“Kruk” Edgar Allan Poe (II)

Ale Kruk, który siedział samotnie na łagodnym popiersiu, wypowiedział tylko te dwa słowa. Jego dusza ujawniła się tylko w tych dwóch słowach. Nie powiedział nic poza tym, nie poruszył nawet piórem. Przeraziłem się jeszcze bardziej, wyszeptałem:

- Inni przyjaciele już odeszli. O poranku on też odejdzie, podobny do Nadziei, która mnie opuściła.

A ptak powiedział:

- Nigdy więcej.

Byłem zaskoczony, że ciszę przerwały tak zręcznie dobrane słowa.

- Niewątpliwie. – powiedziałem – Te dwa wyrazy to całe jego słownictwo. Nauczył się ich przez przypadek, u swego poprzedniego właściciela, którego dotknęła bezlitosna tragedia. Powtarzał, powtarzał wciąż tą jedną pieśń, która była jak lament jego Nadziei. Wszystko zawarte w słowach „Nigdy… Nigdy więcej!”

Ale widok Kruka mnie rozweselił. Postawiłem wygodne krzesło naprzeciw niego i popiersia i drzwi. Gdy zatonąłem w aksamicie począłem łączyć poszczególne elementy, zastanawiając się, co ten groźny ptak zamierzchłej przeszłości, ten groźny, niezdarny, upiorny, ponury i złowieszczy ptak zamierzchłej przeszłości miał na celu, kracząc „Nigdy więcej!”.

Usiadłem i w milczeniu zastanawiałem się nad znaczeniem słów wypowiedzianych przez Kruka. Jego oczy przepalały me serce na wskroś. Tyle i więcej działo się, gdym półleżąc próbował odczytać przepowiednię. Swoją głowę położyłem na poduszce, a powyżej w świetle lampy zaistniał mój cień. Lecz czyja była ta fioletowa aksamitna poduszka, na której kładło się światło lampy? Ona już nie powróci, ach! Nigdy więcej!

Później, wydawało mi się, że powietrzne zaczęło gęstnieć, stopniowo wypełniało się zapachem z niewidzialnego źródła. Ukołysały mnie delikatne dźwięki stóp Serafina, który dotknął pikowanego dywanu.

- Nędzniku! – załkałem – Niechaj Bóg, z pomocą swych Aniołów przyniesie mi ulgę! Ulgę! Niech wyrzuci z mej pamięci wspomnienie Leonory! Upiłbym się wywarem z dzbanecznika, abym tylko mógł zapomnieć o Leonorze!

A Kruk rzekł:

- Nigdy więcej.

- Proroku – powiedziałem – bądź przeklęty! Proroku, który pod postacią diabła lub ptaka przybywasz przysyłany przez Kusiciela. Jaka burza wyrzuciła cię na ten niegościnny brzeg, ciągle nieposkromiony, na tę pustynię, do tego domu, który nawiedza Przerażenie? Powiedz mi szczerze, nalegam! Czy odnajdę ukojenie w Gilead? Powiedz, powiedz mi szczerze, nalegam!

A Kruk rzekł:

- Nigdy więcej.

- Proroku – powiedziałem – bądź przeklęty! Proroku, któryś  przybył pod postacią diabła lub ptaka, zaklinam cię na niebo, które jest ponad nami, w imię Boga, którego obaj wielbimy! Zdradź tej duszy, w której legł żal czy w odległym Aidenn, powinna zostać przytulona przez kobietę, której anielskie imię brzmi Leonora, przygarnięta przez niezwykła i oślepiającą wewnętrznym światłem kobietę, której anielskie imię brzmi Leonora.

A Kruk rzekł:

- Nigdy więcej.

- I teraz się rozstańmy! – krzyknąłem i zacząłem mówić – Zabieraj swe pokusy i wracaj na brzeg Nocy, nad którym panuje Pluton! Nie pozostaw czarnej śliwy jako znaku kłamstwa, o którym mówi dusza! Pozostaw mnie w mej samotności! Uciekaj z popiersia, na którym siedzisz! Zabieraj dziob z mojego serca i opuść mą komnatę!

A Kruk rzekł:

- Nigdy więcej.

Kruk nawet się nie poruszył, wciąż siedział, wciąż siedział, na popiersiu Pallas, które zdobiło drzwi mej komnaty. Niewzruszenie patrzył, podobny do śpiącego demona. Oświetlony lampą nieustannie kładł się cieniem na podłodze. I ma dusza, z tego cienia, który zawisł na podłodze – nie podniesie się.

Nigdy więcej!

“Kruk” Edgar Allan Poe (I)

//Przekład na podstawie: E. A. Poe “The Raven”

Byłem słaby i zmęczony. Pewniej ponurej północy, pogrążyłem się w rozważaniach nad bardzo osobliwym i ciekawym tomem, pełnym zapomnianej wiedzy. Pochyliłem głowę, już zaczynałem przysypiać. Rozbudziło mnie niespodziewane pukanie. Delikatny stukot, stukot do drzwi mej komnaty

- Jakiś gość – mruknąłem – Puka do drzwi mej komnaty. Tylko tyle i nic poza tym.

Teraz sobie przypominam! To był lodowaty grudzień. Kiedy to każda iskra wykuła na podłodze ślad swego ducha. Z niecierpliwością wyczekiwałem poranka. Na próżno chciałem, w swych księgach, odnaleźć koniec rozpaczy. Mej rozpaczy za utraconą Leonorą. Za niezwykłą i oślepiającą wewnętrznym światłem kobietą, podobną do anioła. A na imię jej było Leonora. Teraz jest bezimienna na wieki.

Atłasowy smutek, szeleszczący w każdej szkarłatnej kotarze wstrząsnął mną. Napełnił dziwacznym strachem, którego nigdy wcześniej nie czułem. Wtedy, by podtrzymać bicie mego serca, uparcie powtarzałem:

- Ktoś czeka u drzwi mej komnaty. Spóźniony gość pragnie wejść do mej komnaty. Tylko tyle i nic poza tym.

Wnet ma dusza nabrała więcej siły. Niezdecydowania się wyzbyłem.

- Panie – powiedziałem – albo Pani, błagam o wybaczenie. Już drzemałem, gdy delikatne pukanie, słaby stukot, stukot do drzwi mej komnaty przeraził mnie. Twoje przybycie wzbudziło mój strach.

I otworzyłem szeroko drzwi. A tam – ciemność. I nic więcej.

Wpatrywałem się w mrok. Stałem długo, zastanawiając się. Przepełniał mnie strach i wątpliwości. Nawiedziły mnie mary, których żaden śmiertelnik nie śnił wcześniej. Lecz milczenia nic nie przełamało, a cisza nie dawała żadnych znaków. Jedynym słowem, które wypowiedziałem, wyszeptałem było:

- Leonora?

Lecz mój szept powtórzyło, szemrząc echo.

- Leonora.

Tylko tyle i nic poza tym.

Powróciłem do swej komnaty. Ma dusza płonęła. Już po chwili usłyszałem pukanie, odrobinę głośniejsze niż wcześniej.

- Zapewne – powiedziałem – Zapewne coś jest przy kratach, u mego okna. Pójdę sprawdzić z jakiego powodu rozbrzmiewa stukot i odkryję tę tajemnicę. Niech me serce uspokoi się na moment. Pójdę rozwikłać tę zagadkę. Pewnie to tylko wiatr i nic poza tym.

Otwarłem okiennice. Nagle, mocno szarpiąc i trzepocząc wpadł do środka dostojny Kruk. Wysłannik świętych dni zamierzchłej przeszłości. Nie zdobył się na żaden pokłon, nie zatrzymał się nawet na chwilę. Postawą podobny do wielkiego Pana lub wykwintnej Damy zawisł nad wejściem do mej komnaty. Zawisł, nad podobizną Pallas, która zdobiła wejście do mej komnaty. Zawisł i usiadł, i nic poza tym.

Hebanowy ptak zmienił mój smutek w śmiech. Miał marsowe oblicze i bardzo wyszukane maniery.

- Nawet gdybyś stracił wszystkie swoje pióra – rzekłem – sztuka nigdy się ciebie nie ulęknie. Upiorny, srogi i starożytny Kruku, który przybywasz z brzegów Nocy. Wyjaw mi! Jak cię zwą, na brzegach Nocy, nad którymi panuje Pluton!

A Kruk rzekł:

- Nigdy więcej!

Bardzo zdziwiło mnie, że takie niezdarne ptactwo potrafi odpowiadać tak zwięźle. Jego słowa były ubogie w znaczenie i trafność. Jednak wszyscy się zgodzimy, że wcześniej żaden żywy człowiek nie widział czegoś takiego, nikt nie widział Kurka nad drzwiami do swej komnaty. Ptak lub bestia siedząca na popiersiu nad drzwiami do mej komnaty, która tylko rzecze:

- Nigdy więcej!