Jestem na tak!

Do momentu rozpoczęcia lektury byłem niepewny swojego wyboru. Już tytuł zbudził we mnie wątpliwości – Lewomyślnie: czy będę zmuszony przebrnąć przez zbiór tekstów szalonego lewaka, który odbija się od ściany komunizmu lub anarchizmu?

Roman Kurkiewicz, autor felietonów zebranych w książce, jest dziennikarzem odpowiedzialnym i zaangażowanym w świat. Nie ma ani jednego felietonu uciekającego w kierunku „niezawisłego obiektywizmu”, teorii, która jest lansowana w środowisku dziennikarskim. Autor koncentruje się na tym, jaka Polska powinna być, pokazuje, co mu się nie podoba, co go drażni. A można powiedzieć, że denerwuje go absolutnie wszystko. Jego teksty mają wyraźnie charakter postulatywny. Domaga się w nich Polski, która nie będzie konglomeratem absurdalnych decyzji niedokształconych polityków. Nie jest w swoich pragnieniach fałszywy. Atakuje i tropi brak idei, brak pomysłu na siebie i ludzi ukrywających za czystymi słowami brudne interesy. Ta postawa wynika z jego osobistego pomysłu na świat. Takie projekty są w dzisiejszych czasach całkowicie passè. Właśnie dlatego miałem wrażenie, że głos Romana Kurkiewicza jest mocny, ale samotny.

W świecie, w którym umysłami ludzi rządzi Mam talentTaniec z gwiazdami lub X-Factor, a świadomość młodych Polek pokazuje program Top Model, jedynym wyjściem jest dać porwać się nurtowi szalonej konsumpcji. Alternatyw brak. Osobowość zostaje rozbita przez atakujące ją ze wszystkich stron reklamy i zbędne informacje. Na takim tle Roman Kurkiewicz staje się monolitem, zbudowanym z określonych idei. To człowiek posiadający swój własny światopogląd, który nie jest cechą ukrytą, ale zostaje wyeksponowany w jego tekstach. Nie przez przypadek na zdjęciu, znajdującym się na okładce, autor trzyma na ramionach takie tytuły jak Idee, Kultura i życie, Płomienie, Legenda Młodej Polski, są to dzieła Stanisława Brzozowskiego. A była to osoba, dla której szczególnie ważne było wypracowanie własnego światopoglądu, a także odpowiedzialność za własne myśli. Roman Kurkiewicz zdaje się nawiązywać do tej chwalebnej tradycji. W tekstach opisuje rzeczywistość pod kątem swoich przekonań. A te wciąż ewoluują i zmieniają się. Baza, a więc troska o człowieka i o wolność, pozostaje ta sama.

Autor w kolejnych felietonach coraz bardziej ironizuje i wybiera coraz mocniejsze przykłady absurdalnych zachowań i postaw. Pojawia się potrzeba natychmiastowych zmian – jest to najradykalniejszy element światopoglądu Romana Kurkiewicza. Domaga się wyplenienia absurdu i niepotrzebnych przepisów oraz zdań. Dopiero wtedy będzie w stanie zaakceptować rzeczywistość.

Felietony zebrane w Lewomyślnie mają bardzo nietypową cechę. Wszystkie posiadają mocny  podmiot w postaci autora ujawniającego się w tekście. Roman Kurkiewicz nie jest postmodernistycznym twórcą uwikłanym w grę słów. Język jest dla niego narzędziem, za pomocą którego wyraża swoje stanowisko, a przez to i siebie. Nie jest osobowością rozproszoną w tekście. Jest Autorem, siłą, która stworzyła konkretny felieton. Przyczyny to świat oraz brak zgody na to, jaki on jest.

Wszystkie teksty są na bardzo wysokim poziomie. Styl autora jest konsekwentnie ironiczny, a jego spostrzeżenia dowcipne i ostre jak brzytwa. Jednak nie są to zawsze felietony, do jakich przyzwyczaiły nas gazety. Czasem pojawiają się dialogi, które są wariacją na temat aktualnego w danym czasie problemu (Krzyż patentowy), a także struktury przypominające opowiadanie (Stadion, planeta ludzi). Mnogość form oraz ich świadome użycia trwale podtrzymują zainteresowanie czytelnika. Książkę można czytać chronologiczne (od najstarszych do najnowszych felietonów) lub wybiórczo. Forma zbioru pozwala na nawigowanie bez utraty sensu i treści. Wszystkie teksty to zamknięte całości. Dotyczą konkretnych problemów, z którymi konfrontuje się autor, są to krótkie rozprawy dotyczące problemów politycznych, społecznych oraz kulturalnych.

Po przeczytaniu wszystkich felietonów miałem ochotę krzyknąć: „Ten człowiek ma rację! Na premiera go!”. Jest to postać bezkompromisowa i niezależna, a na dodatek odpowiedzialna za to, co myśli, pisze i mówi. Aktualnie jest to bardzo rzadko spotykana postawa. Wiem, że teksty Romana Kurkiewicza nie mają tylko pobudzić do słów i myśli, ale również (przede wszystkim!) do czynów. W takim razie czytajmy Romana Kurkiewicza i zmieniajmy nas i Polskę. Bo dla niego jest ona faktycznie najważniejsza, ale nie jako zwykła idea, tylko miejsce, w którym mogą żyć różni ludzie.

Tekst opublikowany na portalu Wywrota.pl.

// Roman Kurkiewicz, Lewomyślnie. Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2011.

Wgryźć się w pamięć

Topika pamięci jest realizowana w różny sposób. Mamy książki, które stanowią rozliczenie z przeszłością, zbiór wspomnień lub barwny opis życia. Wydarzenia zapamiętane zawsze w pewien sposób różnią się od faktów, pamięć, pod wpływem naszych przeżyć nadaje im zupełnie inne znaczenie. Ignacy Karpowicz zaproponował coś bardzo interesującego. Gesty na pewno stanowią próbę rozliczenia się z przeszłością, ale jednocześnie książka jest interesującym podsumowaniem połowy życia.

Do tej pory proza Ignacego Karpowicza kojarzyła mi się z ironią oraz absurdem. Jest to autor, które zręcznie operuje wspomnianymi wcześniej elementami, a świetnym przykładem jego kunsztu jest Cud, o którym pisałem wcześniej. Zupełnie inaczej są skonstruowane Gesty. Bliżej im do prozy psychologicznej, której celem jest obnażenie psychiki głównego bohatera. Dlatego autor porusza takie tematy jak: budowanie własnego świata, relacje z innymi, samotność oraz stosunek do śmierci. Właśnie z takimi problemami musi zmierzyć się Grzegorz, bardzo ambitny reżyser teatralny. Wokół jego wspomnień została zbudowana bardzo ciężka atmosfera skłądającą się z żalu i wewnętrznego cierpienia. Świat przedstawiony jest bardzo szary i smutny, a główny bohater nie jest punktem, który w jakikolwiek sposób go rozświetla. On poszukuje światła, pragnie dostąpić błogosławieństwa zrozumienia i odnaleźć sens życia.

Najbardziej zainteresował mnie sposób w jaki główny bohater buduje swój świat. Świat jego wspomnień skonsturowany jest z bardzo małych elementów. Dopiero powiązane ze sobą i oglądanie z odpowiedniej perspektywy zaczynają coś znaczyć. Główny bohater musi skonfrontować się ze swoim cieniem, który budował przez większość część swojego życia. Właśnie dlatego rzeczy najmniejsze urastają do rangi symboli, które zmieniają i mają niabagatelny wpływ na życie jednostki. Grzegorz patrząc z nowej, czasowej perspektywy, zauważa jak ważne i brzemienne w skutki są gesty, słowa oraz spojrzenia.

Istnienie między rzeczami największymi, między monumentami lidzkiej myśli nie gwarantuje szczęścia. Te molochy szybko przytłączają człowieka, zabierają potrzebną mu przestrzeń. Idea jest zawsze większa od osoby, która próbuje ją zrozumieć. Bierze się to chociażby z czasowości. Człowiek jest chwilą, a idea wiecznie rozwijąjącym się procesem, który częściej słabnie niż ginie. Bohater Gestów zapomniał o tym, że da się poznać tylko pewien fragment, on targnął się na całość. I to go zgubiło.

W swoim niezwykle kreatywnym życiu, jest przecież reżyserem teatralnym, pogradzał szarą codziennością. Wolał patrzeć w górę, wszystko co przyziemne go nie dotyczyło. Jednak raz pogodził się ze zwykła rzeczywistością. Był to okres zakochania. Wtedy dostrzegał znaczenia każdego ruchu i próbował się nim rozkoszować. Gdy świat oddzielił go od obiektu uczuć, przerodził się w zgorzkniałego cynika. Aż w końcu stał się samotnym człowiekiem otoczonym wielkimi ideami.

Pogoń za sensem życia ma wartość tylko wtedy, gdy owemu życiu nadaję się pewną treść. Powinna ona być wypracowana przez samego człowieka, a wysługiwanie się wielkimi myślali nie rozwiązuje problemu. Grzegorz stworzył pustą formę, w którą próbował włożyć ogromne, często ponadczasowe, treści. To całkowicie rozsypało jego własną egzystencję. Uciekł od świata, pozbawił się swojego miejsca i wszędzie był obcy. Stąd wzięła się jego przejmująca samotność.

Po pozbawieniu Gestów mrocznej natury i rozwianiu ciężkiej atmosfery książka staje się dziełem, które sławi codzienność. Fragmentaryczność pamięci przypomina o tym, że jesteśmy bytami, które żyją w skondensowanych chwilach. Sens życia nie leży zakopany pod stertą książek i nie jest ukryty za obrazem w galerii. Pojawia się między ludźmi, w w nic- i wszystko-znaczących gestach.

Warto przeczytać tę książkę. Rytm narracji bardzo szybko wciąga, płyniemy od fragmentu do fragmentu, od skojarzenia do skojarzenia. Po ostatniej stronie pojawia się niebezpieczeństwo melancholii oraz następującego po niej pytania: czy mnie również czeka takie rozliczenie z życiem? Ignacy Karpowicz w Gestach, wydaje się odpowiadać: ono czeka każdego z nas, trzeba tylko zadbać o to, aby nie był tak dramatyczne.

// Ignacy Karpowicz “Gesty”. Wydawnictwo Literackie 2008.

Trzy w jednym, czyli Grzechotka

Lubię dobrą literaturę. Tak po prostu. Jeżeli chodzi o gatunki popularne to szczególnie upodobałem sobie kryminał. Rozczytuję się w powieściach Raymonda Chandlera, Dashiela Hammetta oraz Marka Krajewskiego. Od literatury popularnej oczekuję tylko tego, aby bawiła czytelnika. Jest to nadrzędny cel, który Joanna Jodełka w pełni zrealizowała.

Grzechotka to powieść, która powstała z połączenia trzech form. Kryminał opiera się na historii o kobiecie, której „z brzucha” skradziono dziecko. Nie pamięta porodu i nie jest w stanie zrozumieć, co się stało. Romans  znajdziemy w relacji między główną bohaterką, Weroniką Król, a policjantem. Oboje są po przejściach i czują się samotni. Spotykają się w niekorzystnych warunkach, ale w odpowiednim momencie. Elementy powieści psychologicznej znajdziemy we wszystkich sprawach związanych z porodem oraz ciążą. Niezwykle istotny jest stosunek bohaterów do nowonarodzonych dzieci. Jedni traktują je jak przedmioty, inni jak małych ludzi. Wszystkie szwy pomiędzy elementami zapożyczonymi z powyższych gatunków są niedostrzegalne. Zaczynamy czytać kryminał, który powoli staje się romansem, a wątki psychologiczne pojawiają się między wierszami. Narracja jest klasyczna. Mamy do czynienia z narratorem trzecioosobowym i wszechwiedzącym. Autorka miewa bardzo trafne i zabawne pointy, które dobrze pobudzają uwagę czytelnika. Jednak są trzy drobne niedociągnięcia, które mogą irytować.

Pierwsze, to zbyt duża ilość nazwisk pojawiających się w książce. W pewnym momencie nie wiedziałem, kto jest kim, na czym mu zależy, jakie jest w ogóle jego miejsce w powieści. Poza główną bohaterką i towarzyszącym jej policjantem pozostałe postaci mają tendencję do zlewania się w bezkształtną bryłę i trzeba się porządnie skupić, aby wydobyć z niej indywidualności. Ten tłok, przypominający jazdę autobusem w godzinach szczytu, jest zupełnie niepotrzebny. Nadanie wszystkim nazwisk wpływa na realizm powieści, ale może spowodować, że czytelnik się pogubi, zdenerwuje i przestanie czytać.

Drugie, to ilość słów użytych w książce. Zdaję sobie sprawę, że ten argument brzmi absurdalnie, ale niektóre opisy można było bez problemu opuścić. Wiele z nich zapomina się po chwili. A przez te zbędne fragmenty gubią się celne frazy, które wplata w narrację autorka. One tracą na sile, potrzebują przestrzeni, aby wybrzmieć. Poza tym wyobraźnia czytelnika zostaje mocno ograniczona. Nie można się niczego domyślać, wszystko jest zapisane. Każdy najmniejszy szczegół oraz to, o czym myśli w danej chwili bohaterka. Brakuje miejsc, w których można rozwinąć skrzydła wyobraźni.

Trzecie, to bardzo dynamiczna akcja, momentami zbyt dynamiczna. Narracja składa się z małych całostek, w których aż kipi od wydarzeń. Przypominają one krótkie sceny w filmie. Właśnie dlatego akcja staje się niezwykle szybka. Jednak brakuje czasu na wejście w świat przedstawiony i rozsmakowanie się w niektórych miejscach, umykała mi ich atmosfera. Pośpiech w literaturze jest niewskazany. Szczególnie, jeżeli motorem napędowym powieści ma być kryminał, którego lektura polega na uważnym obserwowanie detali. Plusem takiego rozwiązania jest to, że szybko dowiadujemy się, co będzie dalej. Grzechotka to książka dla niecierpliwych czytelników.

Pomimo tych trzech mankamentów powieść Joanny Jodełki czyta się świetnie. Autorka stworzyła bardzo spójną fabułę, a jej styl pisania jest konsekwentny (nie mamy wrażenia, że niektóre fragmenty książki napisała inna osoba). Widać, że autorka miała pomysł na powieść i dobrze go zrealizowała. Warto przyjrzeć się, w jaki sposób korzysta z poszczególnych gatunków literackich.

Morderstwo lub porwanie nowonarodzonego dziecka to element wzięty z kryminału. Ważna jest intryga, która budowana jest właśnie wokół tego wydarzenia, to ono otwiera książkę. Później napięcie stopniowo opada, ale w trakcie całej lektury utrzymuje się na przyzwoitym poziomie. Postacią pożyczoną z kryminału jest policjant. Mamy tutaj przykład bardzo porządnego śledczego, któremu bliżej do eleganckich postaci z kryminałów odmiany brytyjskiej niż cynicznych detektywów znanych z kryminału czarnego. W Grzechotce umiera bardzo dużo osób, na scenie zostaje tylko kilka postaci. Jednak nie śmierć jest tutaj najważniejsza. Przede wszystkim policja szuka zaginionego dziecka, a dopiero później sprawców poszczególnych morderstw. Oczywiście wszystkie zabójstwa są w pewien sposób połączone z główną intrygą.

Bohaterką wyjętą z romansu jest pani psycholog Weronika Król. Mieszka sama z kotem o dźwięcznym imieniu Pomyłka. Wciąż utrzymuje kontakt z byłym mężem i żyje przeszłością. Spełnia wszystkie wymagania, aby zostać kochanką policjanta. Ten wątek pojawia się w drugiej części książki i zaczyna dominować. Wtedy mniej uwagi poświęcamy wątkowi kryminalnemu, a koncentrujemy się na flircie. Obowiązkowo pojawiła się  scena erotyczna. Niestety, jest tak samo kiczowata jak flirt rozgrywający się między postaciami. W tych uczuciach brakuje ognia i namiętności, wszystkie gesty, dialogi i zachowania są bardzo sztuczne. O ile elementy kryminału mnie przekonały, to romans zupełnie minął się z moją wrażliwością. Miłość to bardzo delikatny temat. Uczucia między ludźmi są bardzo ulotne, pojawiają się niedopowiedzeniach, potrzebują przestrzeni, aby się rozwinąć. A tej w gęstej narracji Joanny Jodełki brakuje.

Natomiast psychika postaci jest bardzo dobrze zbudowana. Opiera się przede wszystkim na ich zachowaniach i słowach. Narrator nie komentuje, tylko wprowadza i opisuje postaci. Ocena zostaje w całości pozostawiona czytelnikowi. W tym wątku autorka zmierzyła się z problemem utraty dziecka i udało jej się odwzorować tę skomplikowaną sytuację o wiele lepiej niż rozkwitającą miłość. Z niczym nie przesadziła. Pokazała, że cierpienie ma jednocześnie wymiar psychiczny i fizyczny, że one się przeplatają. Ból związany z utratą dziecka jest tak silny, że bardzo długo utrzymuje się w człowieku. Nie jest to myśl, z którą można sobie łatwo poradzić. Wszystkie reakcje są odpowiednio dobrane do sytuacji, w jakiej znajduje się konkretna postać. W Grzechotce nie uświadczymy zbędnego patosu, ani nadmiernego ekshibicjonizmu. Część psychologiczna jest skonstruowana bardzo dobrze.

Książka Joanny Jodełki nie jest idealna. Jest za to solidnie napisana i na pewno zadowoli wielu czytelników poszukujących dobrej literatury popularnej.

// Joanna Jodełka “Grzechotka”. Wydawnictwo W. A. B Warszawa 2011.

Tekst opublikowany na portalu Wywrota.pl.

Tatrzańskie fantazje

Wojciecha Kuczoka pamiętamy przede wszystkim za Gnój. Książkę, która pokazała jak niszcząca jest przemoc w rodzinie. Została ona zekranizowana i narobiła bardzo dużo szumu. A mnie w żaden sposób nie zachwyciła. Brakowało mi w niej artystycznej wizji. Jej kompozycja była bardzo przypadkowa, a sama książka wydawała mi się napisana bez wcześniejszego przemyślenia. Jest to na pewno sfabularyzowane rozliczenie z przeszłością, ale brakuje literackiej wizji cierpienia. Gnój jest dla mnie zapisem wizyty u psychoanalityka, który niekoniecznie należało wydać. Natomiast Spiski bardzo miło mnie zaskoczyły.

Możemy je odczytać na przynajmniej dwa sposoby, ponieważ dominują w nich dwa elementy. Jeżeli potraktujemy tę książkę jako opowieść o dorastaniu głównego bohatera to cudowne tło,  czyli świat Tatr, będzie stało w cieniu jednej postaci. To zdecydowanie za mało. Moim zdaniem siła tej książki polega właśnie na niezwykle barwnym świecie przedstawionym. Znajdziemy w nim niezwykle ciekawe postacie epizodyczne i drugoplanowe. Miejsca, w których autor umieszcza akcję są bardzo sugestywnie opisane, na dodatek są onirycznie piękne. Spiski to książka bardzo leniwa i powolna, a jednocześnie jest bardzo bogata w obrazy. Wyobraźnia czytelnika jest bardzo mocno pobudzana przez kolejne opisy.

Niezwykłość fabuły polega na tym, że została ona zbudowana na wzór legend. Tytułowe spiski to właśnie niezwykłe opowieści rodem z Tatr. Dlatego w książce Wojciecha Kuczoka znajdziemy niepokojącą mgłę, wiedźmę oraz mech porastający górali. Każdy fragment zbudowany został na zasadzie zakłócenie porządku – przywrócenie porządku. Interesujące jest to, że świat ustanawia na nowo chłopak z miasta, a więc z zewnątrz. Zbawiciel zawsze jest inny. To on wkracza w niezbadane rejony Tatr, a czasem sam staje się przyczyną zamieszania. Bez niego wszystkie zawarte w Spiskach opowieści straciłyby swój charakterystyczny rytm. To właśnie on tworzy i opowiada fabułę.

Jako osoba z zewnątrz obserwuje życie górali i opisuje je w sposób obiektywny dla nich, a subiektywny dla siebie. Aż do samego końca nie zostaje uznany za swojego. Nieśpieszny rytm, senność biorą się z zestawienia życia na wsi z życiem w mieście. Oczami bohatera dostrzegamy odwieczny porządek, który niewiele się zmienił i patrzymy na ludzi, którzy ciągle stają się inni ale trwa w nich pewien specyficzny płomień. W książce nie znajdziemy folkloru w agresywnym i rażącym wydaniu. Wojciech Kuczok jest daleki od chłopomanii. Świadomie stworzył zupełnie inny świat, który nie odpycha czytelnika, tylko budzi w nim rosnące zainteresowanie.

Smaku książce dodaje dobrze stworzona oniryczna atmosfera. Jest ona w ścisłym związku ze światem przedstawionym. Pojawia się w nim tylko po to, aby w odpowiednim momencie wybuchnąć i skoncentrować na sobie uwagę czytelnika. Nad każdym rozdziałem, poprzez powolność i niezwykłość wydarzeń, unoszą się senne opary, które podkreślają wyjątkowość decyzji podejmowanych przez głównego bohatera. W trakcie lektury miałem wrażenie, że historie napisane przez Wojciecha Kuczoka mają prawo wydarzyć się tylko raz. Poza głównym bohaterem nikt inny nie mógł ich doświadczyć. Oniryzm został tutaj potraktowany jako metoda, która wyeksplikowała indywidualne przeżycia bohatera.

Jest to książka, która można czytać na głos przy ognisku. Strzelające iskry idealnie uzupełniałby rytm zdań. Spiski można śmiało zabrać na wycieczkę w Tatry. Być może wtedy odnajdziemy miejsca, które opisywał Wojciech Kuczok i odkryjemy dla siebie ich mityczny charakter?

// Wojciech Kuczok “Spiski: przygody tatrzańskie”. Wydawnictwo W.A.B., 2010.

Erotyczne słowa

Erotyzm w prozie spotykamy bardzo rzadko. A jeśli już na niego trafimy to okazuje się być niedojrzały lub nieudolnie napisany. Problem polega na tym, że o seksualności bardzo ciężko się pisze. Przelewanie na papier erotycznych fantazji to dobra zabawa dla kochanków ale para pisarz – czytelnik niekoniecznie się w niej odnajdzie. Łatwo wpaść w nadmierną pornografię lub bezsensowną dosadność. Cielesność w literaturze to kruchy lód, na który niewielu zdecydowało się wejść.

Największe wrażenie zrobiły na mnie erotyczne opisy u Vladimira Nabokova oraz Jacka Dukaja. W pierwszym przypadku polecam książkę Ada albo żar. Mamy w niej do czynienia z seksualnością duszną, ale napisaną w finezyjny sposób. Natomiast Jacek Dukaj w Lodzie postawił na zabawę w „co mogłoby się zdarzyć”. A co zaproponował czytelnikom Sławomir Shuty?

W książce, pod prostym tytułem Ruchy, cielesność i seksualność bohaterów są niezwykle istotne. Sławomir Shuty oba tematy porusza w niezwykle interesujący sposób. Wszystko rozgrywa się w słowach. Opisy kolejnych aktów, których dopuszczają się bohaterowie są bardzo gęste i pełne metafor. Atmosfera książki jest ciężka i parna. Autor z jednej strony stawia na sensualizm, ale z drugiej umiejętnie go maskuje przy pomocy słów. Każde działanie bohaterów, moment napięcia erotycznego przypomina niegrzeczny sen. Język w Ruchach rozbija twardą materię świata przedstawionego. Akty przypominają tutaj halucynację. Łączy się w nich bezpośredniość wyobrażenia i ornamentyka metafor. Taki splot powoduje, że czytelnik jest w stanie wyobrazić sobie konkretną scenę, a jednocześnie nie czuje się zgorszony. Nie mamy tutaj do czynienia z kiepskiej jakości pornografią. To bardzo dobrze wyrażona erotyka, w której czuć gorąco ciał. Autor uniknął pretensjonalności, sentymentów i niepotrzebnej brutalności.

Interesujące jest to, że fantastyczny i halucynogenny nastrój rozrasta się na całą książkę. Fabuła jest ułożona w ciekawy sposób, dzięki zastosowaniu nielinearnego czasu. Każde wydarzenie rozrasta się wszerz i zaczyna zahacza o inne. Autor zastąpił linearność gęstym splotem kolejnych działań. Jednak po przeczytaniu książki nie budzi się w nas wrażenie chaotycznej fragmentaryczności. Czujemy, że fabuła jest spójna, że jest solidną konstrukcją, ale w żaden sposób nie potrafimy wskazać początku lub końca. Wszystko się poplątało, wydarzenia się połączyły. W świecie przedstawionym stało się wszystko, a jednocześnie wciąż coś się może stać.

Tytułowe ruchy dalej trwają. W książce są powiązane z erotyzmem i tworzą bardzo specyficzny rytm rzeczywistości. Staje się on sposobem na wywołanie wydarzeń i przenika wszystko. Jednak w żaden sposób nie można go zatrzymać. Podobnie jest z lekturą książki. Ona nas wciąga i musimy przeczytać ją całą. Dopiero ostatnia kartka uwalnia nas z czytelniczego transu. A to wszystko, to zasługa słów, ich charakterystycznego ułożenia. Kolejne zdania nachodzą na siebie i stapiają się w jeden, bardzo rozbudowany sens. Forma jest jednocześnie wyszukana i prosta. Za jej sprawą dochodzi do odrealnienia świata przedstawionego. Nietypowo ułożone słowa tworzą nietypowe wydarzenia.

Ta książka idealnie nadaje się na wakacyjną lekturę, na duszne i parne lato. Wtedy nabierze odpowiedniego, nierealistycznego charakteru. Na pewno warto uwzględnić Ruchy w trakcie budowania letniej listy „książek do przeczytania”.

// Sławomir Shuty “Ruchy”. Wydawnictwo W.A.B Warszawa 2008.