Zbiór zmian

Oto mamy kolejny początek. Znowu skończył się Stary czas, a rozpoczął Nowy. A może weszliśmy na kolejny stopień spirali? Wszystko będzie takie samo, a jednocześnie inne. Znajdą się nowe wyzwania i możliwości. Cały świat i każdy moment rozpocznie się na nowo. Mieliśmy już czas podsumowań i zakończeń, teraz trzeba zacząć. Niekoniecznie od nowa, ale na pewno po raz kolejny. Nasz świat zamyka się prostych liczbach. Godzina ma 60 minut, tydzień to 7 dni, a rok ma ich 365.

Wydaje się, że z zakończeniami i początkami jesteśmy całkowicie oswojeni. Każdy dzień się skończy, każda sekunda minie. Ale my jednak nie widzimy tych drobnych zamknięć, nie słyszymy ciągłego trzasku zamka. Dlatego potrzebujemy czegoś wielkiego, najlepiej żeby to drzwi uderzyły z hukiem o futrynę. Czymś taki jest Sylwester i Nowy Rok. Te dwa dni są ściśle ze sobą powiązane. Stanowią nierozłączną parę, o godzinie 24 łączą się ze sobą Koniec i Początek. Akurat tę granicę mocno zaakcentowaliśmy. Pozostałe się rozmyły. Nie widzimy ich. Z linearnością łatwo nam się pogodzić tylko na dużą skalę, która dopiero wtedy może rozprzestrzenić się na mniejsze jednostki. I tak swój nieuchronny koniec ma sekunda, minuta, dzień, tydzień, miesiąc i rok.

Dostrzegamy tylko ten duży Koniec i Początek. Mniejsze wartości zbyt płynnie się zmieniają. Codzienny rytm naszego życia jest o wiele bardziej kolisty, przypomina spiralę. Każdego dnia wchodzimy na nowy poziom i nic nie możemy z tym zrobić. Ale my upraliśmy się, żeby mocno rozgraniczać kolejne dni. Poniedziałek jest od tego miejsca do tego miejsca i ani sekundy dalej. W takim wyraźnie podzielonym układzie czujemy się bardzo bezpiecznie. Możemy wtedy z łatwością zarządzać Czasem, chociaż nie potrafimy wytłumaczyć czym on w ogóle jest. Linearność zapewnia nam fragmentaryczność. Zawsze możemy coś zacząć od zera i oszukiwać się, że przeszłość od tego momentu jest całkowicie nieważna. Dla osoby myślącej w sposób cykliczny Czas wcale nie jest prostszy, ale posiada pewną niezbywalną cechę: ciągle trwa. W takim układzie przeszłość, teraźniejszość i przyszłości wciąż się przenikają, są kolejnymi etapami tego samego procesu. W żadnym wypadku nie są od siebie niezależne i nie da się ich pogrupować. Poukładanie własnych doświadczeń w porządku chronologicznym ma znaczenie tylko w perspektywie historycznej. Tworzy konkretny czas, w którym żyjemy i żyliśmy. Jednak jeżeli chodzi o osobisty rozwój, wszelkiego rodzaju podziały są zbędne.

Właśnie dlatego zastanawiają mnie osoby, które rok w rok układają sobie listę nowych postanowień. Najczęściej mają one charakter postulatów, które hołdują zasadzie „stary rok się skończył, nowy zaczął teraz zrobię wszystko inaczej”. Z biegiem czasu okazuje się, że rewolucja nie nadchodzi. Atramentowy zestaw zaklęć wcale nie działa. Nie pomogło spalenie kartki i wypicie popiołu razem z winem. Dzieje się tak dlatego, że wraz z rozbłyskiem sztucznych ogni i strzelającym korkiem od szampana nie staliśmy się kimś innym. Nasza przeszłość ciągle przy nas jest, ciężar który nieśliśmy na barkach nagle nie zniknął. Aby postanowienia noworoczne miały sens potrzebna jest świadomość zmiany, rozumienie jej jako procesu i czegoś co wciąż się nam wydarza. Dopiero wtedy jesteśmy w stanie stać się “innym”. Ale ta inność potrzebuje mocnych fundamentów, które można stworzyć w jeden, bardzo trudny i niebezpieczny sposób – poznając siebie. Bez częściowej świadomości tego kim jesteśmy będziemy zawsze dreptać w miejscu i każdy nowy rok okaże się być dokładnie tak samy jak poprzedni.

Za żadne skarby nie słuchajcie ludzi, którzy mówią „uważaj czego sobie życzysz, bo to może się spełnić”. Na złość im życzcie sobie zmian, poszukujcie nowych możliwości i twórzcie siebie. Wszyscy jesteśmy zlepkiem chwil i momentów, przenika nas Światło Czasu. A zmiana jest integralną częścią każdego życia. Nikt nie powinien się jej bać.

Nić czasu

Problem z czasem nie wynika z jego braku lub nadmiaru. To tylko przykrywki, pod którymi czai się coś o wiele bardziej poważniejszego. Otóż czas jest całkowicie nieuchwytny i niematerialny. Nie zamkniemy go we wskazówkach zegarka, w najnowocześniejszym telefonie z funkcją organizera albo w dźwięku dzwonów. Brakuje mu materialnej podstawy, która mogłaby się znaleźć w sekundzie, minucie i godzinie. Czas to nieuchwytna struktura, która składa się z tysięcy przeplatających się ze sobą nici.

Trzeba pamiętać o tym, że taka konstrukcja jest delikatna i nietrwała. Linie czasu są cienkie, podobne są do pajęczych sieci, które oplatają człowieka. Każdy zna to nieprzyjemne wrażenie, gdy przez zupełny przypadek zniweczymy pracę pająka. My w czymś takim żyjemy, jesteśmy tym otoczeni. Jednak nie traktujemy tego, jako czegoś z zewnątrz. Nitki czasu tworzą tkaninę, które idealne do nas przylega, przypomina drugą skórę. Zazwyczaj nie odczuwamy jej jako niewygodnej albo męczącej. Jednak zdarzają się sytuacje, w których zaczyna nas uwierać.

Niematerialność czasu daje się odczuć wtedy, gdy nam go zaczyna brakować. Nie możemy wtedy go znikąd zaczerpnąć, dysponujemy tylko tym, co zostało nam dane. Stan niedomiaru (albo nadmiaru) uważam za najzwyklejsze wrażenie, które jest zbudowane na bardzo kruchych fundamentach. U jego podstaw najczęściej znajduje się brak umiejętności skupienia się na momencie. Nie potrafimy złapać którejś z delikatnych nitek, którymi jesteśmy otoczeni. Raz uchwyconą zaraz tracimy, co znowu powoduje w nas nieustanną pogoń. I wtedy zaczynamy szaleć – chcemy złapać wszystkie albo pozbyć się tej delikatnej tkaniny za pomocą jednego, mocnego szarpnięcia.

A dotykanie tej ciągle zmieniającej się sieci jest niezwykle przyjemnym zajęciem. To na tych drobnych, wszędobylskich nitkach (bo czas jest wszędzie) znajdują się chwile i momenty, przypominają krople rosy, które osiadły na pajęczej sieci. Łapiąc nić czasu przesuwamy po niej dłonią i wyłapujemy te drobne skarby, zbieramy je na ręce. Obserwujemy jak w tej plątaninie momentów odbijają się świetliste refleksy wspomnień. Mamy je jednocześnie na chwilę i na całe swoje życie. One w nas wsiąkają, stają się tym, z czego jesteśmy zbudowani. Nigdy nie utrzymamy na długo nici czasu. Ona jest spleciona z innymi, łatwo się rwie i wymyka się nawet najzgrabniejszym dłoniom. Nie pozostaje nam nic innego jak ciągle próbować, sięgać w czas i wygrzebywać z niego to, co jest dla nas najcenniejsze.

Nie ma czegoś takiego jak jedno „sedno czasu”. Dla każdego, ta niezwykle skomplikowana i niematerialna struktura, ten wyczuwalny abstrakcyjny konstrukt, jest zupełnie czymś innym. Z tej samej nici dwoje ludzi jest w stanie zebrać inne wspomnienia. Z tego samego czasu wszyscy wyciągamy zupełnie odmienne prawdy. Dlatego sedno czasu, jego istotę każdy musi odnaleźć sam. Być może to właśnie tam, zaraz obok fundamentów sieci chwil znajduje się sens życia. Zdolność utrwalenia zebranych momentów posiadamy wszyscy. Nie mam tutaj na myśli robionych wszędzie zdjęć ale raczej prowadzone pamiętniki, czy też wspominanie przy ulubionej muzyce. Ludzie, którzy ciągle doskonalą tę zdolność utrwalania nazywamy artystami. Posiadają oni ten sam zmysł, który otrzymał każdy z nas, jednak odczuwają wyraźną potrzebę doskonalenia swoich zdolności. Chwytają chwilę w słowa i tworzą mozaiki, które później nazywamy poezją, prozą albo po prostu literaturą. Umieszczają moment w kolorze i kształcie tworząc malarstwo albo rzeźbę. Łapią wrażenia i rzucają je na partyturę i tak powstaje muzyka.

To tylko przykłady. Nici czasu dotyka każdy z nas. Jedni mniej intensywnie, inni bardziej. Krople, które się na nich znajdują zbieramy wszyscy. Jedni mają ich więcej, inni mniej. A wszyscy mamy możliwość, aby odnaleźć w sobie to najbardziej indywidualne rozumienie czasu. Wyrobić sobie swój własny sposób dotykania sieci, która znajduje się wszędzie.

Przepisywanie

Przepisujemy własny świat, każdego dnia na nowo. Te same poglądy, spostrzeżenia poddajemy ciągłym reinterpretacjom. Światło każdego dnia jest inne. Powietrze charakteryzuje się różnymi poziomami lekkości. Rzeczywistość przywiera do nas bardziej lub mniej. W każdej chwili coś się w nas zmienia. Nieustanna kaskada przemian, błędów, wypaczeń, iluzji i interpretacji. Tym jest indywidualna egzystencja.

To takie przerażające, nie być bytem stabilnym, swoim kształtem przypominać rozlewająca się magmę. Wchłaniać wszystko w sobie, zmieniać to co jest wokół nas. Jeżeli życie to nieustanny pływ to człowiek powinien walczyć o jakieś zahaczenie, punkt stały, który pozwoli mu określić siebie. Przyjąć pewną formę i treść, raz na zawsze, na wieczność, do swojej śmierci. Ale moment dopełnienia własnej egzystencji przypomina nalanie wody do butelki, zakręcenie jej i pozostawienie na dłuższy czas. Nawet ciecz nie lubi być zamknięta, trwać w bezruchu. Moment dopełnienia siebie to pierwszy krok do śmierci. To umieranie za życia, a najgorsze jest to, że sami się na to godzimy.

Owładnięci potrzebą doskonałości, skończenia i perfekcji przestaliśmy zauważać, że człowiek składa się z błędów, ucieczek i uchybień. Ten świat chce nas wiedzieć idealnych i wmawia nam, że to jedyna droga do indywidualności. Zostajemy odrysowani od schematu. Piękni, idealni, kreatywni, oryginalni – taki przymiotnikami lubimy podkreślać siebie. To, co zmusza nas do ruchu – wady, błędy – zostaje wyrugowane. Doskonałość to śmierć, zanegowanie zmian. Samobójstwo, które popiera cały współczesny świat. Możesz być kim zechcesz, ale najlepiej abyś był nikim.

Są jeszcze ludzie, którzy istnieją w zmianach. Przepisują świat, każdą chwilę widzą na nowo i robią to z aptekarską precyzją. Na fundamencie przykrości próbują wnieść gmach piękna. Pamiętają o nieprzyjemnych wydarzeniach, do których odwołuje ich konkretna melodia, ale podejmują próbę skojarzenia kilku dźwięków z czymś innym. I wtedy ich świat zaczyna nabierać nowego wymiaru, zaczyna żyć. Staje się słodko – gorzki. Ale oni nie ustają. Patrzą na materiałowe kwiaty, które oblewa promień słońca i zachwycają się cudownym kształtem, konturem przywołującym same piękne wspomnienia.

Poznajemy siebie nawzajem, o każdym z naszych bliższych znajomych potrafimy coś powiedzieć. Dzielimy z nimi różne wspomnienia, które tylko nadają głębi relacjom. Ale jest pewien wspaniały moment, który często nam umyka. Zobacz w kimś kogo dobrze znamy, kogoś zupełnie innego. A jednocześnie dalej widzieć tę samą – ważną dla nas – osobę. Zawsze intuicyjnie wyczuwamy potencjał ukryty, w drugim człowieku. Ale co innego zobaczyć, dostrzec jak dana możliwość właśnie się zrealizowała. I tak zyskujemy nowy kolor, kolejną barwę którą możemy przypisać drogiej nam osobie. Nie stało się nic strasznego. A ludzie notorycznie zasłaniają sobie oczy, nie chcą widzieć jak wszyscy się zmieniają. Wolą trwać w gotowych postrzeganiach, w statecznym bezpieczeństwie, które pozbawia ich mnóstwa pięknych chwil.

Na tym polega przepisywanie. To dodawanie nowych spostrzeżeń do gotowego obrazu. Przy czym jednocześnie modyfikujemy podstawę wzbogacając ją o nowy wymiar. Człowiek to istota skomplikowana, nie można go uprościć. Składa się z drobnych połączeń, które nazywamy wspomnieniami, doświadczeniem, w taką delikatną strukturę wpisuje nas czas. To one tworzą kolejne wymiary osobowości. Jeżeli dobrze się przyglądamy, może uda nam się dostrzec zupełnie nową stronę pomarańczowych kwiatów?

Trawa jest coraz bardziej zielona

Światło przechodzi przez wszystkie poziomy rzeczywistość. Tylko dla nas, codziennych ludzi, odbija się od powierzchni i wraca tworząc zjawisko zwane kolorem. Akceptujemy taki stan rzecz. Głębia w pewien sposób przeraża, lepiej płynąc na powierzchni. W końcu mamy wtedy bliżej do brzegu. Ale promień dotyka nawet najbardziej ukrytej płaszczyzny.

Odbija się tylko od najcięższego tonu słowa „rzeczywistość”. Dalej nie biegnie, od razu wraca do patrzącego aby ujawnić mu dany obiekt w całej okazałości. Wtedy dostrzega się tylko i wyłącznie wymiar materialny, bez zbędnego rozbłysku ukrytego w momencie piękna. Rzeczywistość nie odbija świata. Grzęźnie na samej jego powierzchni, stara się utrzymać na falach w jednym miejscu. Nie pozwala, aby prąd poniósł nas zbyt daleko. Być może nie jesteśmy jeszcze gotowi, aby zobaczyć co jest dalej. Z drugiej strony głębia nie wszystkich interesuje. Są ludzie, którym w zupełności wystarcza słabe migotanie światła.

Wystarczy przyjrzeć się bliżej, czemukolwiek, aby we wszystkim dostrzec ukryty potencjał. Wewnętrzną energię, związaną naszym ludzkim postrzeganiem. Aby ją wyzwolić, najpierw trzeba uwolnić siebie. Nauczyć się dostrzegać różnorodność, przystosować swoje oczy do wychwytywania najdelikatniejszego przebłysku zatopionej w świecie głębi. Nie jest to sztuka wyrywania, wysadzania nowego znaczenia na zewnątrz. Jest to metoda kontemplacji, zachowania wrażeń najczystszych w sobie, bez niepotrzebnej erudycji, kwiecistej retoryki i uczuciowej egzaltacji. Polega na trzech bardzo prostych rzeczach. Najpierw patrzymy i dostrzegamy kontur. Później sięgamy dalej, i tak widzimy treść. Na koniec zamykamy oczy, szukamy odbić świata w naszym niespokojnym umyśle. Gdy już złapiemy niesforną myśl, która ciągle próbuje się ukryć za czymś większym mówimy „Jest!”. I kolejna część naszej prywatnej rzeczywistości, tej najbardziej prawdziwej i dotykalnej – zostaje powołana do życia.

Trzeba przejść długą drogę, aby zrozumieć że to co nas otacza jest jednocześnie częścią nas samych. Obiektywizm to produkt tych, którzy za wszelką cenę nie chcą wziąć na siebie odpowiedzialności stworzenia własnej przestrzeni. Zasłaniają sobie nim oczy. Nie chcą widzieć. „Coś innego” zawsze wykracza poza nich, dlatego tak bardzo przeraża. Ale czy człowiek, który nigdy nie próbował ustalić własnych granic i w nich zbudować własnego domu myśli jest w stanie rozróżniać rzeczy „własne” i „cudze”? Ktoś taki nie jest w stanie docenić różnorodności. Woli szary posmak światła odbitego na powierzchni doświadczenia.

Sensualny poziom doświadczenia rzeczywistości to rozpuszczenie w sobie każdego z jej elementów. A później z powstałym drobin układamy myśli – niespokojne, poszarpane, ułożone, grzeczne. Wszystkie zatopione w chaosie postrzegania i nieustannych prób określenia kim się jest. Wszystkie granice są chwilowe. Bezpieczeństwo w domu myśli to iluzja, kolejna którą trzeba pokonać. Jeżeli się zatrzymasz wszystko runie, a ty zostaniesz otoczony przez cień własnego życia. Zapadnie ciemność, którą weźmiesz za światło. I wtedy będzie już za późno.

Świat będzie dokładnie taki, jaki chcesz aby był. Taką zagadkę zadałem pewnej osobie. Nie doczekałem się odpowiedzi, pojawiły się tylko nic nie warte konstrukty, za którymi było coś dalej. Każdy z nas, codziennie, od dnia swoich urodzin, decyduje czy chce dostrzec pełną zieleń trawy. Nie wszystkim starcza odwagi, aby to zrobić.

Traw codziennie ma inny odcień. Ale wraz z upływającym czasem jest coraz bardziej zielona.

//Zainspirowane utworem „The Grass is Greener”, nagranym przez zespół Colosseum w 1970 roku.

Pływ

Podstawą dla rzeczywistości będzie rytm. Wszystko istnieje według pewnego pulsu, którzy przejawia się w chronologicznej warstwie świata. Jednak problem pojawia się, gdy zaczynają się zmiany tempa. Wyczuwamy je jako nagłe, silne i wręcz narzucające się lub jako stopniowe, powolne, których efekt widać dopiero z pewnej perspektywy. W obu przypadkach dochodzi do wydzielenia energii. W pierwszy zostaje ona wyrzucona w bardzo dużej ilości i ze sporą gwałtownością. Drugi to jej miarowy odpływ, w mniejszych lub większych porcjach. Właśnie w ten sposób odczuwamy zmianę – poprzez zmienny pływ energii, który spowodowany został przez inny rytm.

Jego szybkość jest zmienna, jego wyczuwalność również. Jest to związanie z różnorodności manifestacji energii. Jako baza mamy ciągle ten sam, zestaw niczym nieskrępowanych potencjalności. Dopiero w momencie aktualizacji, wykorzystania przez człowieka możemy mówić o pewnym konkretnym rodzaju. Każda kolejna manifestacja zaczyna budować ograniczenia. W początkowej fazie energia jest bezkształtna. Człowiek podejmując decyzje zaczyna ją materializować. Jest podobny do rzeźbiarza, który tworzy swoje dzieło. I – podobnie jak artysta – musi się liczyć z tym, że każdy jego kolejny wybór zaczyna wpływać na kolejne. Nie tyle je warunkuje, ale zaczyna się tworzyć metoda według, której przebudowujemy energię. Kształt przybiera różny, ale do jej formowania używany podobnych zasad. Efekt końcowy to wypadkowa trzech elementów: człowieka (jego wcześniejszych decyzji), rytmu oraz pływu.

Rytm, taki jaki istnieje w danym momencie, jest ściśle związany z energetycznym pływem. Ogranicza jego możliwości. To za sprawą rytmu możemy wykorzystywać energię, przekształcać ją w konkretny, akurat teraz nam potrzebny rodzaj. Jednak musimy się liczyć z tym, że nie zawsze jesteśmy w stanie zużyć taką samą ilość. O tym właśnie decyduje rytm. Stanowi kanał, do którego wrzucamy energię. W zależności od tego jak bardzo stał się pojemny, możemy dać jej więcej lub mniej. Zawsze staramy się idealnie dopasować ilość do momentu, w którym się znaleźliśmy. Istnieje możliwość “nadmiaru”. Ale wtedy mamy wrażenie, że nadchodząca zmiana jest zbyt duża zaczyna nas dusić i przytłaczać. Wtedy zaczynamy korzystać z własnych, osobistych energetycznych rezerw, które zazwyczaj pożytkujemy na personalny rozwój i integrację. Rytm określa ile energii możemy wziąć i ile wykorzystać.

Pływ to zmiany. Przechodzenie z jednego stadium do drugiego. Jest nieuchronne, dotyczy każdego. Tylko ludzie są w różnym stopniu na niego wyczuleni. Istnieją trzy rodzaje czucia pływu. Pierwszy to “silne odczuwanie”. Taki człowiek z łatwością radzi sobie z wykorzystywaniem energii. Transmituje ją, przekształca i tworzy z niej takie kształty jakie są mu potrzebne. Światu ofiarowuje siebie. Drugi “przejściowe odczuwanie”. Osoby z tej kategorii funkcjonują od momentu do momentu. U nich zmiany mają najczęściej charakter wybuchowy. Światu ofiarowują gwałtowność tworzenia. Trzeci “obojętności”. Tacy ludzie całkowicie nie wyczuwają pływu. Miotają się, źle dysponują energią. U nich zmiany są bardzo sporadyczne, ale z łatwością są w stanie je w siebie włączyć. Światu ofiarowują swoją kamienną stałość.

Rzeczywistość zawsze przechodzi przez trzy kolejne stadia. Wyładowania – moment, w którym energia zostaje uwolniona i tworzy możliwe do wykorzystania zasoby. Zmiany – różnie realizująca się aktualizacja potencjałów, indywidualna u każdego człowieka. Oraz ostatni kumulacja – przejście w stan spoczynku, przygotowanie do kolejnego wyładowania, chwila spokoju potrzebna do integracji zmian. Te trzy fazy następują po sobie. Trwają w nieskończoność, powodując nieustający pływ energii, którą my ludzie jesteśmy w stanie spożytkować.