Jak zabija milczenie

Książka, w której zabija cisza – nudny kryminał czy interesujący eksperyment?

Nie wiem co mam myśleć o tym kryminale. Wolałbym go przemilczeć, nie napisać o nim nic, ale obowiązek recenzencki wzywa, niestety… Problem z Milczeniem jest następujący: Jan Costin Wagner napisał średnią książkę. Postanowił zbadać granice konwencji i całe napięcie, występujące w kryminale, przeniósł z fabuły do psychiki postaci.

Historia jest dobrze skonstruowana. Jest tajemnica, jest zaskoczenie. Już na samym początku czytelnik zostaje świadkiem morderstwa dziewczynki, jak się okazuje później, była to retrospekcja. Właściwa fabuła książki zaczyna się 33 lata po przedstawionej na początku tragedii. Znowu dochodzi do tajemniczego zniknięcia młodej dziewczyny. Wszystko wydarza się dokładnie tak samo jako 33 lata temu. Na miejscu potencjalnej zbdrodni zostaje znaleziony tylko rower, ani śladu ciała, żadnych poszlak, tylko dziwna perfekcyjna zgodność z przeszłością. Do akcji wkracza emerytowany policjant Ketloa, który zaczynał pracę, gdy wydarzyło się pierwsze morderstwo. Tym razem chce odnaleźć sprawcę. Pomaga mu Kimmo Joentaa. Razem próbują rozwikłać te dwie skomplikowane i prawdopodobnie powiązane ze sobą sprawy.

W trakcie lektury zauważyłem, że dla autora najmniej istone jest rozwiązanie tej sprawy. Fabuła to tylko tło, dlatego może wydawać się okropnie „gazetowa”. Prezentuje ten sam poziom napięcia, który można odczuć w trakcie czytania wiadomości z kraju i zagranicy. Nie jest to kryminał oparty na wartkiej i wciągającej akcji. Dlatego zacząłem się przyglądać postaciom stworzonym prezz Jana Costina Wagnera. Potem dodałem do tego wszystkiego –Milczenie – i zrozumiałem, co jest właściwym tematem książki.

Wszystkie postacie mają jeden wspólny punkt, jest nim tajemnica. Coś, o czym uparcie milczą i tylko udają, że ich życie jest w najlepszym porządku. Skrywane cierpnie odkłada się na dnie osobowości i powoli podtruwa każdą z postaci. Wyzwolenie przynoszą przyznanie się do winy, przeprosiny albo szczera i długa rozmowa. Zanim, któraś z wcześniej wymienionych możliwości nastąpi, każdego bohatera czeka szereg cierpień.
Cisza w Milczeniu występuje zawsze między postaciami. W dialogach pojawia się wiele słów, jest to jeden z najbardziej rozgadanych kryminałów, jakie czytałem, ale te najistotniejsze stwierdzenia nigdy nie zostają wygłoszone. Pojawiają się w formie domysłów i myśli. Cisza wyraźnie dotyczy pewnego określonego życia bohatera (w przypadku Kimmo Jeonty będzie to śmierć żony). Ten wycinek, pokryty milczeniem zostaje na zawsze zamknięty w wewnętrznym świecie postaci. Jan Costin Wagner w swoim kryminale pokazał jak dezintegrujące może być długotrwałe milczenie, to właśnie ono jest mordercą i rozwiązaniem wszystkich zagadek. Potrafi całkowicie zniszczyć, uformowane na przemilczeniu fragmentów własnego losu, życie. Takiej destrukcji doświadczył Timo Korvensuo. Widział coś, o czym nigdy nie powiedział i teraz musiał za to zapłacić najwyższą cenę.

Milczenie nie jest kryminałem, który poleciłbym osobom uwielbiającym wartkie historie i dowcipne dialogi. Jan Costin Wagner nie stworzył monumentalnego dzieła – jak mylnie może wskazywać jego nazwisko – ale za to napisał kryminał z niezwykle rozbudowaną warstwą psychologiczną. Ta historią mogła wydarzyć się wszędzie, nie tylko w Danii, miejsce jest mało istotne, ważne są postacie. Milczenie nie porywa, nie wpędza w czytelniczy szał, ale na pewno znajdzie się grono osób, którym taka forma kryminału będzie odpowiadała. Niestety ja do nich nie należę. Dla mnie było to niepotrzebne rozciąganie akcji.

Recenzja opublikowana na portalu Wywrota.pl.

Cena przebaczenia

Nie przepadam za thrillerami. Zawsze przypominały mi podkręcone do granic możliwości kryminały, w których fabuła i tajemnica schodzą na drugi plan, a najważniejsze jest szokowanie (bo nie zaskakiwanie) czytelnika. Właśnie z takim, przyznam szczerze, odrobinę sceptycznym podejściem rozpocząłem lekturę Sorry. Jednak książka Zorana Drvenkara bardzo mnie zaskoczyła. Była niespodzianką rodem z dobrego kryminału.

Bardzo interesująca jest już sama konstrukcja książki. Zoran Drvenkar postanowił skomplikować ją do granic możliwości, czym udowodnił, że jest świadomym pisarzem. W Sorry nie ma elementów przypadkowych. Każde słowo jest na swoim miejscu, a każde zdanie idealnie komponuje się z całością. Poszczególne rozdziały są zaplanowane jako oddzielne narracje, ta sama historia jest przedstawiana z innej perspektywy. Na podobne rozwiązanie postawił Orhan Pamuk w Nazywam się Czerwień, jednak Zoran Drvenkar stworzył bardzo interesującą wariację, ale kwestie dotyczące narracji poruszę w dalszej części tekstu. W obu przypadkach, zarówno w Nazywam się Czerwień, jak i wSorry, konstrukcja fabularna jest bardzo stabilna. Wszystkie drobne fragmenty powoli układają się w całość, zazębiają się w starannie przygotowanych miejscach. Sama intryga jest niezwykle skomplikowana i można stwierdzić, że Sorry jest książką wielowarstwową. Na każdą z warstw składa się pewna historia, w pewien sposób związana z główną intrygą. Pojawiają się małe historie, które się ściśle wiążą z postaciami, z ich przeżyciami i podejmowanymi decyzjami, oraz jedna duża historia, czyli element, który łączy wszystkie wydarzenia i tworzy z nich fabułę książki.

Narracja w Sorry jest w ciekawy sposób skomplikowana. Poszczególne odcinki świata przedstawionego poznajemy z perspektywy postaci. Jednak Zoran Drvenkar, w przeciwieństwie do Orhana Pamuka, zdecydował się wykorzystać narrację trzecioosobową. Postać zostaje umieszczona w centrum świata i jest opisywana z perspektywy narratora wszechwiedzącego. Dzięki temu miałem wrażenie, że czytam kolejną opowieść o wydarzeniach, które poznałem w poprzednich fragmentach książki. Takie wykorzystanie narracji pozwala pokazać, jakie motywacje kierują poszczególnymi postaciami. Jest to bardzo dynamiczna struktura, która podkreśla znaczenie czasu w świecie przedstawionym. Przeszłość, teraźniejszość oraz przyszłość są ze sobą bardzo mocno związane, w książce Zorana Drvenkara widać jak na dłoni, że w czasie zachodzą związki przyczynowo-skutkowe. Autor nie zapomniał o wykorzystaniu narracji pierwszoosobowej. W tej formie napisanych zostało tylko kilka fragmentów i dotyczą one wyłącznie jednej postaci. Ma to wyeksponować jej cierpienie oraz ukazać, z jak wielką stratą musiała się zmierzyć. Poza tym, dzięki temu rodzajowi narracji obserwujemy, jak trudna jest dla niej sytuacja, w której się znalazła. Zachodzi nagły zwrot: ofiara staje się oprawcą.

Ostatnim elementem dotyczącym narracji, na który warto zwrócić uwagę, jest wykorzystanie drugiej osoby liczby pojedynczej, bardziej znanej jako „ty”. W pierwszej chwili można odnieść wrażenie, że takie rozwiązanie bardzo mocno zwiąże czytelnika z historią, która została w taki sposób zaprezentowana. Tak nie jest. Powstaje bardzo specyficzny dystans między postacią reprezentowaną przez owe „ty”, a osobą czytającą książkę. Pojawia się silne wrażenie obcości, wyraźne odrzucenie możliwości reprezentacji. Struktura tej narracji przypomina formułki recytowane przez hipnotyzerów, którzy właśnie w taki sposób chcą wprowadzić kogoś w trans. Jednak w tym przypadku nie dochodzi do zespolenia, pojawia się za to uczucie alienacji. Najbardziej obce jest nienazwane i niedookreślone „ty”. Ciężej jest utożsamić się nam z zaimkiem, który powoli staje się postacią, niż z postacią, którą obserwujemy z bezpiecznej perspektywy narracji.

Dominującym tematem w książce jest sprawa przebaczenia. Grupa bohaterów postanawia stworzyć agencję, która będzie przepraszać w imieniu innych osób. Pewnego dnia otrzymują bardzo nietypowe zlecenie i w tym momencie wpadają w wir okrucieństwa i wyrachowanej brutalności. Autor maksymalnie wykorzystał możliwości, jakie daje konwencja thrillera. W swoją książkę wplótł morderstwa oraz tortury, a powody, jakimi kierują się oprawcy, z łatwością mogą spowodować pojawienie się gęsiej skórki. Czytelnikiem wstrząsa bardzo mocno wyeksponowane cierpienie, zarówno jego aspekt fizyczny, jak i psychiczny. Poza tym, obserwujemy powolny rozpad psychiki bohaterów. Oni nie wytrzymują napięcia, cierpienie zaczyna ich przerastać. A to wszystko dzieje się tylko dlatego, że ktoś postanowił dać im nauczkę.

Agencja, która przeprasza – sam pomysł wydaje się bardzo interesujący. Jednak od razu pojawia się pewien problem etyczny. Czy skrucha zapośredniczona, przeprosiny wypowiedziane w imieniu kogoś, są prawdziwe? Czy możliwość rozgrzeszania jest zarezerwowana tylko dla Boga? W książce odpowiedź brzmi: tak. Coś takiego jak wirtualne przebaczenie nie istnieje. Nie można tak po prostu wynająć dla siebie sumienia. „Przepraszam” ma sens tylko wtedy, gdy zostaje wypowiedziane prosto w twarz osoby, którą się skrzywdziło, w przeciwnym razie będzie tylko zwykłym słowem. Podobnie jest z przebaczeniem, nie można go zapośredniczyć. Jest to akt oczyszczenia i oddalenia winy. Nic dziwnego, że ma znamiona rytuału (przykładem jest spowiedź). Dotyczy konkretnych ludzi i wprowadzanie tutaj osób trzecich zaburza porządek. Agencja, której celem jest pozyskiwanie przebaczenia, a nie mediacja pomiędzy stronami, jest niebezpieczna, ponieważ zaczyna handlować sumieniem. A nie jest to towar, który można nabyć, jest to stan, który można z trudem osiągnąć.

Sorry to bardzo dobra książka na lato. Potrafi zmrozić krew w żyłach i przynieść odrobinę ochłody. Do innych pór roku również pasuje. W końcu wstrząsnąć człowiekiem można w każdym momencie.

// Zoran Drvenkar “Sorry”. Wydawnictwo TELBIT, 2011.

Tekst opublikowany na portalu Wywrota.pl

Młot w dłoń, książka do torby

W szkole uczymy się o mitologii greckiej. A niezwykle rzadko zdarza się, aby zaprezentowano nam legendy z mitologi germańskiej.Często musimy te braki nadrabiać we własnym zakresie. A szkoda, bo opowieści z mroźnej północy są bardzo ciekawe.

Interesującym rozwiązaniem może być sięgnięcie po książkę Thor autorstwa Wolfganga Hohlbeina. Jak sama nazwa wskazuje, tytułowym bohaterem jest bóg burzy – Thor. Autor nie przytoczył jego legendy, zmieniając tylko tło. Poszedł krok dalej, w tej książce postawił na znacznie ciekawsze rozwiązanie. Thor stanowi ponowne przepisanie mitu, jest to działalność bardzo twórcza i pozwalające na kilka ciekawych obserwacji.

W książce pojawia się wiele imion, które bezpośrednio nawiązują do mitologii germańskiej. Wolfgang Hohlbein z iście niemiecką precyzją i dokładnością odwzorował wszystkie mityczne postacie. Przede wszystkim skupił się na ich boskich przymiotach, na nadprzyrodzonych mocach, które zawsze odróżniały bogów (i superbohaterów; vide komiks Thor) od ludzi. W przypadku wyglądu wprowadził pewne zmiany. Jest to jednak uzasadnione fabularnie, a poza tym wprowadza powiew świeżości do książki. Bardzo dużym atutem Thora są świetnie napisane postacie. Nie mamy do czynienia z papierowymi typami, które są do siebie bardzo podobne, a rozróżniamy je tylko dlatego, że mają inne imiona. Charaktery są do tego stopnia zindywidualizowane, że bez najmniejszego problemu orientujemy się kto jest kim. Dla każdej, nawet drugoplanowej postaci, można napisać charakterystykę, w której będzie dało się wskazać dominującą cechę.

Skoro autor bardzo mocno postawił na rozwój postaci, to może zaniedbał tło? Otóż nie! Wolfgang Hohlbein jest autorem świadomym następującej literackiej zasady: aby postacie stały się intensywne, należy osadzić je w odpowiednio umotywowanym świecie przedstawionym. W książce, w każdym zdaniu spotykamy śnieg, lód i mrożące krew w żyłach tajemnice. Na początku niezwykle drażniły mnie bardzo rozbudowane opisy, jednak można do nich przywyknąć. Właśnie dzięki nim czytelnik zostaje przeniesiony do mroźnego lasu lub tajemniczej wieży. Ta dokładność w konstruowaniu opisu jest uzasadniona. W książce nie pojawia się żadna wzmianka na temat tego, że akcja toczy się na północy Europy. Z tego powodu potrzebne są gęste opisy. Przepisanie mitu o Thorze wymagało stworzenia uniwersalnego świata. A ten należało dobrze ukonstytuować, zaprojektować go w taki sposób, aby wybuchnął z całą lodowatą nordycką siłą w wyobraźni czytelnika. I to udało się autorowi.

Na szczególną uwagę zasługuje konstrukcja fabuły. Jej fundamentem jest motyw przypominania. Główny bohater (z początku bezimienny) nie pamięta swojej przeszłości, nie wiem gdzie jest, nawet nie rozumie tego, co się z nim dzieje. Najpierw zostaje mu nadane imię, jest to pierwszy etap w tworzeniu tożsamości. Dopiero później, głównie poprzez sny, przychodzą wspomnienia. Tutaj pojawia się bardzo interesujący tożsamościowy zgrzyt, który jest całkowicie uzasadniony fabularnie. Konstrukcja książki operuje dwiema definicjami tożsamości: nadanej oraz wytworzonej, Pierwsza to tożsamość „wlana” w człowieka przez tajemniczą siłę. Istota ludzka jest wtedy tylko zwykłym pojemnikiem. Wspomnienia innego życia pojawiają się w snach lub budzą się w trakcie opowieści prowadzonych przez inne osoby. Druga to tożsamość oparta na przeszłości konkretnego człowieka. Powstaje ona w trakcie życia, tworzą ją różne wydarzenia, w których przyszło, danej osobie, brać udział. Właśnie w obliczu takiego rozbicia stanął główny bohater książki. Tutaj pojawiają się pytania: na ile on sam stworzył siebie, jaki wpływ na jego tożsamość miała tajemnicza siła, która na niego wpłynęła? Czy ona zabrała mu wszystko, czy tylko go zmieniła? Jaka jest cena za posiadanie nadprzyrodzonych mocy? Odpowiedzi proszę szukać w książce.

Fabuła jest bardzo dobrze zbudowana. Motyw przypominania i stopniowego odkrywania siebie został świetnie wykorzystany. Dzięki temu książka obfituje w rozmaite zwroty akcji. Czytelnik jest ciągle zaskakiwany zmianami w sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie. A zakończenie jest bardzo zaskakujące. Do samego końca nie wiadomo jaką rolę odegrają w o powieści poszczególne postacie. Dzięki temu książka wciąga i nie nudzi. Trzeba zaznaczyć, że autor postawił na bardzo brutalne sceny walki. Jest to związane z nordyckim nastrojem książki, który oscyluje wokół mitu opowiadanego przy ognisku, przy którym zasiedli zmęczeni wyprawą wikingowie. Krwi jest bardzo dużo, katalog ran zaczyna się na kłutych, a kończy na szarpanych. Wszystkie pojedynki są bardzo dynamiczne i tutaj czytelnik też będzie kilka razy zaskoczony. Do ostatniej rany i ostatniej kropli krwi nie wiadomo kto zginie, a kto ujdzie z życiem.

Wydawać by się mogło, że książka nie ma absolutnie żadnych minusów. Dobrze wyważona fabuła, ciekawe postacie i świetnie wykalkulowany świat przedstawiony – wszystko to wskazuje, że mamy do czynienia z opus magnum. Tak, niestety, nie jest. Thor jest bardzo nierówny. Nie mam na myśli tego, że w niektórych miejscach się nudziłem. W trakcie czytania miałem wrażenie, że nad książką pracowało kilka osób. Są fragmenty bardzo dobre i są fragmenty niesłychanie kiepskie, inne do tego stopnia, że odniosłem wrażenie jakby nie napisał ich ten sam autor. Rzecz dotyczy tutaj bardziej konstrukcji, pisarskiej struktury niż samego tłumaczenia. W kilku miejscach zupełnie się ona rozsypała. W przypadku książki, która ma trochę ponad osiemset stron, takie nierówności drażnią i wybijają z czytelniczego rytmu. Budzą się wtedy niepotrzebne wątpliwości. Być może należało ponownie przeredagować książkę, a niektóre fragmenty napisać jeszcze raz. Zabrakło kilku wydawniczych szlifów do tego, aby Thor Wolfganga Hohlbeina stał się genialny, a tak jest po prostu bardzo dobry.

Z niecierpliwością czekam na kolejne tomy sagi Asgard. Akcja na pewno rozwinie się jeszcze bardziej, pojawią się nowe postacie, a świat mitologii germańskiej ożyje w bardzo barwny sposób. Polecam tę książkę wszystkim fanom fantasy, którzy od tego gatunku oczekują czegoś więcej niż wyrzynania smoków i bohaterskiego biegania z mieczem.

 // Wolfgang Hohlbein “Thor”. Wydawnictwo TELBIT 2011.

Tekst opublikowany na portalu Wywrota.pl.

Morderca udomowiony

Zawiodłem się. Bardzo się zawiodłem. Miałem nadzieję, że będzie to ciekawy, momentami intrygujący kryminał. Takie miałem wrażenie po zobaczeniu okładki i zapoznaniu się z tytułem. Niestety, rzeczywistość po raz kolejny mnie rozczarowała. Poradnik domowy kilera jest słaby, a tylko miejscami dobry.

Podoba mi się pomysł z udomowieniem mordercy. Niestety, nie został on całkowicie zrealizowany. Jest to opowieść o naprawianiu zepsutego człowieka, w tym przypadku mordercy. Pojawia się wiele retrospekcji, które pokazują jak ciężkie życie miał główny bohater i jak los zmusił go do bycia klierem. Nic nowego. Widzieliśmy to wiele razy, ale ta islandzka odsłona jest bardzo słaba.

Pomysł miał potencjał, który został zaprzepaszczony przez autora. O ile ciekawsza byłaby książka o faktycznie oswojonym mordercy, który zaczyna sprzątać, prać i gotować. Niekoniecznie musiałby mieć ciężką przeszłość, niekoniecznie musiałby przed czymś uciekać. Po prostu zabójca odchodzący na emeryturę. Ileż miejsca na ironię, dowcip, sarkazm, ile odświeżającej przestrzeni. Autor postanowił uraczyć czytelników zwykłą, znaną nam z tysiąca filmów historią. Mamy mordercę, który musi uciekać. Został nakryty. Po drodze zabija księdza i od razu się za niego przebiera. W końcu trafia na Islandię. Tam poznaje zbuntowaną córkę gospodarzy i zakochuje się w niej. Po wielu przeszkodach w końcu udaje się wyplenić zło a miłość triumfuje. Koniec. Po przeczytaniu tego akapitu nie trzeba czytać książki. Takie streszczenie w zupełności wystarczy.

Za ciekawe można uznać komentarze dotyczące społeczeństwa Islandii. Książkę można przeczytać pod tym kulturowym kątem. Okaże się wtedy, że autor krytykuje współczesną kulturę w ogóle, a wyspiarzy wykorzystuje jako grupę badawczą, na której zostały wyeksplikowane poszczególne cechy. Z łatwością przychodzi mu piętnowanie niektórych zwyczajów. Trzeba przyznać, że niektóre spostrzeżenia, wynikające ze zderzenia dwóch mentalności, główny bohater pochodzi z Serbii, można uznać za ciekawe. Jednak jest tego bardzo niewiele i bez problemu wszystkie złote myśli można spisać w zeszycie A5.

Do samego końca trudno ocenić czy jest ta książka. Na pewno nie nazwałbym jej komedią omyłek. Jedyną rzeczą wartą śmiechu jest fabuła. Pierwszoosobowa narracja jest praktycznie pozbawiona życia. Brakuje jej indywidualnego piętna bohatera. Przez to cały świat przedstawiony staje się całkowicie bezpłciowy. Książka przypomina tekst, który ma przeczytać prezenter wiadomości. Emocji jest tutaj niewiele, od czasu do czasu pojawia się żart albo ironiczny komentarz. Poza tym autor zapomniał, że samo morderstwo nie czyni z książki kryminału. Potrzebna jest jeszcze intryga i chociażby delikatna atmosfera grozy. Tych dwóch elementów brakuje. Pojawiają się tylko trupy. A ich martwe padanie wcale nie ożywia fabuły, nie nadaje jej właściwego kryminałom rozpędu, raczej sprawia, że staje się ona jeszcze bardziej sztampowa i przewidywalna.

Poradnik domowy kilera nie nadaje się do niczego. Chyba, że ktoś lubi czytać na urlopie płytkie książki, które swoją pseudofilozoficzną warstwą udają, że pretendują do wielkich krytyk współczesnej kultury. Lepiej sięgnąć po sprawdzonego Raymonda Chandlera. A takie islandzkie nieudane eksperymenty zostawić dla psychofanów Islandii, którzy w swoim zaślepieniu przeczytają wszystko, co tylko zostało przetłumaczone na język polski.

// Hallgrímur Helgason “Poradnik domowy kilera: jak przestać sprzątać ludzi i wziąć się za zmywanie”.Wydawnictwo Słowo/obraz Terytoria, 2010.

240 stron nijakości

Dawno nie czytałem książki, która byłaby tak do bólu tandetna. Wszystko przebiega tutaj według oklepanego schematu, niespodzianki zostały zredukowane do niezbędnego minimum. Mamy młodą dziewczynę, która w poszukiwaniu lepszego życia ucieka z małej wioski do dużego miasta. Tam próbuje odnaleźć siebie i spełnić swoje marzenia. Jak w życiu, i w książkach, bywa wychodzi jej to różnie. Akcja dzieje się w Chinach.

Język jest nieskomplikowany. Widać w nim surowość świata, z którym musi zmierzyć się siedemnastoletnia bohaterka. W taki sposób czytelnik miał być bliżej wydarzeń z życia Fenfang. Jednak dystans nie zniknął. Wszystko przez nadmierną dbałość o szczegóły. Czytelnik nawet na moment nie może rozwinąć swojej wyobraźni. Jest prowadzony za rękę, narracja nie pozwala się wczuć w życie głównej bohaterki. Zapewne miała to być chłodna dziennikarska relacja. Nie wyszło. Mamy do czynienia z czymś, co swoją formą przypomina pamiętnik nastolatki. Opisy związków, mieszkań, miejsc, przeżyć i emocji. Niestety nie znajdziemy tutaj radości wynikającej z podglądania cudzego życia, wykradania indywidualnych tajemnic, nawet erotyki jest niewiele. W zamian za to czytelnik jest atakowany tandetą i nudą.

20 odsłon zachłannej młodości składa się z dwudziestu rozdziałów, względnie krótkich, a każdy z nich ma inny tytuł. To uporządkowanie jest całkowicie pozorne. W założeniu poszczególne części miały dotyczyć konkretnych wydarzeń, które spotkały Fenfang. A panuje tutaj całkowity chaos. Pojawiają się elementy, które w ogóle nie wpływają na fabułę. Po prostu są i tyle. Książce brakuje konsekwencji w prowadzeniu akcji i dobrego autorskiego pomysłu.

Autorka wcale nie próbuje rozmontować znanego schematu nastolatki znudzonej monotonnym życiem w małej wiosce. Ona tylko adaptuje go do chińskich warunków. Na fabułę składa się odrobina zawiedzionej miłości, trochę walki o marzenia i przeżycie w wielkim mieście i zakochany przyjaciel. Wszystko dzieje się w Pekinie. Zaskoczeń jest niewiele. Na dodatek scenariusz, który napisała Fenfang (a który, oczywiście, musiał znaleźć się w książce) jest tak kiepski, że najlepiej go pominąć. To najzwyklejsze wypełnianie pustych miejsc, na które brakło pomysłów. Dlatego nie sądzę, aby na opisanie przygód Fenfang potrzebne było ponad 200 stron. Myślę, że 60 zupełnie by wystarczyło.

Książka jest źle wyważona. Jest w niej surowość, ma zadatki na dokument, którego zadaniem jest obnażenie trudów odnalezienia swojego miejsca w wielkim, niezwykle nieprzyjaznym, mieście w Chinach. A skoro rzecz dotyczy kobiety to powinno być bardzo tragicznie. Tu powinny pojawić się emocje, które w książce są całkowicie nijakie. Przebija z nich sztuczność i nieudolność. One są całkowicie płaskie, głębia zgubiła się w chaotyczniej strukturze książki. Miał się rozegrać prawdziwy dramat, przecież bohaterka musi zmierzyć się z różnymi przeciwnościami, a spotykamy się z kiepsko napisanym pamiętnikiem. Autorce nie udało się ożywić świata przedstawionego. Pozostał on całkowicie papierowy. Fenfang i inni bohaterowi to zwykłe marionetki, które biorą udział w kiepskiej sztuce.

Jedno się udało. Xiaolu Gou stworzyła idealną książkę na podróż autobusem. Lektura nie jest ani bardzo wciągająca ani bardzo męcząca. Można czytać bez obaw, że przegapi się swój przystanek.

// Xiaolu Gou “20 odsłon zachłannej młodości”. Wydawnictwo Albatros Warszawa 2010.