulubione filiżanki. Te porcelanowe, z roślinnym motywem. Trzymała właśnie jedną i oglądała ze wszystkich stron. Zielony bluszcz oplatał cała filiżankę, strzelał do góry zielonymi listkami. Kiedy obracała ją w dłoni liście tańczyły, bluszcz wpadał w kolisty szał. Uśmiechała się trzymając filiżankę dokładanie przed nosem. Po chwili odstawiła ją na blat stołu. Trzeba było jeszcze znaleźć podstawki i herbatę. Woda już była, dawno się zagotowała. Zauważyła, że znowu ustawiła czajnik dzióbkiem do ściany. Trzeba będzie zetrzeć wodę, która teraz jest na płytkach, ale najpierw trzeba zaparzyć herbatę!

Już pogodziła się z tym, że nie znajdzie podstawek. Zginęły  dawno, a może ich nie dostała? Komplet, który składał się z czterech filiżanek, czterech podstawek i dużego imbryka był tylko pięknym wspomnieniem. Dostała go od swojej mamy, tak po prostu na święta. Najbardziej podobało jej się to, że miał roślinne zdobienia. Od kiedy usłyszała, że ma piękne szmaragdowe oczy uwielbiała zielony. Zawsze kiedy stała przed lustrem próbowała się dopatrzyć tych “szmaragdów” na razie się nie udawało. Pierwszą filiżankę stłukła Zuza, w czasie jednego z babskich wieczorów. To zawsze była niezdara, ale żeby nie umieć przejść dwóch kroków? Do czegoś takiego trzeba mieć niesamowite zdolności. Drugą, stłukła ona. Niepotrzebnie postawiła filiżankę na skraju stołu. Zrzuciła ją przypadkowym ruchem ręki. Jeszcze nieobecność podstawek rozumiała, ale w jaki sposób mogła zgubić ten duży imbryk? Pewnie się stłukł, a ona nie pamięta. Nie, taką ilość zniszczonej porcelany na pewno by zapamiętała. Ktoś to przecież musiał posprzątać.

Przypomniała sobie, gdzie jest herbata. Otworzyła szafkę wiszącą zaraz obok okna. Oczywiście herbata stała na najwyższej półce. A jak ona, mała, nieporadna kobieta tam sięgnie? Mogła poprosić o pomoc, ale teraz trzeba było unieść się dumą. Albo przynajmniej udawać dumną. Podstawiła sobie jedno z krzeseł. Stojąc na krześle i szperając za herbatą zaczęła się śmiać. Wyglądała teraz jak mała dziewczynka buszująca po szafkach. Nie zdawała sobie sprawy, że tyle różnych gratów się tam zajduje. Jakieś sitka, puste pudełka będzie musiała w końcu zrobić porządek. Zeszła na z krzesła i wróciła do parzenia herbaty. Do jednej filiżanki nalała wody i od razu wrzuciła torebkę z herbatą. Wystarczyło chwilę zaczekać i była gotowa. Dla siebie robiła herbatę w dość nietypowy sposób. Najpierw wrzucała dwie łyżeczki cukru, które zalewała wodą. Dopiero na sam koniec wkładała torebkę z herbatą. A później patrzyła, jak ten charakterystyczny kolor stopniowo rozlewa się po całej filiżance. Teraz nie miała czasu, żeby delektować się widokiem parzącej się herbaty, były inne ważniejsze rzeczy. Jedna z nich siedziała właśnie w dużym pokoju.

Poprawiła swoje wycieniowane, krótkie brązowe włosy, wzięła filiżanki i ruszyła pewnym krokiem do pokoju. Nie zapomniała zrobić obrażonej miny, to przecież było najważniejsze. Siedział już na kanapie. Cwaniak myślał, że usiądzie obok niego. Ona tylko postawiła filiżanki na małym stoliku, a sama usiadła na fotelu. Dokładnie na przeciw niego.
- To jak? Przeprosisz mnie w końcu? – zapytała utrzymując urażoną minę, ale oczy już się śmiały.
Odpowiedziało jej tylko długie westchnienie. Kiedy trzymała w ustach łyżeczkę nie mogła się powstrzymać. Delikatnie się uśmiechnęła.

Siódmy

Od trzech dni lało. Przez dwadzieścia cztery godziny, którymi obdarzył nas Absolut padał deszcz. Nawet przez chwilę nie ustępował. Krople waliły rytmicznie w karoserię samochodów, spadały na chodniki i straszyły ludzi, którzy za wszelką cenę próbują uciec od odrobiny wody. Chowają się pod parasolami, chodzą w płaszczach przeciwdeszczowych. Ci najbardziej zdesperowani wchodzą do podejrzanych, ciemnych bram. W taką pogodę nikt nie kradnie. Świat robi ludziom wystarczającą krzywdę.

Główna ulica chorzowskiego rynku i bez deszczu wydaje się w dziwny sposób przygnębiająca. Kiedy tylko pojawią się szare i ciężkie chmury, smutek wyraźnie się potęguje. Wyłazi z wszystkich szczelin w chodniku, snuje się po bramach i wpełza do mieszkań. Nie można go zobaczyć, ani dotknąć, jednak jego obecność da się odczuć. To ten zimny dreszcz, po którym następuje rosnące przygnębienie. Adama wyczuwał obecność czegoś ciężkiego w powietrzu. Siadało mu na piersiach i dusiło, nie mógł zaczerpnąć powietrza. Tak działa na niego aura, która nie sprzyjała wszelkiemu istnieniu. A dzisiaj jeszcze szedł do pracy. Szykował się ciężki wieczór.

Jeszcze się nie przyzwyczaił do pracy. Jakoś nie odnalazł się w nalewaniu piwa i przyjmowaniu zamówień. Zawsze starał się zniknąć, a że było to raczej niemożliwe robił wszystko, aby inni go ignorowali. Zauważył, że najbezpieczniej jest za barem, czasem naleje się piwa, czy zrobi drinka. Można przetrwać. Teraz oparty plecami o ścianę patrzył tępo w niebieskie ściany i w fotele. Lubił ten prosty, ale jak przyjemny wystrój. Miejsca nie było dużo, a atmosfera była bardzo kameralna. Od pewnego czasu obserwował spokojnie upijającego się człowieka. Przyszedł w porządnym czarnym płaszczu i białym szaliku. Artysta, albo raczej takiego zgrywał. Tak jakby biały szalik uduchawiał bardziej od czerwonego.

Po trzech godzinach, z mężczyzny siedzącego przy stoliku nie było co zbierać. Adam był pewny, że jeżeli on spróbuje wstać to się przewróci. Mylił się. Artysta znalazł w sobie tyle siły, aby przytoczyć się do baru. Usiadł zaraz obok kasy, przez chwilę rozglądał się bezmyślnie.
- Coś podać? – na nic innego Adam się nie zdobył.
Brak odpowiedzi. Biały szalik gapił się na niego jak na kogoś z innej planety. Chyba nawet nie zrozumiał tego bardzo prostego pytania. Wziął głęboki oddech, patrzył jeszcze przez chwilę na Adama. I zaczął.
- Wy kompletnie nic nie rozumiecie! Nic do was nie dociera! Wydaje się wam, że wiecie najlepiej, że widzicie lepiej od innych! A w życiu! Powinienem podziękować za to wszystko mojemu koledze… “Spróbuj, nic nie tracisz. Na pewno warto.” Tak mi mówił, wyobrażasz sobie? – wskazał placem na Adama – Straciłem spokój z winy mojego własnego przyjaciela. Od początku cała ta sytuacja mi się nie podobała. Jakieś takie spotkania, półsłówka, żadnych decyzji. Krążyło się wokół osobistych tematów, jakieś zwierzenia. Człowiek siłą rzeczy zbliża się do drugiego – tu zrobił przerwę na długi oddech, jakby godził się z własnymi wspomnieniami – Oddałbym wszystko, żeby tylko z nią być… Ale nie! Wybrała jakiegoś… Jakiegoś… Typa! Jakiś taki otumaniony, nie trawie jego obecności. Nawet nie można z nim o czymś porozmawiać. Do kina nie chodzi, książek nie czyta, a dobrej muzyki nie słucha… – podniósł wzrok, powoli wzbierał w nim dziwny gniew – O! Ja dobrze wiem, co ty sobie myślisz! Że tutaj chodzi o zazdrość! Że się czuję odrzucony! Nic z tych rzeczy! Ja po prostu nie mogę ścierpieć, że ona wybrała takiego ciężkiego idiotę, takiego debila, co ledwo pisze! Z tym sobie nie daję rady! – i uderzył rękoma w blat, tak głośno, że obejrzeli się w jego kierunku nieliczni goście. Adam słuchał tego przemówienia, tego monologu z niewzruszoną twarzą. Zdobył się tylko na:
- Coś podać? – założył dłonie za siebie i patrzył spokojnie na artystę.

A ten tylko poprawił zwisający mu u szyi szalik. Wstał, a raczej poderwał się energicznie i rzucił się w kierunku swojego miejsca. Kiedy brał swój płaszcz nawet nie sprawdził czy czegoś nie zgubił. On już stracił co miał do stracenia, nawet zwykły barman był obojętny na jego cierpienie. Wyszedł zataczając się od ściany do ściany, aby otworzyć drzwi po prostu się na nich uwiesił. Adam odprowadził go swoim całkowicie obojętnym wzrokiem. Zabrał się do czyszczenia kufla. Robił to powoli, bardzo dokładanie. Nawet nie zastanawiał się nad cierpieniem, które przed chwilą na niego wylano. Każdy ma taki świat jaki sobie wytworzy. Chciał tylko jednego: żeby ten wieczór wreszcie się skończył.

Szósty

W Katowicach, które są okrutnie brzydkim miastem, które nie mają w sobie absolutnie nic tajemniczego jest coś co może dziwić. Chodzi o tak zwany Plac Miarki. Są na tym świecie ludzie, którzy za nic nie zrozumieją, dlaczego mały park z pomnikiem Stanisława Moniuszki jest czasem nazywany Placem Miarki. Na pewno nikt nigdy nie był tym, aż tak zainteresowany, żeby przeprowadzić jakieś dziennikarskie śledztwo, szczerze wątpię, żeby z tego powodu ktoś nie spał przez kilka tygodni. Są inne problemy warte śledztwa albo kilkutygodniowej bezsenności. Ale jednak ta sprawa jest bardzo nurtująca!

Ten mały park, z posągiem stanowi prawdziwą wyrwę w brutalnie zindustrializowanym świecie Katowic. To miasto miały stanowić miejsce górników, hutników i innych tego typu ciężkich przemysłowców. A niestety, nie od dziś wiadomo, że kto raz zagłębi się w brudzie codziennego życia, przez nie jest ściągany w dół, temu ciężko będzie się wynieść na wyżyny ducha, tak niedostępne na co dzień. Można tak opisać całą sytuację, można też inaczej. Nie mam mowy, żeby górnik po ośmiu godzinach dniówki, siedział i zachwycał się barwnymi metaforami Leśmiana, albo doceniał awangardowe koncepcje Cypriana Kamila Norwida. Ciężka praca, ciężką pracą – ale nad ludźmi nie wolno się znęcać!

Kiedy wkraczamy do tego małego parku, do tego azylu pełnego zieleni od razu znajdujemy się w innym świecie. Już nie musimy nigdzie pędzić, już nic i nikt nas nie goni. Siedzimy spokojnie na ławce, patrzymy na stojącego nieruchomo Moniuszkę, obserwujemy spacerujących ludzi. Towarzyszą nam milczące drzewa, których liście delikatnie trąca wiatr. A te spadając wirują w oszalałym tempie, tylko po to aby zderzyć się z ziemią. Tak kończy się lot, który nagle podarował im los. Z dużej wysokości może i więcej widać, ale na pewno dłużej się spada. O tym, że gdzieś jest ten szalony świat, który pędzi na złamanie karku, przypominają nam dźwięki klaksonów. Kierowcy trąbią jakby postradali wszystkie zmysły, jakby ten długi wysoki ton dawał im prawo nie do jazdy, ale do istnienia. Nie mają ochoty patrzeć na spadające liście, chcą pędzić spróbować dogonić uciekający czas. A szkoda…

Park otoczony jest starymi kamienicami. Wyglądają na zbudowane gdzieś na przełomie XIX i XX wieku. Kiedy to artyści nieustannie spierali się z filistrami, kiedy to ważyły się losy tego świata, a ludzie dopóki los nie wskazał bezpośrednio na nich – spokojnie wyglądali z okien i obserwowali park. Rzucał się im w oczy nieruchomy Moniuszko, który już powoli denerwował się pędzącymi na złamanie karku ludźmi. Jeszcze wtedy nie było tej fontanny. A może i była? Nie wiem. Teraz jest zaraz obok Stanisława. Woda ma uspokajać, człowiek ma patrzeć na nieustannie płynącą wodę i zapadać się w siebie. Ma trochę odpocząć. Ale jak to zrobić, gdy ci szaleńcy tak potępieńczo trąbią?

Fontanna na okres jesieni i zimy przykryta jest kamiennymi blatami. Pewnie po to, aby nie wpadały do niej liście, aby nie skuł jej lód. Ale są tam jeszcze gołębie. Gołębie, których tępe oczy wyrażają tylko jedną chęć: utopić się w fontannie. Chodzą bez celu po kamiennych płytach, dziobią je. Uwolnią się od ciągłej gonitwy o okruchy, już nie będą musiały walczyć z samochodami i nieprzychylną strażą miejską. Nie od dziś wiadomo, że na jesień rośnie odsetek samobójstw wśród gołębi. Skok do fontanny to ostatni akty desperacji, krzyk sprzeciwu wobec świata, który je lekceważy. Moniuszko przygląda się tej dziwniej walce z czarnymi płytami, bez żadnego zdziwienia. Przez te wszystkie lata całkowicie zobojętniał.

Do dwóch młodych mężczyzn do tej pory spokojnie obserwujących zdesperowane gołębie dołączyły trzy wyraźnie podpite dziewczyny. Niechętni temu towarzystwu panowie jednak zgadzają się na ich obecność. Pewnie je znają. Cóż, Stanisław też nauczył się tolerować gołębie. Najbardziej polubił te, które pogrążone w ciężkiej jesiennej depresji, rzucają się do fontanny. Gołąb samobójca – to ulubiony gatunek Moniuszki.