Informacje o Jawor

Nie zajmuję się niczym szczególnym. Jak każda ludzka jednostka chcę wieść życie względnie spokojne i w miarę szczęśliwe. Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że ludzie postanowili zniweczyć mój plan. Nie pozostaje mi nic więcej jak tylko zacząć ich obserwować i spróbować zrozumieć w jaki sposób podejmują decyzje. Czeka mnie bardzo interesujący proces, który przede wszystkim będzie polegał na racjonalizacji irracjonalnych przesłanek. Nikt nie powiedział, że będzie lekko... Ale zapomniał wspomnieć, że będzie aż tak ciężko...

Kwiecień – kilka zdań podsumowania

Okoliczności przyrody: Dużo słońca. Jakoś jaśniej na świecie.

Temperatury: Podnoszą się. Atmosfera robi się gorąca.

Ludzie, o których się potknąłem: Irytujący swoją zapożyczoną genialnością, która nijak ma się do ich intelektualnych możliwości.

Idee i wierzenia: Wiara, że 100 kartek ocali prywatny świat stała się niezwykle popularna.

Czas: Przeliczany na strony, z precyzją godną zegara atomowego.

Kultura materialna: Wtłaczanie w czyste kartki myśli zabrudzonych pojęciami postmodernizmu.

Przejścia z transportem: Duszno, brak klimatyzacji w autobusach. Gęsta atmosfera roztapia indywidualność.

Anomalie: Z powodu upałów wszystko się rozpłynęło i pomieszało. Świat stał się pulsującą i gorącą breją.

Dynamiczna struktura “Mewy”

Z Gabrielem Gietzkym, reżyserem spektaklu “Mewa” w Teatrze Śląskim w Katowicach rozmawia Adrian Jaworek

Adrian Jaworek: W trakcie konferencji prasowej wspomniał pan, że „Mewa” składa się z czterech różnych form. Czy te formy posiadają twarde nieprzekraczalne granice, czy istnieje możliwość rozciągnięcia ich na nieznane terytorium?

Gabriel Gietzky: Punktem wyjście jest to co znane, bo to co, nieznane, nie wiemy, czym jest. Ale próbujemy to „żyłować”, czyli wyciągać do jakiś granic możliwości. Dlatego jest to dla aktorów przekraczanie, muszą używać sposobów, po które, zazwyczaj nie sięgają w spektaklach lub korzystają z nich rzadko i w wyjątkowych sytuacjach. Całą cześć muszą zagrać tego typu środkami, więc dla nich jest to forma wyzwania.

Wychodzimy od pewnej bazy i maksymalnie ją rozpychamy. Ten proces cały czas trwa i mam nadzieję, że uda się go zauważyć w realizacji. Na pewno osiągniemy pewien stan wyjściowy, ale ta przestrzeń grania będzie się rozszerzać.

Będzie pan to kontrolował?

Staram się przyjeżdżać na spektakle i doglądać jak postępuje realizacja. Ale nie zawsze jest to możliwe.

Pytanie o formę nasunęło mi się, ponieważ żyjemy w czasach, w których to pojęcie całkowicie się rozmyło. Aktualnie doświadczamy specyficznego przechodzenia „jednego w coś innego”. Czy u pana forma będzie stanowiła konkret?

Tak, dążymy do tego, aby każda część miała bardzo czystą, bardzo klarowną formę. Ona jest w ramach każdego aktu zamknięta i bardzo ścisła dla konkretnej części. Brak jakichkolwiek rozmyć. Pozwalamy sobie, ze względu na estetyczno-logiczną ciągłość, na to, aby w każdym akcie pojawiła się mikrocząstka, wejście aktora, jakieś zdarzenie sceniczne, które jest wyjęte z innej części. I przez zakwestionowanie na moment danej formy, formą z innej części, uświadomić widzowi, że to co ogląda nie jest przypadkowe, że jest to celowy zabieg.

Każda forma w „Mewie” jest bardzo precyzyjna, ale w każdym akcie pojawia się cząstka innego. W ten sposób tworzymy wspólny mianownik.

W takim razie w „Mewie” widz ma do czynienia ze strukturą dynamiczną, a nie z ułożonymi obok siebie skostniałymi konstrukcjami. Czy kolejne części są ze sobą zestawione w sposób ewolucyjny, czy synchroniczny?

Nazwałbym je światami równoległymi. W spektaklu, w czasie przerw w dramacie Czechowa, posługujemy się fragmentami dzieł filozoficznych mówiących o teatrze i o sposobie opowiadania i czytania teatru.

Fragmenty pochodzą z „Fenomenologii ducha” Hegla, „Świata jako woli i przedstawienia” Schopenhauera i manifestu Teatru Okrucieństwa Artaud. Mam nadzieję, że te wtręty filozoficzne uzmysłowią widzowi, o czym robimy to przedstawienie.

Moim zdaniem wybranie Hegla jest bardzo odważne. Jest to mało popularny filozof, który – przynajmniej w moim środowisku – jest uważany za myśliciela lewicowego, a często wręcz marksistowskiego.

Ale okazuje się, że jak filozofowie biorą się za teatr, to nagle u wszystkich pojawia się pewien rodzaj wspólnego mianownika. Wszyscy mówią, że teatr powinien być „czysty”, że służy pięknu, dobru i prawdzie. Bez względu na to, w którą stronę ciążą ich myśli wszyscy uznają, że teatr należy wznosić na bazie społeczeństwa służącego pozytywnym wartościom.

Z Hegla wyjąłem te fragmenty, które pasowały do mojej realizacji. Nie wykorzystałem wszystkiego, ponieważ zrobiłem już jeden filozoficzny spektakl, a na następny jeszcze nie czas.

Z Schopenhauera zapożyczyłem fragment, w którym zwraca zwraca się on do widza i każe mu być aktywnym. Podkreśla to, że udział odbiorcy jest niezbędny, spektakl jest aktem wspólnym.

Nie wpisałem tych fragmentów w strukturę dramatu. Pojawiają się na początku i na końcu każdej części. U Czechowa są trzy przerwy, między czterema aktami. To właśnie tam umieściłem te fragmenty.

Czy jest pan filozofem?

Nie. Filozofię zacząłem, ale jej nie skończyłem, ponieważ studiowałem na dwóch wydziałach jednocześnie i ciężko było mi pogodzić kierunki. Została mi taka amatorska fascynacja filozofią.

Ale widzę, że pomaga panu w reżyserii.

Tak. Zawsze jest to jakiś fundament, na którym mogę się podeprzeć, do którego jestem w stanie się odwołać i powołać na autorytet. Jeżeli pojawiają się jakieś kłopoty zawsze mogę stwierdzić, że to Schopenhauer tak powiedział, a ja to tylko zarysowałem.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

// Wywiad opublikowany w Dzienniku Teatralnym.

Specjalnie dla Najmłodszych

Teatr Dzieci Zagłębia w Będzinie 31 marca przedstawieniem “Bajka-Zjajka” zainaugurował tzw. Baby Scenę i uważam, że stanął na wysokości zadania. Spektakl, adresowany dla najmłodszych (tzw. naj-najów, czyli dzieci od 6. miesiąca życia do kilku lat), był tak interesujący, że skutecznie przyciągnął uwagę niemowlaków (ale też tych nieco starszych pociech) jak i zainteresował dorosłych. To świetna propozcycja dla rodzin z małymi dziećmi – póki co, jedyna w regionie

O czym jest “Bajka-Zjajka”? O dwóch mieszkańcach leśnej polanki, przyjacielach i motylu, który powolutki rozwija się z żarłocznej, zielonej gąsięnnicy, która wykluła się – rzecz jasna – z jajka (stąd też imię owej gąsienicy).

Na scenie, dzięki wielu rekwizytom, jest bardzo kolorowo, przez co automatycznie przestrzeń ta przyciąga wzrok najmłodszych odbiorców. Dzięki frapującej fabule dzieci, nawet przez moment, się nie nudziły. Wprost przeciwnie – oglądały spektakl z niesłabnącym zainteresowaniem, o czym świadczyły wybuchy śmiechu oraz ożywione komentarze. Te najmłodsze zaś często  nie rozumiejąc jeszcze tego, co dzieje się na scenie z urzeczeniem się w nią wpatrywały i wesoło gaworzyły. Posługując się językiem marketingu, stwierdzam, że “Bajka-Zjajka” w stu procentach trafiła do swojej grupy docelowej.

Trudno jest napisać sztukę, która tak łatwo pochłonie świadomość najmłodszego odbiorcy. Autor bajki (i równocześnie jej rezyser) – Maciej Dużyński – udowodnił, że aby to zrobić, trzeba być wyposażonym w pokłady twórczej intuicji i kreatywności. Postawił na nieskomplikowaną fabułę i kolorowy świat. Dołożył jeszcze do tego zestawu naturalne ludzkie ciepło.

Rodzinną atmosferę stworzyły dwie grające w spektaklu aktorki – Katarzyna Bała oraz Karina Abrahamczyk-Zator. Obie panie udowodniły, że doskonale radzą sobie z rolami, które mają wzbudzić zainteresowanie najmłodszych dzieci. W swojej grze były niezwykle naturalne i z łatwością można było zaobserwować, że same świetnie się bawią. W ten sposób pojawiła się w spektaklu lekkość, która z łatwością porwała wszystkich widzów.

Po zakończeniu spektaklu dzieci mogły dosłownie wejść w świat “Bajki-Zjajki” – dotknąć rekwizytów oraz pobawić się z aktorkami. Takie bezpośrednie doświadczenie teatru jest niezwykle istotne dla najmłodszych. Pobudza ich wyobraźnię i udowadnia, że teatr nie jest nudnym zjawiskiem i wymysłem dorosłego, który „każe” tam iść. “Bajka-Zjajka “jest doskonałym przykładem na to, że w teatrze można przeżyć wiele niezapomnianych chwil.

“Bajka-Zjajka” zainaugurowała działalność Baby Sceny. Inicjatywa ta ma na celu prezentowanie spektakli skierowanych dla najmłodszych odbiorców (dzieci w wieku od 6 miesięcy do 5 lat). Trzeba przyznać, że otwarcie Baby Sceny było bardzo udane! Miejmy nadzieję, że takich przedstawień – jak i malutkich widzów – będzie w Teatrze Dzieci Zagłębia więcej!

Tekst opublikowany w Dzienniku Teatralnym.

Marzec – kilka zdań podsumowania

Okoliczności przyrody: Przyszła wiosna. Tak po prostu. A na koniec padał śnieg. Też tak po prostu.

Temperatury: Cieplej. Zawsze jest cieplej, kiedy człowiek się denerwuje.

Ludzie, o których się potknąłem: Cudownie aroganccy. Dowiedziałem się, że przypis potrafi nobilitować. 

Idee i wierzenia: Nagły wysyp jurodiwych. Tysiące sprzecznych przepowiedni i przekonań. 

Czas: Skradziona godzina! I nareszcie mam wytłumaczenie na moje nieuleczalne spóźnialstwo.

Kultura materialna: Wszyscy czytają książki. Ale na e-czytnika, dzięki e-atramentowi. Ciekawe czy mają przy tym e-myśli? 

Przejścia z transportem: Praktycznie żadnych. Autobusy zgodnie z rozkładem. W tramwajach nie śmierdzi. Coś niepokojącego dzieje się z komunikacją miejską.

Anomalie: Nagły przypływ optymizmu. Dziwne. Może faktycznie „będzie lepiej”, a nie tylko „jakoś to będzie”?

Jak zabija milczenie

Książka, w której zabija cisza – nudny kryminał czy interesujący eksperyment?

Nie wiem co mam myśleć o tym kryminale. Wolałbym go przemilczeć, nie napisać o nim nic, ale obowiązek recenzencki wzywa, niestety… Problem z Milczeniem jest następujący: Jan Costin Wagner napisał średnią książkę. Postanowił zbadać granice konwencji i całe napięcie, występujące w kryminale, przeniósł z fabuły do psychiki postaci.

Historia jest dobrze skonstruowana. Jest tajemnica, jest zaskoczenie. Już na samym początku czytelnik zostaje świadkiem morderstwa dziewczynki, jak się okazuje później, była to retrospekcja. Właściwa fabuła książki zaczyna się 33 lata po przedstawionej na początku tragedii. Znowu dochodzi do tajemniczego zniknięcia młodej dziewczyny. Wszystko wydarza się dokładnie tak samo jako 33 lata temu. Na miejscu potencjalnej zbdrodni zostaje znaleziony tylko rower, ani śladu ciała, żadnych poszlak, tylko dziwna perfekcyjna zgodność z przeszłością. Do akcji wkracza emerytowany policjant Ketloa, który zaczynał pracę, gdy wydarzyło się pierwsze morderstwo. Tym razem chce odnaleźć sprawcę. Pomaga mu Kimmo Joentaa. Razem próbują rozwikłać te dwie skomplikowane i prawdopodobnie powiązane ze sobą sprawy.

W trakcie lektury zauważyłem, że dla autora najmniej istone jest rozwiązanie tej sprawy. Fabuła to tylko tło, dlatego może wydawać się okropnie „gazetowa”. Prezentuje ten sam poziom napięcia, który można odczuć w trakcie czytania wiadomości z kraju i zagranicy. Nie jest to kryminał oparty na wartkiej i wciągającej akcji. Dlatego zacząłem się przyglądać postaciom stworzonym prezz Jana Costina Wagnera. Potem dodałem do tego wszystkiego –Milczenie – i zrozumiałem, co jest właściwym tematem książki.

Wszystkie postacie mają jeden wspólny punkt, jest nim tajemnica. Coś, o czym uparcie milczą i tylko udają, że ich życie jest w najlepszym porządku. Skrywane cierpnie odkłada się na dnie osobowości i powoli podtruwa każdą z postaci. Wyzwolenie przynoszą przyznanie się do winy, przeprosiny albo szczera i długa rozmowa. Zanim, któraś z wcześniej wymienionych możliwości nastąpi, każdego bohatera czeka szereg cierpień.
Cisza w Milczeniu występuje zawsze między postaciami. W dialogach pojawia się wiele słów, jest to jeden z najbardziej rozgadanych kryminałów, jakie czytałem, ale te najistotniejsze stwierdzenia nigdy nie zostają wygłoszone. Pojawiają się w formie domysłów i myśli. Cisza wyraźnie dotyczy pewnego określonego życia bohatera (w przypadku Kimmo Jeonty będzie to śmierć żony). Ten wycinek, pokryty milczeniem zostaje na zawsze zamknięty w wewnętrznym świecie postaci. Jan Costin Wagner w swoim kryminale pokazał jak dezintegrujące może być długotrwałe milczenie, to właśnie ono jest mordercą i rozwiązaniem wszystkich zagadek. Potrafi całkowicie zniszczyć, uformowane na przemilczeniu fragmentów własnego losu, życie. Takiej destrukcji doświadczył Timo Korvensuo. Widział coś, o czym nigdy nie powiedział i teraz musiał za to zapłacić najwyższą cenę.

Milczenie nie jest kryminałem, który poleciłbym osobom uwielbiającym wartkie historie i dowcipne dialogi. Jan Costin Wagner nie stworzył monumentalnego dzieła – jak mylnie może wskazywać jego nazwisko – ale za to napisał kryminał z niezwykle rozbudowaną warstwą psychologiczną. Ta historią mogła wydarzyć się wszędzie, nie tylko w Danii, miejsce jest mało istotne, ważne są postacie. Milczenie nie porywa, nie wpędza w czytelniczy szał, ale na pewno znajdzie się grono osób, którym taka forma kryminału będzie odpowiadała. Niestety ja do nich nie należę. Dla mnie było to niepotrzebne rozciąganie akcji.

Recenzja opublikowana na portalu Wywrota.pl.