Pieniądze i halucynacje

Wiktor Pielewin to twórca, którego książki zawsze są, w pewien sposób, dziwne. Każdą fabułę otacza niespokojną aurą tajemnicy. Chce przekazać czytelnikowi coś więcej, niż tylko interesującą i bogatą w nadprzyrodzone wydarzenia opowieść. Książki Wiktora Pielewina przypominają swoją strukturą cebulę. Po zerwaniu jednej warstwy pojawia się następna, a na końcu nie znajduje się serce problemu, tylko Pustka. Właśnie ta, pisana dużą literą.

Generation P nie opowiada o tym, jak skutecznie prowadzić agencję reklamową. Nie poszukuje wydarzenia, które mogłoby połączyć pewne pokolenie Rosjan. Generacja Pepsi to przypadkowy zbiór ludzi, w żaden sposób ze sobą nie powiązanych. Dlaczego wybór padł na tę markę, a nie na przykład na Sprite lub Coca-colę? Pepsi była pierwszym produktem z zachodu dopuszczonym do sprzedaży w Związku Radziecki. Był to słodki powiew wolności, a zaraz za nim przyszła potrzeba robienia dużych pieniędzy.

Reklama jest tutaj sposobem na ulokowanie kapitału. To dowód na to, że dysponuje się ogromnymi możliwościami finansowymi. Do tego stopnia, że można bez problemu zapłacić za za głupią reklamę. Im jest ona głupsza, tym lepiej. Poziom niedorzeczności jest wprost proporcjonalny do prestiżu jaki uzyskuje się w środowisku biznesowym po pierwszej emisji spotu. Podniesienie sprzedaży to efekt uboczny. Spoty mają na celu rozbicie świadomości odbiorcy. Powodują pobudzenie pragnień, które wcześnie w ogóle nie były aktywne. Istotny jest tutaj tylko przepływ pieniądza. Reklama nadaje przedmiotom prestiż, stają się one niezbędne. Ludzie zaczynają kupować, ci którzy nie mogą sobie pozwolić na zdobycie konkretnej rzeczy zaczynają zazdrościć. A to popycha ich w kierunku zdobywania kapitału. Na końcu korzysta tylko pieniądz. Konsumenci są dla niego pasem transmisyjnym. Napędzają go i dają mu życie.

W ten sposób rodzi się nowa idea, za którą podążają wszyscy. Siła pieniądza budowana jest przez reklamy. Brakuje pierwiastka duchowego. Właśnie dlatego halucynacje jakich doznaje Wowa są tak wyraziste. Odcinają się od szarego świata, w którym ważny jest tylko kolejny kontrakt. Na początku wizje służą głównemu bohaterowi jako natchnienie do tworzenia kolejnych reklam. Powoli zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że są czymś więcej, że prowadzą do odkrycia pewnej tajemnicy. To wskazówki, specyficzne drogowskazy. Wiktor Pielewim po raz kolejny, przypomina o tym, że w dzisiejszych czasach nie jesteśmy w stanie interpretować symboli. Odczytujemy je, przynajmniej te, które zauważyliśmy, ale w żaden sposób nie potrafimy odnieść ich do siebie. Stają się znakami pełnymi treści, które rozumiemy tylko częściowo albo i wcale.

W świecie wykreowanym przez Wiktora Pielewina nie ma miejsca dla twórcy. Jego miejsce zastępuje kreator. Jest to osoba, która tworzy łatwo dające się sprzedać struktury. Idee są zbędnym balastem, negatywnie wpływającym na końcową ocenę klienta. Myśl nie może się rozwinąć, nie ma tworzenia nowych światów. Liczą się tylko reklamy. Pseudoprojekcje umysłu. Żadnego natchnienia. Praca kreatora przypomina układanie klocków. A stworzone przez niego konstrukcje mają być na tyle kolorowe, aby przeciągnęły grono odbiorców.

Książka Generation P to wielka halucynacja. Pozwala oderwać się od męczącej codzienności. Przypomina, że istnieją inne możliwości, a niektóre odpowiedzi są nieprzypadkowo ukryte.

//Wiktor Pielewin, Generation P. Wydawnictwo W.A.B 2002.

Niepotrzebna książka

Nie wiem, czy ta książka posiada jakiekolwiek plusy. Być może jednym z nich jest to, że jest gruba i powinna wystarczyć na klika jesiennych wieczorów, które stają się coraz dłuższe. Moskwa kwa kwa jest idealnie dopasowana do takich pór roku jak jesień i zima. Dzień jest krótki, a noce długie. Nic tylko czytać.

Brakuje dobrej myśli przewodniej, dominanty, która uporządkowałaby fabułę powieści. Bo cóż może obchodzić Czytelnika los poety-żołnierza Kiryła Smielczakowa, który do samego końca nie wie kim chce być? Najgorsze jest to, że wszystkim postaciom brakuje jednego elementu: są pozbawione życia. Stanowią zlepki słów, które przez kilkaset stron próbują wzbudzić w Czytelniku jakiekolwiek uczucia. Wkrada się nuda i niechęć. Po poznaniu kilku bohaterów miałem ochotę odłożyć książkę. Nie zrobiłem tego tylko dlatego, że postanowiłem przeczytać coś kiepskiego, aby zobaczyć mieć skalę porównawczą, wytyczną, która pomoże mi w odkrywaniu wartościowych dzieł. Lektura stała się ćwiczeniem krytycznoliterackim.

Przygody erotyczne pewnej młodej damy są, delikatnie mówiąc, niesmaczne i bardzo źle napisane. Miały funkcjonować jako elementy poprawiające zainteresowanie Czytelnika, a stały się fragmentami, które miałem ochotę pominąć. Budzą niechęć i pogrążają, i tak już kiepską, książkę. Po raz kolejny miałem okazję obserwować nieumiejętność radzenia sobie z erotyką. Opisywanie wrażeń cielesnych nie jest przewidziane dla autorów ze średniej półki. Powinni oni skoncentrować się na sferze duchowej, być może za zasłoną wysokiego uduchowienia ukryją niedobory stylu.

Kolejnym problemem książki Wasilija Aksionowa jest brak dobrych i sugestywnych opisów. Moskwa kwa kwa nie wykreowała w mojej wyobraźni żadnego świata. Cały czas rozlewała się jak brudna kałuża na ulicy. Swoją strukturą przypomina naprędce zbudowaną budę dla psa. Jest w niej pełno dziur  i jak na dłoni widać wszystkie próby utrzymania delikatnej konstrukcji w całości. Jedną z nich jest wykorzystanie groteski, jest to właśnie zasłona, za którą autor bark pomysłów oraz niedociągnięcia pisarskie. Fabuła składa się z niedopasowanych do siebie wydarzeń, ale przecież właśnie o taki chaos chodziło, on ma tylko pogłębiać groteskowość świata przedstawionego. W tym miejscu widać pierwsze szwy. Brakuje głównego problemu, wokół którego zostałaby zbudowana atmosfera groteski. Każda powieść operująca tego rodzaju filtrem potrzebuje mocnego oparcia, solidnych fundamentów, na których powstanie gmach dziwnych wydarzeń. Zamiast tego książka jest przesycona obrazami żywcem wyjętymi z umysłu alkoholika, który stoi na granicy degeneracji mentalnej. Fabuła to ostatnie drgawki mające dostarczyć Czytelnikowi okruchy sensu.

Autorowi nie udało się oddać specyficznej aury panującej w Związku Radzieckim za panowania Stalina. Nie jest ani strasznie, ani śmiesznie, ani ironicznie. Jest żałośnie i szaro. Moskwa kwa kwa nie obnaża paranoidalnego zachowania Najwyższego Wodza. Unika jednoznacznego określenia czym było państwo totalitarne i nie jest w stanie wydobyć najważniejszych cech dyktatora. Opisy nie odwołują do niczego. Autorowi zabrakło pomysłu i zdolności. W tej książce widać klęskę oryginalności. Była to próba pokazania Związku Radzieckiego z perspektywy bohatera, który poszukuje własnej tożsamości. Z awangardowego dzieła wszyła niesmaczna papka, po którą nie warto sięgać.

Wszystkim zainteresowanym Rosją w okresie komunizmu polecam twórczość takich autorów jak Jurij Drużnikow, Wiktor Jerofiejew oraz Andriej Płatonow. W ich dziełach brakuje niepotrzebnych zdań, a każde opowiadanie ma dobrze skonstruowaną fabułę. Wciągają i pokazują radziecki świat z różnych perspektyw. A co robi z Czytelnikiem Moskwa kwa kwa? Pozwala mu zmarnować kilka godzin. Nic więcej.

// Wasilij Aksionow “Moskwa kwa kwa”. Świat Książki 2009.

Niepokój w rodzinie

Wbrew pozorom postawa autobiograficzna w trakcie pisania książki nie jest najłatwiejszym rozwiązaniem, które gwarantuje natychmiastowy sukces. Własne życie należy ubrać w pewien określony schemat fabularny i włożyć je w literacką konstrukcję. A co najgorsze trzeba to zrobić w interesujący sposób. Czytanie pamiętników jest zajmujące, ale nie zawsze wystarcza cierpliwości, aby dobrnąć do ostatniej strony.

Paweł Sanajew postanowił wyjąć tragiczny fragment ze swojej biografii i go opisać. Skoncentrował się na swoich przeżyciach z okresu dziecięcego. I dlatego narrator zostaje w pewien sposób rozdwojony. Z jednej strony mamy świadomość, że wydarzenia są opisywane z perspektywy dorosłego człowieka, ale z drugiej strony świat przedstawiony został uszyty na miarę umysłu dziecka. Nie dotyczy to zdziecinnienia języka. Styl w Pochowajcie mnie pod podłogą jest jak bardzo dojrzały i przemyślany. Mam na myśli istniejącą w książce atmosferę niezrozumienia sytuacji i opracowania jej na własny sposób. Podmiot w książce próbuje odnaleźć się w trudnej sytuacji, został rozdzielony z mamą, a jego wychowaniem zajmuje się babcia. Oczywiście kreuje on świat na podstawie słów swojej aktualnej opiekunki, która koncentruje się na oczernianiu swojej własnej córki oraz jej aktualnego partnera.

Świat głównego bohatera jest przesycony tęsknotą i cierpieniem. Brakuje mu mamy, a jego babcia jest niezrównoważona psychicznie. Sytuacja tego dziecka przypomina stan uwięzienia. Nie może o sobie decydować, w żaden sposób nie może zmienić relacji w jakich się znalazł. Obie strony przeciągają go między sobą. Jednak bardzie agresywna w swoich słowach jest babcia. Mama głównego bohatera zdecydowała się przyjąć postawę defensywną. Walczy o swojego syna poprzez tajne spotkania, próbuje unikać bezpośrednich starć. Nie zawsze się to udaje, a wtedy ofiarami furii stają się wszystkie postronne osoby. Złość trafia w każdego – w jej męża, córkę oraz wnuka. Ten niestabilny i podzielony świat rodzinny nie pomaga młodemu człowiekowi w budowania własnej osobowości. Pojawia się następujący problem: czy ktoś, kto w dzieciństwie był poddany tak destrukcyjnym wpływom będzie w stanie normalnie funkcjonować w świecie.

Pochowajcie mnie pod podłogą jest literackim rozliczeniem z trudnym okresem w życiu autora, jego podsumowaniem i opisaniem. Na pewno ta książka ma wymiar terapeutyczny i sądzę, że opisanie sytuacji w jakiej znalazł się autor, pomogło mu pogodzić się z przeszłością. Jest to bardzo ciekawa odsłona literackiego oczyszczenia. Autor uniknął zbędnego patosu oraz zimnej reporterskiej relacji, której celem jest pokazanie prawdy. Postawił na sfabularyzowanie własnych przeżyć, zrównoważył uczucia i stworzył bardzo dobrą książkę, która odpowiada pewną określoną historię.

Głównym tematem Pochowajcie mnie pod podłogą jest konfrontacja z chorobą psychiczną. Autorka pokazał jak bardzo niszczący wpływ na ona na sytuację w rodzinie, szczególnie, gdy ludzie nie potrafią pomóc chorej osobie. W książce obserwuje walkę o normalne, nie przesychone napadami furii, życie. Babcie głównego bohatera nie potrafi pogodzić się z własną przeszłością, dlatego z różnych wymyślonych powodów, krzywdzi bliskie sobie osoby. Na dodatek jest całkowicie nieobliczalna pod kątem emocjonalnym i nie pozwala sobie pomóc. Jest coraz bardziej odcięta zarówno od rodziny jak i od świata.

Nie nazwałbym tej książki wstrząsającą. Pochowajcie mnie pod podłogą jest przygnębiające i bardzo smutne. Opisuje kondycję rodziny, która uległa wewnętrznemu rozpadowi. Autor zwraca uwagę na to, że walka o spokój ma sens tylko wtedy, gdy jej celem będzie zacieśnienie więzi, a nie ich zniszczenie.

Na podstawie książki powstał film pod tym samym tytułem.

// Paweł Sanajew “Pochowajcie mnie pod podłogą”. Państwowy Instytut Wydawniczy, 2009.

Królestwo ciemności

Metro, jako element kultury, nie istnieje w Polsce. Możemy się ewentualnie pochwalić jedną linią w Warszawie. I to już wszystkie nasze zasługi na tym polu. Zupełnie inaczej jest w Rosji. O moskiewskim metrze śpiewa się piosenki, bardzo często występuje jako tło dla książkowej fabuły. Dimitr Głochowski poszedł krok dalej – uczynił metro bohaterem swojej powieści.

Metro 2033 opowiada o apokalipsie. A właściwie kilku latach po niej. Wojna atomowa zniszczyła cały świat. Ludzie znaleźli schronienie w liniach metra. Akcja książki toczy się w Moskwie (a raczej pod nią), więc dowiadujemy się o życiu ocalałych tylko z tego regionu. Reszta świata milczy, a nie ma żadnej łączności. Autor opisując metro opiera się na pewnej miejskiej legendzie. Mówi się, że moskiewskie metro zostało zaprojektowane jako olbrzymi schron przeciwatomowy, w którym mieli schronić się polityczni oficjele razem z nieustraszonym wodzem narodu. Jak widać miejsce spełniło swoją powinność, czyli zagwarantowało schronienie ludziom z różnych warstw społecznych. Jednak stało się z nim coś bardzo dziwnego.

Podziemia mają w sobie mnóstwo tajemnic. Być może człowiekowi jako istocie, która woli poruszać się na powierzchni nie jest dane przebywać w wiecznej ciemności. Bo właśnie to zniekształciło tą przestrzeń. Pomiędzy stacjami podróżuje się kilka dni, a przecież nie są to duże odległości. Doszło do wyraźnego załamania czasu, nabrał on bardzo dziwnej i niebezpiecznej dla człowieka natury. W miejscach, które są oświetlone (zamieszkałe stacje) wszystko wydaje się być w porządku. Podział na dzień i noc reguluje się za pomocą świateł, niektóre stacje mają nawet zegary. Czas jest w pewnien sposób opanowany przez człowieka. Jednak wystarczy wyjść poza obręb stacji, wejść do tuneli, aby został pochłoniętym przez ciemność. Tam rządzi strach i coś jeszcze.

W trakcie lektury odniosłem wrażenie, że metro jest żywą istotą. Jedni mogą się po nim poruszać bez problemu, a inni wystarczy, że wejdą do tuneli i natychmiast giną. Wszechwładna ciemność staje się w książce zarówno katem jak i sędzią. To właśnie ona decyduje kto przejdzie, a kto nie. W żaden sposób nie można przed nią uciec, jest wszechobecna. Co prawda można ją pokonać przy pomocy światła, jednak jest to chwilowe zwycięstwo. Ogień kiedyś zgaśnie, baterie się wyczerpią, a prąd się skończy. Wtedy ona zapanuje znowu. W metrze nie da się uciec przed ciemnością. Można ją jednynie na moment odsunąć od siebie.

Skoro pod ziemią jest tak niebezpiecznie to może ludzie powinni wrócić na powierzchnię? Okazuje się to niemożliwe. Po wojnie atomowej wciąż panuje tam podwyższone promieniowanie, a poza tym pojawiło się mnóstwo mutantów, które urządziły na powierzchni swoje królestwo. Dlatego przeżyć da się tylko w metrze. Mamy tutaj dwa rodzaje zagrożenia. Ciemność to niebezpieczeństwo oswojone, to tajemnicza częściowo opisana. Jest wszędzie, wnika w ludzi i czasem ich zabiera. Jest Absolutem, który ma w rękach los ludzkości. Na powierzchni dominuje niebezpieczeństwo zupełnie nieznane i zawsze śmiertelne. W dzień nikt z żyjących nie może poruszać się po wymarłym mieście. Jest tam za dużo światła. W nocy z ukrycia wypełzają różne stwory, które pragną zabijać. To drapieżniki, które z łatwością są w stanie upolować człowieka. Oto dziwne odwrócenie porządku: światło – natychmiastowa śmierć, ciemność – iluzja bezpieczeństwa. Świat przedstawiony w Metrze 2033 składa się z nieustannej walki o przetrwanie, z ciągłego układania się z ciemnością.

Książka ta jest bardzo interesującym przykładem na to, że czasem miejsce jest zdecydowanie ciekawsze od fabuły. Podróż głównego bohatera, czyli Artema, jest realizacją eposu bohaterskiego. Jego zadaniem jest ocalenie metra, oczywiście po drodze musi przejść przez różne próby. A na samym końcu ratuje metro. Jednak czy aby na pewno?

// Dimitr Głuchowski Metro 2033. Wydawnictwo Insignis 2010.

Piękne formy i komunistyczne skojarzenia

Z osiemnastu opowiadań tylko trzy bardzo przypadły mi do gustu. Nie padłem na twarz przed twórczością Wiktora Jerofiejewa. Moim zdaniem „Życie z idiotą” jest całkowicie przeciętne, ale bardzo dobrze napisane. Tym zbiorem opowiadań (lata 1978 – 1990) warto zainteresować się ze względu na warstwę słowną i bardzo charakterystyczny styl.

Wiktor Jerofiejew tworzy rzeczywistości dziwne i nietypowe. Bardzo często wyolbrzymia ludzkie zachowania i doprowadza je do granic absurdu. Świat przedstawiony jest przesycony brutalną groteską. Jest brudny i nie próbuje ukryć swojej ohydnej twarzy. Pod przykrywką zwyczajnych historii dzieją się w nim rzeczy niespotykane i niesłychane. Przeciętność i normalność to najzwyklejszy pozór. W trakcie czytania mamy wrażenie, że świat przedstawiony jest całkowicie oderwany od rzeczywistości. U Wiktora Jerofiejewa logika nie jest mechanizmem, który rządzi wydarzeniami. W jego opowiadaniach dominuje wyobraźnia. Prawdopodobieństwo zostaje sprowadzone do absolutnego minimum. Opowiadania częściej przypominają koszmar lub sen, który nie jest ani dobry, ani zły – jest po prostu absurdalny. Całkowicie dominuje autor i jego własne wyobrażenia i pomysły. Nawiązania do stalinowskiej rzeczywistości są tylko drobnym punktem odniesienia. Pojawiają się po to, aby całkowicie nie odrealnić opowiadań. Mimo to bez wiedzy z zakresu historii XX wieku można się w nich pogubić, a bezczelność Wiktora Jerofiejewa całkowicie nam umyka.

Jego opowiadania bardzo często obrażają i obnażają system. Wyłania się z nich obraz autora, który jest nonkonformistą i nie godzi się na aktualny porządek rzeczy. Walczy z nim po literacku, czyli wyśmiewa go i stara się pokazać jego sztuczność, która przejawia się we wszystkich płaszczyznach życia. Opiera się na charakterystycznych metaforach, które pośrednio nawiązują do rzeczywistości. W jednych opowiadaniach one się narzucają, w innych musimy ich poszukać. Opowiadania znajdujące się w „Życiu z idiotą” przypominają grę w skojarzenia. Tylko od czytelnika zależy jak dużo uda mu się zauważyć.

Styl Wiktora Jerofiejewa jest dwupoziomowy. Jego opowiadania czyta się lekko, bez większych słownych niespodzianek. Zdania układają się bardzo płynnie. Fabuły przechodzą z punktu do punktu, są starannie uporządkowane i ułożone. Nie sposób znaleźć poważniejszych zgrzytów. Słowna struktura opowiadań też jest bardzo spójna. Do tego stopnia, że nie można włożyć w nie szpilki. Jednak obrazy pojawiające się w wyobraźni są ciężkie. Mieszają się z przestrzenią historyczną i rzeczywistą, w ten sposób budzą w czytelniku dziwne, nieokreślone uczucia. Na pewno nie są negatywne, bo opowiadania nie przytłaczają. Ich misterna konstrukcja raczej wywołuje melancholię, która pozwala zastanowić się nad świat niż czarny pesymizm wieszczący rychłą apokalipsę. Pogodzenie dwóch poziomów – rzeczywistego, który odbija się w słowach oraz onirycznego, który znajdziemy w obrazach wytworzonych w wyobraźni – sprawia, że czytelnik czuje się otumaniony i czyta dalej. Wiktor Jerofiejew ogłusza i zaprasza do dalszej lektury, którą kontynujemy, aby pokazać autorowi, że wcale nie jesteśmy tacy głupi i dobrze widzimy wszystkie jego sztuczki, że rozumiemy wszystkie metafory. A jeżeli nie, to przynajmniej jesteśmy w stanie je odszukać.

W takim razie gdzie znajduje się przeciętność, o której wspomniałem na początku? Właśnie w fabułach. W zasadzie nie dzieje się tam nic ciekawego. Paradoksalnie opowiadania zebrane w tomie „Życie z idiotą” bardzo rzadko opowiadają. Najczęściej są to bardzo piękne i pomysłowe formy. Gorzej jest z treścią, która funkcjonuje jako moc sprawcza obrazów. Jeżeli uznamy, że zadaniem literatury jest przede wszystkim opowiadać to Wiktor Jerofiejew poniósł klęskę. Zdaję sobie sprawę, z tego że istnieją czytelnicy nastawieni na kontemplację wyrafinowanych form. Właśnie do takich osób jest skierowane „Życie z idiotą”. Ktoś kto szuka fabuł i wartkiej akcji powinien sięgnąć po inną książkę.

// Wiktor Jerofiejew “Życie z idiotą”. Czytelnik Warszawa 2005 .