Trzeci dzień z życia Miasta

Od trzech dni tutaj przychodził. Ludzie go omijali, unikali jego spojrzeń. Ale on nigdy się tym nie przejmował. Stał samotny i pewny naprzeciw nadchodzących fal ludzkich kroków. Ostatnio był bardzo nieobecny. Z każdym dniem coraz bardziej zapadał się w sobie. Porwał go leniwy i potężny nurt własnych rozmyślań. Nie potrafił już iść dalej. Za każdym razem, gdy wychodził z domu jego myśli prowadziły go na ten wiadukt. Znajdował się w pułapce, czuł to całym sobą: jego myśli się zapętliły i zamotały same w sobie. Trzeci dzień był inny.

Krwistoczerwony zachód słońca rozpostarł się nad miastem. Spadał na nie bardzo powoli, czas zmieniał jego odcień. Pojawiło się trochę pomarańczowego, a później żółtego. Miasto tonęło w feerii gorących i groźnych barw. Słońce schowało się za jednym z bloków i rozświetliło jego kontur. Był to czarny monument opierający się zalewowi gwałtownych kolorów. Miasto budziło się z jutrzenką pełną nadziei, a zasypiało otulone krwistym całunem niespełnionych postanowień.

Patrzył na przejeżdżające pod wiaduktem samochody. Przypominały rzekę, która w zależności od pory dnia falowała słabiej lub mocniej. Były pulsem tego miasta, stanowiły nurt, do rytmu którego dostosowywało się pozostałe życie. Ona wlewała się do mniejszych ulicy i świszcząc oplatała osiedla. Była wszędzie. Nie dało się od niej uciec. Jej tempo zmieniało się wraz z upływem czasu. Wszystko zależało od tego, w jakim momencie się na nią spoglądało. Gdy czerwień spadała na miasto nurt powoli się uspokaja. Wraz z nadejściem nocy rzeka samochodów falowała bardzo spokojnie. Wtedy zdecydował się skoczyć.

Podobno.

Marzył, że woda tego miasta obmyje go z dotychczasowych win. Chciał czerpać z niej garściami, rozkoszować się jej cierpkim, ale bardzo przyjemnym smakiem. Pragną widzieć w niej swoje lepsze, bardziej odważne oblicze, jednak to miejsce coraz bardziej go zniekształcało. Wszyscy jego znajomi twierdzili, że w tym mieście zapomina się o wszystkim, że jego nurt daje nowe możliwości, pozwala zacząć życie od nowa. Jego pozbawił tchu i odebrał duszę. Podobno utonął w tym mieście. Podobno.

Inspiracja: E. Munch “Rozpacz”

NieCzas

Lato się skończyło. Odeszło w sposób piękny i słoneczny. Ten ostatni dzień był ciepły, przesycony lekkim powietrzem. Cały świat postanowił przybrać złotą barwę słońca. Liście jeszcze nie opadły, jesień przychodziła powoli. Wiele z nich dopiero zmieniało kolor. Właśnie dzięki temu, można było dostrzec feerie barw, tysiące odcieni, które ktoś poprzylepiał do przypadkowych drzew. W ten ostatni dzień stało się coś niespodziewanego. Zmienił się Czas.

Spacer na początku miał cel, więc szli przekonani o tym, że dotrą na miejsce. Obserwowali ludzi wracających z pracy, pijących herbatę przed domem, podlewających kwiatki. Patrzyli na domy ale umykały im promienie słońca ślizgające się po czerwonych, brązowych, skośnych i spadzistych dachach. Kiedy szli ulicą nie liczyły się rosnące przy chodniku kwiaty. Wtedy liczył się tylko cel. I próbowali różnych dróg, aby do niego dotrzeć. Raz szli w lewo, raz w prawo, docierali do uliczek, które nagle się kończyły. Miejsce zaczynało przypominać labirynt, ale nie rozciągnęli za sobą żadnej nici. Nie mogli wrócić więc szli dalej. Wędrowali po plątaninie asfaltowych dróg i poustawianych przez Przypadek drogowskazów. Dotarli do miejsca, w którym miało się skończyć wszystko. Nie było tam dróg, tabliczek mówiących gdzie iść, kolorowych płotów, zepsutych huśtawek i czerwonych dachów. Tam nie było też Czasu. Ale wtedy o tym nie wiedzieli.

Przeszli przez niewysoką, pożółkłą trawę. Postawiona na środku uliczna lampa ich zaintrygowała. Była jednym przedmiotem przypominającym o tym, że gdzieś za nimi był poplątany świat. Była bardzo stara, przeżarta przez tamten Czas. Zapewne znalazła się tutaj przez Przypadek, który rzucał przedmioty i ludzi w różne miejsca. Lampa nigdy nie świeciła. Tutaj noc nie była ciężka, sierp z łatwością ją przecinał. A świecił tutaj zawsze, bo nic nie mogło się zmienić. Przecież tam nie było Czasu!

Dotarli do rzeki. Brudnej, płynącej w niewiadomym kierunku. Tylko jako odbicie była czysta, bo tam niebo było zawsze błękitne. Nie było na nim nawet jednej chmury. Drzewo rosnące przy rzece, żyło też w niej. Pomimo brudu, który zapewne zbierał się w tamtym świecie, a tutaj trafiał przez Przypadek, ten obraz był identyczny. Te same liście, przez które przeświecało słońce, dzięki czemu nabrały one setek, jeżeli nie tysięcy, barw. Jedyną różnica było lekkie falowanie, delikatne załamania na zwierciadle rzeki. Te kolory nawet w niej się odbijały. I tylko one się tam zmieniały, bo tam nie było Czasu i żadna większa zmiana nie mogła się przydarzyć.

Nie zrobili nawet jednego zdjęcia. Aparat nie potrafił złapać ostrości. Bez materialnych dowodów swojej obecności w nowym miejscu postanowili wrócić. Znowu pobłądzili. Blaszany budynek, którego błękit w kilku miejscach pokryła rdza, ciągle się od nich oddalał. Skrót okazał się dłuższy, niż cała ich dotychczasowa wędrówka. Przeszli przez nieużywane tory, dotarli do miejsca, w którym stały trzy młode brzózki. Ich kora była pocięta, każdy kto tutaj przyszedł chciał zostawić ślad po swojej obecności. Oni tego nie zrobili, nie mieli jak. Ale wiedzieli, że kiedy znowu tutaj trafią te brzózki dalej będą młode, a nacięcia nie wyblakną. Tam nie było Czasu, więc wszystko niezmiennie trwało.

Nie wiedzieli jak udało im się wyjść. Chyba Przypadek stwierdził, że dość się napatrzyli. Wypuścił ich i pozwolił im odejść. Tym razem asfaltowe ulice nie ułożyły się labirynt, bez problemu wrócili do domu. Dopiero tam spojrzeli na zegarek. Nie było ich tylko przez trzy godziny. A mieli wrażenie, jakby spędzili tam całe popołudnie. Tam nie było Czasu, a Tutaj Czas się zmienił. Jest też inna możliwość. To oni się zmienili. Teraz widzą więcej.

Zapewne wrzucona, dla żartu, do niebieskiej torebki koniczyna dalej tam tkwi.

//Inspiracje: osobowość pani fotograf, ostatni letni spacer oraz powyższe zdjęcie. Zrobiła je Kinga Baranowska.

Nocą (III)

Zbiorowisko cegieł wyrosłe przy torach kolejowych. W dzień pełne ludzi. Przechodzą, taszczą i pchają swoje bagaże. Niektórzy zatrzymują się przy kiosku, aby kupić paczkę chusteczek. Inni za przystanek, w trakcie swej wędrówki uznają fast food. Małą budkę przyklejoną do masywu dworca. On wyludnia się falami. Aż w końcu, wieczorem, pozostaje tylko kilka zbłąkanych osób. Późną Nocą nie ma już nikogo.

Zegar na wieży odmierza, we własnym rytmie czas. Jego wielkie wskazówki nieuchronnie kontynuują odliczanie. Szarość starych cegieł o tej godzinie wydaje się być przerażająca. A dworzec jest wielką bryła, której najwyższa część prostopadle przecina niebo. Nie ma w nim nic ciekawego. Jest pusty, zimny i odstrasza. Tylko czasem, z nocnego nieistnienia wyrywa go miarowy stukot kół i światło pociągu.

Stał i patrzy na Dworzec. Budynek nigdy go specjalnie nie zachwycał. Zwykła zaniedbana struktura. Zegar spóźniał się o dziesięć minut. Ale mało kto zwracał na to uwagę. I tak wszystkie pociągi były opóźnione o dwadzieścia, trzydzieści minut. Czasem nawet o całą godzinę. Podszedł do wejścia. Wyglądało jak brama zapraszająca do innego świata. Na swojej twarzy wyczuwał lekki chłodny powiew. Mętnie świeciła nazwa „S. Miasto Centrum”, na dodatek jej blask rozpuszczał się we mgle. Wnętrze Dworca zdawało się patrzyć i już powoli prostowało swoje stare, kościste, zaniedbane palce, aby go złapać i wciągnąć do środka. Nie wahał się. Nie czekał na kolejny, tym razem silniejszy powiew chłodu, który byłby jawnym zaproszeniem.

Sam wszedł. I nic się nie zmieniło.

W środku panował dziwny zaduch. Powietrze było przesycone wilgocią i mdłym zapachem gnijącego drewna. Światła było mało. Znajdowało się tylko w przejściu prowadzącym na drugą stronę miasta. Ten blask był dziwny, o wiele bardziej pewny niż światło lamp. Ono nie rozpraszało się. Swobodnie padało na żółtą blachę, którą ktoś obił ściany. Ani śladu rdzy. Ani śladu wykonanych przez niezdyscyplinowaną młodzież napisów. Teraz dopiero zdziwił się, że wcześniej nie zauważył tak mocno rozbłyskującego przejścia.

Wszedł dalej. Jego kroki odbijały się echem na starej posadce. Zmęczone całodniowym hukiem ściany ich nie wzmacniały. Dźwięk butów zamierał powoli, ginął przesycony panującą wszędzie szarością. Nie potrafił określić koloru ścian. Albo były tak brudne, albo jego wzrok jeszcze nie przyzwyczaił się do ciemności. Zauważył, że jedyna kasa była już zamknięta. Wewnątrz nie było nikogo poza nim. Nikt nie sprawdzał godzin odjazdów. Nawet miasto ucichło. Poczuł powoli rozchodzący się dreszcz przerażenia. Usiadł na jednej z ustawionych na środku ławek. W tej prowizorycznej poczekali mało kto spędzał ostatnie minuty, które pozostały do pociągu. Te stare bordowe ławki nie zachęcały do tego, aby położyć na nich bagaż, a co dopiero na nich usiąść. Ale nie mógł znieść tego budzącego się strachu. Rozejrzał się.

Oto siedział otoczony pustką. Pustką, która sama siebie potęguje.

Nocą (II)

Zamyka się drzwi i wychodzi. Jeszcze tylko przekręcić klucz, usłyszeć trzask zamka na pożegnanie. I idzie się po schodach, patrzy się na odrapane ściany. Odpadająca farba, spozierająca przeszłość ścian. Napisy, które ktoś wykonał markerem są bezosobowe – więc nikt się ich nie boi. Swoją głuchą wściekłość zamykają w kilku niezgrabnych pociągnięciach. Jakaś dobra dusza wymieniła żarówkę na klatce. Jeszcze w świetle patrzy na rozciągającą się za drzwiami czarną plamę. Wszystko jest spokojne, zamknięte w gęstej czerni. Drzewa tracą swój stały kontur, samochody wyglądają na jeszcze bardziej zimne i nieżywe.

- Jak dobrze, że dzisiaj nie palą na klatce – to krótka myśl, która przebiega po głowie, gdy kładzie się rękę na klamce.

Drzwi się otwierają. I tak wychodzi się z pustego światła, tak stawia się pierwszy krok w ciepłą ciemność. Tak wchodzi się w Noc. W niej nie słychać ludzkich kroków. Kamienne dudnienie zawsze wydaje się być czymś obcym. Chodzi się tylko tam, gdzie przestrzeń rozerwana jest światłem lamp. I z tej granicy wszystko się obserwuje.

Witryny sklepów nie są już takie atrakcyjne. Za wszelką cenę próbują się ukryć przed wzrokiem ciekawskich. Tylko w niektórych pali się światło. Wtedy można zajrzeć do miejsca, w którym marzenia przybierają materialną formę. Zamieniamy je na konkretne przedmioty. Duże sklepy też stoją puste. Olbrzymie molochy śpią, trwają w oczekiwaniu na codzienny ruch. Pozbawione trzasku metalowych wózków, ludzi przebierających w nieskończonej ilości towarów i kasjerek mechanicznie przesuwających kod kreskowy nad skanerem. One rzadko patrzą na ludzi. Wyrywają osobowość człowieka, każdym piknięciem i tak stajemy się zlepkiem wysokich tonów, który płaci za produkty. Materialny wymiar marzeń ma jasno określoną cenę.

W małym antykwariacie nieustannie mruga neonówka. W swych rozbłyskach oświetla sterty nikomu niepotrzebnych papierów, kształt bezużytecznego drewna i odbija swoje światło w złoconych ramach obrazów. Pozostawiona sama sobie, piętrząca się na niewielkim metrażu przeszłość. Stare książki, których nikt już nie chce. Stare obrazy, które wszystkim się znudziły. Stare płyty, których muzyka jest monotonna. Stare meble, z których nikt nie chce korzystać. To przedmioty mające własne historie, wyrzucone poza nawias codzienności, wytrącone z rytmu życia. Teraz leżakują na półkach, podłodze pod ścianami i czekają na muśnięcie ludzkich dłoni, błysk zainteresowania w oczach, drugą szansę, która pozwoli im na nowo zapełnić wyobraźnię właściciela. Ten antykwariat to zbiór człowieczych pragnień, często chwilowych zachcianek i pochopnych decyzji. Później wyrzucamy je na śmietnik, odstawiamy na nieruchome półki i pod zimne obce ściany. Zapominamy. A na ich istnienie oświetla rozbłyskująca chwilami neonówka.

Dalej był dworzec.

Nocą (I)

Echo niosło suchy trzask przewróconego kubła na śmieci. Wszystkich mieszkańców osiedla proszona, aby zamykali je na noc. W przeciwnym razie wchodzą do nich koty. A wyskakując prawie zawsze je przewracają. Później rozglądają się swoimi błyszczącymi oczami i po chwili zrywają się do biegu. Bardziej agresywne osobniki mają w zwyczaju walczyć o jeden śmietnik. Drą się przy tym niemiłosiernie. Przegrany odchodzi z podkulonym ogonem szukać lepszego miejsca. A na osiedlu rozlega się głos zbudzonego psa. Są ludzie, których te nocne hałasy budzą. Wtedy klną pod nosem, przewracają się na drugi bok i przykrywają kołdrą. Śpią dalej. Do następnego dźwięku.

Bezsenną noc można spędzić na różne sposoby. Snując się po mieszkaniu. Tak jak osoba mieszkająca na trzecim piętrze. Szlak jej wędrówki zaznacza gasnące światło. Patrząc na podwórze. Tak jak starszy pan mieszkający w odnowionym bloki. Ze swojego miejsca może obserwować goniące się koty i młodych, którzy w kapturach przemykają po osiedlu. Z książką w ręku. Niespokojnie śledząc poczynania fikcyjnych bohaterów. Wiecznie bezsennych, gotowych w każdej chwili dać zajęcie naszej wyobraźni. Z saksofonem w rękach. Cicho przesuwając palcami po klapach, nie wydając żadnego dźwięku. Tak jak młody chłopak, który zaczyna swoją karierę w jazz bandzie. Bezsenność można też spędzić otaczając się aromatem miodu i cynamonu, rozpuszczonym w mocnej, czarnej herbacie. Dziewczyna na parterze lubi przy tym oglądać zdjęcia. Budzi wspomnienia, które i tak nigdy nie śpią.

Nawet nocą po osiedlu chodzą różni ludzie. Stanowią jej nieodłączny element, wypełniają przestrzeń pomiędzy gwiazdami, Księżycem a ciemnością. Wychylił się zza starego, samotnie stojącego kiosku. Nie zwrócił uwagi na odpadającą zieloną farbę ani na wulgarne napisy oznaczające terytorium kibiców konkretnej drużyny. Idzie szybkim krokiem, rzucając nerwowe spojrzenia. Ławka – na szczęście pusta, straszy tylko odrapanymi deskami. Szelest zza drzew – niesforne koty ganiające się po nocy. Idzie coraz szybciej. Tej nocy zapragnął być duchem rozpływającym się w materialnym świecie. Wyszli z klatki w trzech. Nie chciało im się słuchać ciągłego zrzędzenia matki Siwego, która ciągle miała pretensje o to, że piją piwo. Dlatego też poszli w kierunku swojej ulubionej, prawie już zdezelowanej ławki. Tam popijali swoje ostatnie piwa i obserwowali ciemność. Nowoczesne sępy żyjące z padliny i przypadkowych ofiar. Jedna z nich właśnie się zbliżała. Czuli, że nie jest z tego osiedla, za bardzo rozglądał się na boki. Wstawali po kolei, bez zbędnej gwałtowności. Tak jakby chcieli powitać starego przyjaciela. Wyrósł przed nim mur złożony z trójki ludzi. Tylko stali i patrzyli ale on już czuł się osaczony. Włożył dłonie do kieszeni skórzanej kurtki i czekał na rozwój sytuacji. Dalej się rozglądał a jego wzrok był coraz bardziej nieobecny.

- Masz szluga?

Jeden z kamiennych posągów wymówił te dwa słowa. Zaczął nerwowo grzebać po kieszeniach. Nagle sięgną do wewnętrznej i wręczył Siwemu paczkę czerwonych Marlboro. Ruszył gwałtownie przed siebie, omijając kamienne posągi przypominające ludzi. Szeptał pod nosem „Nie teraz. Nie teraz…”. Siwy i koledzy nie zwracali na niego uwagi. Byli zainteresowani nową zdobyczą. Siedem dobrych papierosów i nowa zapalniczka. Rozsiedli się na resztkach ławki. Zapalili, zaciągali się dymem, delektowali mocniejszym tytoniem. Patrzyli przed siebie, nie zastanawiali się, nie słuchali, nie rozmawiali. Nie było takiej potrzeby. Na dzisiaj wszystko już się stało. Uwagę Siwego zwrócił przyglądający się im bury kocur. Siedział na chodniku i obserwował trójkę palących mężczyzn. Siwy podszedł do niego i przypalił mu nos papierosem. Ciszę rozdarł koci wrzask a później śmiech trójki mężczyzn. Mało ich to obeszło, zaczęli kopać pustą puszkę. Nieme ściany odbijały metaliczny dźwięk. Były obojętne. Jak wszystko na tym osiedlu. Potrafiły tylko patrzeć, nic więcej.

Czerwone BMW zatrzymało się na parkingu pod piątką. Lampy oświetlały przestrzeń wybiórczo. Ciemność rozrywały pomarańczowo – żółte plamy rzucane z góry. Niektóre z nich mrugały przepalającymi się żarówkami. Silnik pracował miarowo, światło z reflektorów padało na popękaną ścianę. Tynk odpadał w wielu miejscach. Deszcz powoli tworzył wyłomy na idealnej ludzkiej konstrukcji.

- Nie chcę mieć z tobą nic więcej wspólnego!

Wysiadła rozgniewana poprawiając tlenione blond włosy i przykrótką kieckę. Nie oglądała się, chciała jak najszybciej wejść do klatki. Przez nieuwagę wpadła na człowieka w czarnej skórzanej kurtce. Upuściła swoją oblepioną brokatem torebkę. Przewróciła się na zbyt długich szpilkach, wylądowała na zimnej trawie. Mężczyzna nie zatrzymał się.

- Jak chodzisz, łajzo!

Krzyknęła w obojętną ciszę. Czuła, że makijaż zaczyna spływać jej po twarzy. Nikt tego nie widział poza plątającymi się wszędzie kotami. Minęło trochę czasu zanim podniosła się z trawy. Puste okna przyglądały się w milczeniu. Nawet przez chwilę nie zabłysło w nich światło.

Z dachu szarego bloku to wszystko wydaje się być nieistotne. Całość rozpraszając kominy i wszędobylski anteny. Tutaj koty nie włażą. Ale czy to wszystko może być prawdą?