Masy nie takie straszne

Kultura masowa jako zjawisko jest traktowana negatywnie. Kojarzy się z głupimi programami na MTV oraz innymi „płaskimi” rozrywkami. Jest to tzw. przekleństwo współczesności. Prawdziwy intelektualista i hipster (jedno z drugim niekoniecznie się wiąże) powinien jej unikać i określać ją mianem kretyńskiego mainstream’u.

Pojawienie się kultury masowej jest ściśle związane z rozwojem takich mediów jak telewizja, internet, a pośrednio z rewolucją przemysłową, która miała miejsce w XIX wieku. Pierwszym medium masowym były dzienniki, a to właśnie w nich pojawiła się powieść odcinkowa. Ten gatunek już nie funkcjonuje, ale nie należy zapominać o tym, że w taki sposób zaczynali Henryk Sienkiewicz i Bolesław Prus. W takim razie powieść odcinkowa nie cechowała się zapaścią intelektualną. Na pewno w tym gatunku pojawiło się wiele tekstów o niskim poziomie artystycznym. Taka sytuacja zawsze miała miejsce. Sztukę charakteryzuje rozbudowany proces zapamiętywania i zapominania. Do historii przechodzą rzeczy, które zostały uznane za najbardziej wartościowe i były najczęściej czytane. Dzieła uznane za wybitne stanowią tylko małą część całej twórczości danej epoki. Pojawienie się kultury masowej spowodowało, że pojawiło się więcej tekstów oraz doszło do rozszerzenia ich zasięgu.

Wyciągnięcie kultury z zamkniętego kręgu elit, dla których była wcześniej przeznaczona, otwarcie jej na całość społeczeństwa ma jeden poważny minus – prowadzi to do standaryzacji treści. Musi zostać ona dostosowana do szerokiego spektrum odbiorców, a nie tylko do elity intelektualnej. Następuje uproszczenie sensu a produkcja tekstów swoim charakterem przypomina wytwarzanie mrożonek. Jak widać o kulturze masowej można powiedzieć wiele różnych rzeczy, i dobrych i złych. My, jako członkowie społeczeństwa, jesteśmy w pewien sposób zmuszeni do uczestniczenia w jej igrzyskach. Dlatego, zamiast nieustannie krytykować artystów i odbiorców, warto przyjrzeć się jej w bardziej zdystansowany sposób.

Filozofię kultury masowej otwierają analizy dotychczasowych koncepcji kultury masowej. Autor bierze na warsztat teorie przeciwników (Adorno, Macdonald) jak i zwolenników (Benjamin, McLuhan). Brakuje w książce rozróżnienia na kulturę wysoką, popularną i masową. Autor nie próbuje zbudować typologii lub hierarchii, jego celem jest przytoczenie danej koncepcji i skrytykowanie jej przy pomocy racjonalnych argumentów. Tworzy bardzo szeroką definicję kultury masowej, przez co staje się ona mieszanką różnego rodzaju dzieł. A problemem nie jest niski poziom aktualnie produkowanych tekstów, ale podejście badaczy zajmujących się sztuką.

Podstawowym błędem jest zbyt duże przywiązanie teoretyczne do koncepcji estetyki Immanuella Kanta. Jest ona nieadekwatna do aktualnych działań artystycznych i stąd bierze się brak porozumienia między twórcą, a krytykiem. Koncepcja Kanta była przystosowana do sztuki przeznaczonej dla elitarnego grona, a sztuka masowa taka nie jest. Skierowana do odbiorców liczonych w tysiącach posługuje się innymi metodami przekazu. Noël Carroll ubolewa nad tym, że nikt nie pokusił się o stworzenie solidnej teorii analizy sztuki masowej. Sam koi swój żal opisując własną koncepcję pod koniec książki.

Traktowanie kultury masowej jako jedynego zjawiska generującego teksty, jest moim zdaniem, zbytnim uproszczeniem. Brakuje uwzględnienia lokalnych wariacji obowiązujących tematów, czyli czegoś co nazwałbym kulturą popularną. W takim układzie „masowość” generowałaby rzeczy, o których się mówi, byłaby kompasem aktualnych trendów. Natomiast zadaniem kultury popularnej byłoby tworzenie odmian i mutacji, które wchłaniałaby określona kultura. Pojawiłby się tutaj indywidualny odbiorca osadzony w konkretnym środowisku. Brak elementu indywidualnego, postrzeganie produktu kultury przez grupę odbiorców, powoduje że teoria zawarta w Filozofii sztuki masowej staje się zbyt abstrakcyjna.

Emocje to bardzo ważny element w koncepcji Noëla Carrolla. Pod ich przykrywką jest przemycana ideologiczna warstwa dzieła, a ostatnim aspektem jest konwencja jaką operuje dany tekst. Ten układ stanowi bardzo mocny fundament teorii interpretacji i analizy zaproponowanej przez autora. Te trzy warstwy nie są rozpatrywane pod kątem teorii nie przystosowanych do sztuki masowej, ważniejszy staje się kontekst, w jakim powstało dzieło. Taka propozycja interpretacji nie krzywdzi dzieła sztuki masowej i jest w stanie uzasadnić jego istnienie.

Filozofię sztuki masowej powinni przeczytać wszyscy zainteresowani kulturą współczesną. Koncepcja Noëla Carrolla jest solidnie zbudowana i otwarta na krytykę. A najistotniejsze jest to, że pozwala zobaczyć kulturę masową w zupełnie innym świetle.

//Noël Carroll, Filozofia sztuki masowej. Gdańsk 2011.

Nomadyzm w praktyce

Bohater, którego zniszczył brak możliwości powrotu. Podróż jako rozczłonkowanie i zgubienie siebie. Utracone miejsca, przestrzenie które dawno straciły indywidualny charakter. Świat, który powoli się rozpada. To tylko niektóre negatywne aspekty jakie niesie ze sobą nomadyzm. Przynajmniej tak jest w książce pt. W chmurach.

Adaptacja, w której wystąpił George Clooney, niewiele ma wspólnego z papierowym oryginałem. Film jest lekko rozczulającym dramatem o człowieku, który szuka swojego miejsca. Bohater też jest owładnięty manią zdobycia miliona mil, ale da się go polubić. Jest osobą, która potrafi pomóc w momencie kryzysu i przypomina mądrego poszukiwacza, który przebył długą drogę i teraz potrafi podzielić się swoim doświadczeniem. W książce jest zupełnie inaczej.

Brakuje w niej ciepła, które emanuje z filmu. W chmurach, to papierowe, proponuje pesymistyczną wizję człowieka, który nie ma swojego miejsca na ziemi. Dosłownie, gdyż Ryan Bingham spędza najwięcej czasu w samolotach. Obsesja uzyskanie miliona mil staje się sensem jego życia. Poza tym nie widzi nic. Obce mu są uczucia, rodzina to dla niego ludzie, z którymi nie ma absolutnie żadnego kontaktu. W jego rzeczywistości występuje podział na świat powietrzny i ziemski. Ten pierwszy to nieskrępowana niczym wolność. Możliwość dotarcia w każde miejsce. Idealna rzecz dla nomada jakim jest Ryan Bingham. A co czeka go na dole? Nic. Tutaj nie ma swojego miejsca. Jest tylko gościem którego, od czasu do czasu, praca lub konieczność przesiadki do innego samolotu, zmusza do postawienia nóg na twardym gruncie. Unika przebywania między zwykłymi ludźmi. Woli pasażerów oraz krótkie przelotne kontakty.

Walter Kirn postanowił pokazać jak częste podróże fragmentaryzują świat. Główny bohater przemiesza się nie dlatego, że chce coś zobaczyć, poznać nowe miejsca lub ludzi. On cały czas ucieka. Przed wszystkim co jest w stanie go złapać lub uwięzić. Podróż staje się jego chorobą. Pozbawiła go miejsca, do którego może wracać. Zamienił siebie na mnóstwo niczym nie połączonych kawałków. Przemieszczając się samolotem może za każdym razem być kimś innym. Jedyną stałą rzeczą w jego życiu jest praca. Poza nią wszystko jest płynne.

Ryan Bingham to współczesny nomad, którego oazami są hotele i porty lotnicze. Jego egzystencja wydaje się być beznadziejna. Sam wyrzucił siebie na margines życia, na własną prośbę z niego zrezygnował. Jest postacią, która przestała walczyć a zaczęła nieustannie uciekać. Powoli pogrąża się we własnych chorych wyobrażeniach i zapomina o tym, co robił. Jego pamięć też uległa rozbiciu. Brakuje w niej ciągłości. Wszystkie wydarzenia stają się coraz bardziej przypadkowe. Przesłanie W chmurach jest bardzo pesymistyczne. Okazuje się, że częste podróżowanie, stanie się nomadem, wcale nie sprzyja rozwojowi człowieka. Nie jest dla niego dobre. Prowadzi do całkowitego rozbicia świadomości. Nieustannie przemieszczający się człowiek, który nie ma żadnych rytuałów oraz miejsc stałych jest tylko zestawem cyfr, numerem konta bankowego i PINem karty kredytowej.

W chmurach to książka smutna ale bardzo wciągająca. Rozpacz przemyka się między słowami i powoli wsącza w czytelnika. Książkę można odczytać na kilka sposobów: jako opowieść o człowieku, który oszalał, jako krytykę współczesnej kultury lub jako zapis przegranego życia. Jedno jest pewne – Walter Kirn pokazał, że bliżej nieba wcale nie jest lepiej.

// Walter Kirn “W chmurach”. Świat Książki Warszawa 2010.

“Bóg jeden wie, że mam po dziurki w nosie sentymentalnych żydów, poczynając od siebie”

Mistrzem kryminału czarnego pozostanie dla mnie Raymond Chandler. Genialna narracja, bohater który do dzisiaj służy za wzór dla skonanego szukaniem sprawiedliwości detektywa i przede wszystkim cięty dowcip. Takie kryminały, z wyrazistą pierwszoplanową postacią oraz ciekawą intrygą przyciągają najbardziej. A wydarzenia mogą dotyczyć nawet Żydów, którym rząd amerykański pozwolił osiedlić się na Alasce i stworzyć małą, niezależna kolonię. Przynajmniej na jakiś czas. Zaraz powiecie, że taka alternatywna wersja historii jest absurdalna. Ale w „Związku żydowskich policjantów” absurdu i groteski jest jeszcze więcej.

Główny bohater, Landsman, pracuje w policji, w wydziale zabójstw. Pije, jego małżeństwo się rozpadło, mieszka w obskurnym hotelu. Jest wrakiem i w zasadzie to nie wiadomo co jeszcze trzyma go przy życiu. Dziwnym zbiegiem okoliczności w tym samym hotelu popełniono morderstwo. I to akurat Landsman pierwszy znalazł się na miejscu zbrodni. Tak w skrócie, zaczyna się książka. Na scenę wejdzie jego partner, Indianin który został żydem, cyniczny, bardzo niski i jeżdżący na dziwnym motorze szef policji oraz knujący ogólnoświatowy spisek żydzi. Mieszanka piorunująca. Ale Michael Chabon jest pisarzem obdarzonym nie tylko sprawną wyobraźnią ale również bardzo dobrym piórem.

Od samego początku trzyma czytelnika w napięciu. Wokół głównego wątku (morderstwo) zaczyna budować poboczne. Robi to w taki sposób, że wszystko idealnie się układna. Czytelnik nie ma wrażenia fragmentaryczności, kolejne wydarzenia z siebie wynikają. Pojawiają się zwroty akcji, które dalej rozbudowują intrygę. Tajemnica jest odsłaniana powoli. Razem z nią poznajemy co raz to nowe wątki z życia detektywna Landsmana. Bo ta książka to opowieść o nim. O tym co go zniszczyło, o tym jak powoli się podnosił. Co ciekawe cały czas mamy wrażenie, że jest w tym wszystkim zagubiony. Działa, chce rozwiązać zagadkę ale nie robi tego dla siebie. Robi to wbrew światu, który o nim zapomniał. Chce pokazać, że jeszcze jest i od razu zniknąć. Jednak tym razem mu się to nie udaje.

Ważnym elementem jest świat przedstawiony. Dobrze zbudowany, skomplikowany z wyrazistymi postaciami. Autor przygotował historie nie tylko dla najważniejszych, pierwszoplanowych bohaterów. Każda, ważniejsza dla intrygi osoba, ma już przygotowaną przeszłość. Pomysły się nie powtarzają, są specjalnie uszyte na miarę danej postaci. Dlatego świat przedstawiony w „Związku żydowskich policjantów” jest bardzo barwny i ciekawy. To rzeczywistość indywidualistów, których zaproponowane przez autora osobowości bardzo przyciągają czytelników.

Dowcip w książce nie jest czysto chandlerwoski. Brakuje mu tej charakterystycznej dynamiki, chłodnego cynizmu, jakim genialnie operował twórca przygód Philipa Marlowe’a. Michael Chabon zdecydował się na sarkazm. I operuje nim po mistrzowsku. Stworzył zdystansowanego do świata i do siebie bohatera, który w odpowiednim momencie potrafi wtrącić swoje trzy grosze. Najciekawsze są fragmenty, w których gra stereotypem wiecznie knującego żyda. Ale inne pointy, dokonywane przez różnych bohaterów, również śmieszą. Ten sarkastyczny ton udziela się każdej postaci.

Dla osób lubiących dobrze napisane i skonstruowane kryminały, „Związek żydowskich policjantów”, jest pozycją obowiązkową. Warto zobaczyć w jak genialny sposób można odświeżyć starą, dobrą konwencję kryminału czarnego. Michael Chabon nie odcina się od korzeni. On rewelacyjnie korzysta z doświadczeń poprzedników i na tym fundamencie stworzył dzieło oryginalne. Jedyny problem polega na tym, że ta książka się kończy.

//Michael Cabon “Związek żydowskich policjantów”. WAB Warszawa 2009.

“Kruk” Edgar Allan Poe (II)

Ale Kruk, który siedział samotnie na łagodnym popiersiu, wypowiedział tylko te dwa słowa. Jego dusza ujawniła się tylko w tych dwóch słowach. Nie powiedział nic poza tym, nie poruszył nawet piórem. Przeraziłem się jeszcze bardziej, wyszeptałem:

- Inni przyjaciele już odeszli. O poranku on też odejdzie, podobny do Nadziei, która mnie opuściła.

A ptak powiedział:

- Nigdy więcej.

Byłem zaskoczony, że ciszę przerwały tak zręcznie dobrane słowa.

- Niewątpliwie. – powiedziałem – Te dwa wyrazy to całe jego słownictwo. Nauczył się ich przez przypadek, u swego poprzedniego właściciela, którego dotknęła bezlitosna tragedia. Powtarzał, powtarzał wciąż tą jedną pieśń, która była jak lament jego Nadziei. Wszystko zawarte w słowach „Nigdy… Nigdy więcej!”

Ale widok Kruka mnie rozweselił. Postawiłem wygodne krzesło naprzeciw niego i popiersia i drzwi. Gdy zatonąłem w aksamicie począłem łączyć poszczególne elementy, zastanawiając się, co ten groźny ptak zamierzchłej przeszłości, ten groźny, niezdarny, upiorny, ponury i złowieszczy ptak zamierzchłej przeszłości miał na celu, kracząc „Nigdy więcej!”.

Usiadłem i w milczeniu zastanawiałem się nad znaczeniem słów wypowiedzianych przez Kruka. Jego oczy przepalały me serce na wskroś. Tyle i więcej działo się, gdym półleżąc próbował odczytać przepowiednię. Swoją głowę położyłem na poduszce, a powyżej w świetle lampy zaistniał mój cień. Lecz czyja była ta fioletowa aksamitna poduszka, na której kładło się światło lampy? Ona już nie powróci, ach! Nigdy więcej!

Później, wydawało mi się, że powietrzne zaczęło gęstnieć, stopniowo wypełniało się zapachem z niewidzialnego źródła. Ukołysały mnie delikatne dźwięki stóp Serafina, który dotknął pikowanego dywanu.

- Nędzniku! – załkałem – Niechaj Bóg, z pomocą swych Aniołów przyniesie mi ulgę! Ulgę! Niech wyrzuci z mej pamięci wspomnienie Leonory! Upiłbym się wywarem z dzbanecznika, abym tylko mógł zapomnieć o Leonorze!

A Kruk rzekł:

- Nigdy więcej.

- Proroku – powiedziałem – bądź przeklęty! Proroku, który pod postacią diabła lub ptaka przybywasz przysyłany przez Kusiciela. Jaka burza wyrzuciła cię na ten niegościnny brzeg, ciągle nieposkromiony, na tę pustynię, do tego domu, który nawiedza Przerażenie? Powiedz mi szczerze, nalegam! Czy odnajdę ukojenie w Gilead? Powiedz, powiedz mi szczerze, nalegam!

A Kruk rzekł:

- Nigdy więcej.

- Proroku – powiedziałem – bądź przeklęty! Proroku, któryś  przybył pod postacią diabła lub ptaka, zaklinam cię na niebo, które jest ponad nami, w imię Boga, którego obaj wielbimy! Zdradź tej duszy, w której legł żal czy w odległym Aidenn, powinna zostać przytulona przez kobietę, której anielskie imię brzmi Leonora, przygarnięta przez niezwykła i oślepiającą wewnętrznym światłem kobietę, której anielskie imię brzmi Leonora.

A Kruk rzekł:

- Nigdy więcej.

- I teraz się rozstańmy! – krzyknąłem i zacząłem mówić – Zabieraj swe pokusy i wracaj na brzeg Nocy, nad którym panuje Pluton! Nie pozostaw czarnej śliwy jako znaku kłamstwa, o którym mówi dusza! Pozostaw mnie w mej samotności! Uciekaj z popiersia, na którym siedzisz! Zabieraj dziob z mojego serca i opuść mą komnatę!

A Kruk rzekł:

- Nigdy więcej.

Kruk nawet się nie poruszył, wciąż siedział, wciąż siedział, na popiersiu Pallas, które zdobiło drzwi mej komnaty. Niewzruszenie patrzył, podobny do śpiącego demona. Oświetlony lampą nieustannie kładł się cieniem na podłodze. I ma dusza, z tego cienia, który zawisł na podłodze – nie podniesie się.

Nigdy więcej!

“Kruk” Edgar Allan Poe (I)

//Przekład na podstawie: E. A. Poe “The Raven”

Byłem słaby i zmęczony. Pewniej ponurej północy, pogrążyłem się w rozważaniach nad bardzo osobliwym i ciekawym tomem, pełnym zapomnianej wiedzy. Pochyliłem głowę, już zaczynałem przysypiać. Rozbudziło mnie niespodziewane pukanie. Delikatny stukot, stukot do drzwi mej komnaty

- Jakiś gość – mruknąłem – Puka do drzwi mej komnaty. Tylko tyle i nic poza tym.

Teraz sobie przypominam! To był lodowaty grudzień. Kiedy to każda iskra wykuła na podłodze ślad swego ducha. Z niecierpliwością wyczekiwałem poranka. Na próżno chciałem, w swych księgach, odnaleźć koniec rozpaczy. Mej rozpaczy za utraconą Leonorą. Za niezwykłą i oślepiającą wewnętrznym światłem kobietą, podobną do anioła. A na imię jej było Leonora. Teraz jest bezimienna na wieki.

Atłasowy smutek, szeleszczący w każdej szkarłatnej kotarze wstrząsnął mną. Napełnił dziwacznym strachem, którego nigdy wcześniej nie czułem. Wtedy, by podtrzymać bicie mego serca, uparcie powtarzałem:

- Ktoś czeka u drzwi mej komnaty. Spóźniony gość pragnie wejść do mej komnaty. Tylko tyle i nic poza tym.

Wnet ma dusza nabrała więcej siły. Niezdecydowania się wyzbyłem.

- Panie – powiedziałem – albo Pani, błagam o wybaczenie. Już drzemałem, gdy delikatne pukanie, słaby stukot, stukot do drzwi mej komnaty przeraził mnie. Twoje przybycie wzbudziło mój strach.

I otworzyłem szeroko drzwi. A tam – ciemność. I nic więcej.

Wpatrywałem się w mrok. Stałem długo, zastanawiając się. Przepełniał mnie strach i wątpliwości. Nawiedziły mnie mary, których żaden śmiertelnik nie śnił wcześniej. Lecz milczenia nic nie przełamało, a cisza nie dawała żadnych znaków. Jedynym słowem, które wypowiedziałem, wyszeptałem było:

- Leonora?

Lecz mój szept powtórzyło, szemrząc echo.

- Leonora.

Tylko tyle i nic poza tym.

Powróciłem do swej komnaty. Ma dusza płonęła. Już po chwili usłyszałem pukanie, odrobinę głośniejsze niż wcześniej.

- Zapewne – powiedziałem – Zapewne coś jest przy kratach, u mego okna. Pójdę sprawdzić z jakiego powodu rozbrzmiewa stukot i odkryję tę tajemnicę. Niech me serce uspokoi się na moment. Pójdę rozwikłać tę zagadkę. Pewnie to tylko wiatr i nic poza tym.

Otwarłem okiennice. Nagle, mocno szarpiąc i trzepocząc wpadł do środka dostojny Kruk. Wysłannik świętych dni zamierzchłej przeszłości. Nie zdobył się na żaden pokłon, nie zatrzymał się nawet na chwilę. Postawą podobny do wielkiego Pana lub wykwintnej Damy zawisł nad wejściem do mej komnaty. Zawisł, nad podobizną Pallas, która zdobiła wejście do mej komnaty. Zawisł i usiadł, i nic poza tym.

Hebanowy ptak zmienił mój smutek w śmiech. Miał marsowe oblicze i bardzo wyszukane maniery.

- Nawet gdybyś stracił wszystkie swoje pióra – rzekłem – sztuka nigdy się ciebie nie ulęknie. Upiorny, srogi i starożytny Kruku, który przybywasz z brzegów Nocy. Wyjaw mi! Jak cię zwą, na brzegach Nocy, nad którymi panuje Pluton!

A Kruk rzekł:

- Nigdy więcej!

Bardzo zdziwiło mnie, że takie niezdarne ptactwo potrafi odpowiadać tak zwięźle. Jego słowa były ubogie w znaczenie i trafność. Jednak wszyscy się zgodzimy, że wcześniej żaden żywy człowiek nie widział czegoś takiego, nikt nie widział Kurka nad drzwiami do swej komnaty. Ptak lub bestia siedząca na popiersiu nad drzwiami do mej komnaty, która tylko rzecze:

- Nigdy więcej!