Literatura dla graczy?

Sea of SorrowsOd dawna unikam książek opartych na fabułach gier komputerowych. Ominąłem te dotyczące świata Baldur’s Gate, nawet nie spojrzałem na teksty zanurzone w uniwersum Worlds of Warcraft, a Sanktuarium wolę eksplorować na ekranie komputera. Tak do końca nigdy nie rozumiałem swojej niechęci do tego typu tytułów. Bo przecież powinny mnie interesować. Osadzone w światach gier komputerowych, na które zmarnowałem sporą ilość swojego czasu. Dlatego postanowiłem dać szansę książkom dotyczącym Guild Wars 2.

Na chwilę obecną przetłumaczono jedynie Duchy Askalonu. Natomiast dwie pozostałe – Sea of Sorrows i Edge of Destiny - trzeba przeczytać po angielsku. Akurat to jest najmniejszym problemem. Znacznie trudniej odnieść mi się do tego typu książek. Na chwilę obecną zapoznałem się jedynie z małym wycinkiem rynku i mam nadzieję, że moje poglądy ulegną zmianie. Skoncentrujmy się na teraźniejszości. Postaram się ocenić te książki z dwóch perspektyw – gracza oraz miłośnika fantasty. Jest to dość łatwe, ponieważ stanowię syntezę tych dwóch osób.

Fan fantasty

Pierwsze pytanie jakie zada każdy maniak fantasty brzmi: czy są tam smoki? Tak, są. W każdym tomie bohaterowie konfrontują się – pośrednio lub bezpośrednio – z latająca jaszczurką. Duchy Askalonu opowiadają o wyprawie po starożytny artefakty, Edge of Destiny traktuje o przyjaźni i walce ze smokiem, a Sea of Sorrows to fantasty przebrane w marynarski strój. Jak widać tematyka jest skrajnie różna. Podstawowym problemem jest schematyczność bijąca ze wszystkich tych książek.

Opierają się zawsze na podobnej strukturze fabularnej. Mamy drużynę, a ta ma questa. Koniec. Najkrótszy spoiler na świecie. Oczywiście wewnątrz grupy pojawią się tarcia, posypią iskry i czasem ktoś komuś da w mordę albo dogada. Nic nowego. Fana fantastyki powinien przyciągnąć świat przedstawiony. Obawiam się, że będzie on zbyt obcy. Te książki powstały dla osób, które już miały kontakt z grami z serii Guild Wars.

I właśnie z tego powodu, dla niegrających czytelników fantasty, przedstawiają one niewielką wartość. Reprezentują średnią półkę literatury popularnej. Każdy z tomów ma momenty ciekawsze, ale często zostają przytłoczone solidną warstwą nudy. Na dodatek odpowiednio oczytany odbiorca będzie w stanie przewidywać kolejność wydarzeń. A to jest już niedopuszczalne! Dlatego jeżeli jesteś fanem fantastyki i nie grasz w Guild Wars 2 (lub poprzednią część), nie miałeś z tą grą styczności, ani nie planujesz wejść do świata Tyrii – nie czytaj. Zanudzisz się, być może niepotrzebnie zdenerwujesz. Wybierz coś innego. Na przykład zainwestuj w pakiet fantasty na BookRage. Jeżeli tylko taki się pojawi. Albo wejdź na stronę Polony i poczytaj fantastykę z okresu międzywojnia. Gwarantuję, że oba rozwiązania dostarczą ci znacznie więcej rozrywki.

Edge of DestinyMieszkaniec Tyrii

Tyria to kraina, w której rozgrywa się fabuła książek oraz gier komputerowych z serii Guild Wars. Dla ludzi posiadających tam swoje awatary, teksty te mogą okazać się interesujące. Pozwalają graczowi poznać historię bohaterów, których spotkał w trakcie rozgrywki. I nie musi tego robić na oficjalnej wiki lub poprzez czytanie forum. Otrzymuje fabularyzowane opowieści o Tyrii. Czego chcieć więcej?!

Jako aktywny gracz, w trakcie lektury, bawiłem się bardzo dobrze. Pogłębiałem wiedzę (czyli lore) na temat Tyrii. A to dla osób grających we wszelkie MMORPG jest bardzo ważne. Bez tego traci się jakieś 80% przyjemność. Na dodatek twórcy serii stworzyli bardzo bogaty świat, którego samotna eksploracja może zająć tysiące godzin. Tutaj z pomocą przychodzą książki.

Można poczytać o przymierzu zawartym w celu zniszczenia smoka. Albo o założycielu Lion’s Arch. Lub poznać historię konfliktu ludzi i popielców. Gracz pochłania te informacje i coraz lepiej zaczyna rozumieć historię świata, w którym uczestniczy. Dlatego jeżeli grasz w Guild Wars 2 i interesuje cię historia Tyrii – koniecznie przeczytaj te trzy książki. Warto. Nawet jeżeli czasem przy nich przyśniesz. Ilość zdobytej wiedzy zrekompensuje ci nudne momenty.

Duchy AskalonuTylko dla graczy?

Ważnym aspektem literatury związanej z grami komputerowy jest marketing. Mają one zachęcać zainteresowanych, a tym samym podnosić sprzedaż danego produktu. Odbiorcy nie powinny się oburzać na taki stan rzeczy. Żyjemy w czasach kapitalizmu, każdy chce zarobić, studia zatrudniają tysiące ludzi i muszą skądś brać pieniądze na ich wypłaty. Tylko szkoda, że – w przypadku książek na temat Guild Wars 2 – teksty te nie stoją na zbyt wysokim poziomie. Są średnie, a nawet mierne.

Trudno mi powiedzieć, czy zachęciłyby mnie do zakupu gry. Mnie przyciągnęła ciekawość oraz niesłabnąca miłość do RPG. Po książki sięgnąłem dopiero po dwóch latach od premiery Guild Wars 2. Trochę późno. Jednak postaram się przeczytać jeszcze inne teksty związane z tą literaturą. Bo tak, chyba, trzeba o nich myśleć. Jako o odmianie literatury popularnej stworzonej z myślą o graczach. Sporo w niej marketingu, niewiele talentu.

Na szczęście zawsze można sięgną po wszelkiego rodzaju fan fiction. Dopiero tam dzieją się cuda.

Jeff Grubb, Matt Forbeck, Duchy Askalonu

Tłumaczenie: Marek Pawelec

Dwójka bez Sternika, lipiec 2012.

okładka miękka, 346 stron.

 

J. Robert King, Guild Wars: Edge of Destiny

Simon & Schuster, grudzień 2010.

ebook, 432 strony.

 

Ree Soesbee, Guild Wars: Sea of Sorrows

Pocket Book, czerwiec 2013.

ebook, 496 stron.

Po co pisarzowi pieniądze?

Już raz temat ten przewinął się przez wszelkiego rodzaju media i pojawiły się – mniej lub bardziej – mądre wypowiedzi. Z wyrażonymi w nich poglądami można się zgadzać lub nie, każdy ma do tego prawo. Aledyskusji nie podlega jedna rzecz: pisarzowi potrzebne są pieniądze na codzienne opłaty. Jednak aktualny stan rynku literackiego pokazuje, że poza opłaceniem sobie rachunków twórca wykuwający swoje dzieła w słowie musi jeszcze sfinansować debiut.

Jak to zrobić? Można samemu zgromadzić fundusze odkładając z pensji (jeżeli takową się ma) lub postawić na crowdfunding. Przykład Joanny Dziwak pokazuje, że można w ten sposób zdobyć pieniądze na wydanie własnej książki. Mam nadzieję, że wkrótce zapoznam się z tym tekstem i ocenię, czy odbiorcy słusznie zaufali autorce. Jednak tym razem chciałbym pochylić się nad czymś zupełnie innym – nad sytuacją twórcy przed debiutem i jego możliwościami. Współczesność każe nam wierzyć, że są one nieograniczone. Samowydanie się (takie spolszczenie podoba mi się bardziej, niż self publishing) kwitnie, ludzie robią na tym niezłe interesy, a autorzy się cieszą, bo w końcu są po debiucie. Tylko, że sytuacja wcale nie jest taka kolorowa.

Twarzą w twarz z Twórcą

W zeszłym roku akademickim zaprosiłem na swoje zajęcia Adriana Witczaka, sosnowickiego poetę przed debiutem. Zadaniem moich studentów było zorganizowanie poecie spotkania autorskiego. Oczywiście (i trochę na szczęście) w teorii. Pomysłów było wiele, na niektóre Adrian Witczak reagował ze zdziwieniem (szok wywołała propozycja urządzenia pokazu kuchni molekularnej przed właściwym spotkaniem z autorem), ale częściej przytakiwał i prowokował do dyskusji. Trzeba przyznać, że jest to poeta, który wie czego chce. Ale nie mogę tego powiedzieć – niestety – o studentach. Przeraziła mnie jedna rzecz – niewiele osób w grupie było na jakimkolwiek spotkaniu autorskim. Dodam tylko, że zajęcia z organizacji i animacji kultury prowadzę na specjalizacji, która nazywa się kultura literacka.

Wniosek z tego jest jeden: ginie potrzeba bezpośredniego kontaktu z twórcą. Jak debiutant może zareklamować swoją książkę czytelnikom? Pierwszym odruchem jest spotkanie autorskie, na którym będzie prowadzona sprzedaż. Ale może okazać się, że niewiele osób się na nim pojawi. Tym bardziej trudna jest sytuacja poety. Kilka miesięcy temu pewna osoba powiedziała mi, że poezja jest niepotrzebna, bo doświadczenie liryczne zastąpił hip hop. Dość kontrowersyjny pogląd i na pewno zajmę się nim innym razem. Wrócimy do debiutanta. Co mu pozostaje? Facebook i innego rodzaju media społecznościowe? Być może.

W lipcu serwis booklips.pl podał informacje na temat nowej usługi, którą planuje wprowadzić Facebook. Dzięki niej czytelnicy będą mogli nabywać książki na fanpage’ach twórców oraz wydawnictw. W tekście znajdziemy następującą informację:

Jak donosi serwis „GoodeReader”, nowa funkcja może przynieść niemałe korzyści pisarzom i wydawcom, którzy korzystają z Facebooka do promocji książek, budując bazę stałych czytelników. Zamiast kierować ich do księgarń internetowych będą mogli niebawem sprzedawać książki bez pośredników. (źródło: booklips.pl).

Pośrednikiem w tym przypadku będzie Facebook. Powiedzmy sobie szczerze – prowadzenie darmowego, pozbawionego opłat za reklamy, fanpage’a niekoniecznie musi się opłacać. Aby zdobyć sensowny zasięg trzeba przelać trochę pieniędzy Markowi Zuckerbergowi. W przeciwnym razie o nowej książce dowie się tylko niewielka liczba fanów. Sytuacja wcale nie będzie tak dobra, jak ta zaprezentowana w informacji. Twórca najpierw będzie musiał zapłacić za książkę, a potem jeszcze za reklamę na Facebooku. Jeżeli ta usługa przejdzie testy, to pisarze będą musieli dobrze przeliczyć, co opłaca im się bardziej. Być może tradycyjna forma dystrybucji, czyli księgarnia, przyniesie więcej zysku. Jak się okazuje nie da się całkowicie wyeliminować pośredników. Można ich tylko zamienić.

Żeby samowydanie się było skuteczne trzeba dysponować zasobami gotówki. W grę wchodzi nie tylko skład oraz korekta książki, ale także jej promocja. A o tym ostatnim elemencie młodzi twórcy bardzo często zapominają.

Wypromuj się lub giń!

Inaczej podchodzi się do promocji książki analogowej (papierowej), a inaczej do cyfrowej (ebooka). Odbiorcy niby ci sami, ale jednak różni (taki mały paradoks). Celem są ludzie, którzy czytają i w zasadzie na tym kończą się podobieństwa. Książkę elektroniczną można sprzedać osobom, które posiadają tablet (mała wygoda w czytaniu) lub czytnik ebooków (niezwykle wygodne rozwiązanie). Reszta będzie obojętna. Dlatego wydawnictwa w dalszym ciągu proponują egzemplarze papierowe oraz elektroniczne. Co ma zrobić debiutant?

Oczywiście, że wydanie książki tradycyjnej jest o wiele bardziej kosztowane. Druk, dystrybucja, magazynowanie – nic nie jest za darmo. Logicznym wyborem jest ebook. Coraz więcej osób posiada czytniki, o czym świadczy – na przykład – popularność kolejnych edycji BookRage. Na dodatek Amazon  nosi się z wprowadzaniem nielimitowanego dostępu do ebooków za jedyne 9,99 $ (około 30 złotych) miesięczne (interesujący tekst na ten temat pojawił się na Techcrunch). Nasze polskie Legimi proponuje podobną usługę. Wersja pozbawiona limitów kosztuje 32,99 złotych miesięcznie. Jedyną różnicą jest ilość dostępnych książek elektronicznych (ale niekoniecznie tych po polsku!). Na Amazonie można wydać własnego ebooka (zainteresowanych odsyłam na swiatczynikow.pl lub ekundelek.pl), ale wymaga to cierpliwości i sprytu.

Ale czy debiutant musi od razu poszukiwać międzynarodowej sławy i uznania lub – po prostu – ogólnoświatowego systemu dystrybucji? Myślę, że nie. Warto skoncentrować się najpierw na polskim, dość trudnym, rynku książki, a potem wydać przekład swojego tekstu w innym języku. Ale ta ostatnia rzecz wymaga dodatkowej gotówki. Chyba, że ktoś faktycznie biegle zna inny język i jest w stanie przetłumaczyć swoje dzieło.

Polska, Polska!

Można zdecydować się na publikacją w ramach wydaje.pl. Rozsądna rzecz, ale promocja dalej pozostaje w rękach autora. Jeżeli nie będzie miał na nią sensownego pomysłu, to nikt (za darmo) nie przyjdzie mu z pomocą. Na wydaje.pl można znaleźć garść wskazówek jak promować swoje dzieła. Po stronie portalu najcenniejsza wydaje się płatna recenzja. Ale znając współczesną sytuację krytyków (mało kto ich słucha) może okazać się ona mało opłacalną inwestycją. Dwie z nich można znaleźć na blogu bookjob.pl prowadzonym przez wydaje.pl. Przeczytałem je i nie jestem do nich przekonany.

Są dobrze napisane, ale zakrawają na szkice krytycznoliterackie. I tu jest ich problem. Recenzja faktycznie jest gatunkiem ściśle związanym z krytyką literacką, ale nie powinna przerażać skomplikowaniem. Z mojego recenzenckiego doświadczenia wynika, że nie powinna być ona ani za trudna, ani za długa. Powód jest prosty – w przeciwnym razie mało osób ją przeczyta. Musi zawierać również element wartościowania. Te dwa teksty, które znalazłem na bookjob.pl są nasycone specjalistycznym językiem oraz odwołaniami. Cieszę się, że taki model krytyki wciąż istnieje, że są ludzie, którzy tak piszą o tekstach, ale nie widzę dla nich dużego zastosowania przy promocji książki. Niekoniecznie mogą przekonać nieprzekonanych, a najbardziej obawiam się tego, że bardzo dużo osób takich tekstów nie przeczyta.

Wracamy do punktu wyjścia: promocja leży po stronie autora. Zupełnie odmiennym przypadkiem są Gry losowe Joanny Dziwak. Pieniądze na jej debiut zbierano na portalu wspieramkulture.pl. Dlaczego piszę „zbierano”? Bo w imieniu autorki działał Ha!Art. Korporację Ha!Art znają wszystkie osoby, które interesują się literaturą. A już na pewno ci z kierunkowym wykształceniem. Gry losowe to przykład crowdfundingu, społecznościowej zbiórki pieniędzy na daną rzeczy, w tym przypadku na książkę. Ale nie jest to samowydanie się. Osoby, które faktycznie zbierają na swoje książki i nie korzystają z pomocy wydawnictw z ustaloną na rynku pozycją mają znacznie trudniej. Na pewno nie jest to niemożliwe, ale bardziej skomplikowane.

Co z tymi pieniędzmi?

Pisarz potrzebuje pieniędzy na swoją pierwszą książkę – na jej wydanie i promocję. Debiut to inwestycja, której ryzyko można rozłożyć za pomocą crowdfundingu. A ten stanowi przykład ubicia trzech zwierzy jednym strzałem. Zapewnia pewną formę promocji, pierwszych czytelników oraz pozwala na wydanie książki.

Być może możliwości debiutantów są nieograniczone, ale tak nie jest z zasobnością portfeli.

MMORPG idealne?

28 sierpnia 2014 Guild Wars 2 skończy dwa lata. Tak, już tyle czasu minęło od premiery tej gry. I gracze nie doczekali się żadnego dodatku. W zamian za to wirtualny świat napędzają aktualizację związane z Living Story. Pierwszy sezon był taki sobie (przynajmniej moim zdaniem). Miał swoje bardzo mocne oraz bardzo słabe momenty. Teraz jest lepiej. Drugi sezon jest o wiele ciekawszy i ma bardzo spójną strukturę. Zapewne przypisanie jednego zespołu – zamiast czterech – poprawiło jakoś aktualnej narracji. Ale wielu graczom sen z powiek spędza jedno pytanie: dlaczego Guild Wars 2 nie jest „WoW killerem”?

Odpowiedź jest banalna: bo być nim nie musi. Podobnie (przed premierą) mówiono o The Elder Scrolls Online, a jak wyszło to wiedzą wszyscy zainteresowani. Gra Blizzarda zrobiła bardzo dużo dla rynku MMORPG i nigdy nie zostanie zapomniana. Guild Wars 2 to odświeżenie tego schematu, wybranie inne drogi i – mam taką nadzieję – gra ta również zapisze się w historii gatunku. Ale nigdy nie miała szans na pokonanie legendarnego World of Warcraft. W momencie premiery Guild Wars 2 za produkcją studia Blizzard stało już kilka lat tradycji i miliony graczy, którzy byli przywiązani do tej marki. WoW powoli wytraca swoją popularność i być może kiedyś zastąpi go druga część. I przyznam szczerze, że jestem bardzo ciekaw jak będzie wyglądał finał tej legendarnej gry.

Jednak na chwilę obecną znacznie bardziej interesuje mnie Guild Wars 2. Po dwóch latach wiem, że trafiłem na MMORPG idealne – oczywiście dla mnie. Przepełzłem przez MU Online, potem biegałem po świecie CABALa, pozwoliłem sobie na flirt z Linage II oraz półroczny związek z WoW. Przed premierą Guild Wars 2 okazjonalnie grałem w Runes of Magic, czyli darmową kopię WoWa. Żadna z powyższych produkcji nie zatrzymała mnie na dłużej, niż osiem miesięcy. W takim razie, czym przyciągnęli mnie do siebie twórcy Guild Wars 2?

Hajs się musi zgadzać

Na pewno istotną zaletą tej produkcji jest jednorazowa opłata. Za dostęp płaci się wyłącznie w momencie zakupu gry (dostępna jest edycja pudełkowa, jak i cyfrowa). Mikropłatości są, ale nie wpływają one za bardzo na rozgrywkę. W sklepie zajdziemy głownie różnego rodzaju skórki oraz „ułatwiacze” (np. portal do domowej instancji lub nielimitowane narzędzia służące do wydobywania materiałów), jednak nie ma w nim żadnym przedmiotów, za pomocą których gracz uzyska znaczną przewagę nad innymi.

Guild Wars 2 to sensowna realizacja modelu B2P (buy to play; kup, aby grać), a nie P2W (pay to win; zapłać, aby wygrać). Twórcy w różny sposób próbują zmonetaryzować elementy gry, ale (jak do tej pory) jeżeli ktoś nie chce korzystać ze sklepu, to nie musi. Nie ma takiego obowiązku. Zresztą klejnoty (gems) można kupić za złoto zdobyte w grze. Przelicznik nie jest zbyt korzystny, ale jak komuś bardzo zależy na nowym wyglądzie pancerze, to może ją zdobyć bez wydawania „prawdziwych” pieniędzy.

Współpraca, głupcze!

Jednak największą zaletą Guild Wars 2 jest – przynajmniej dla mnie – nastawienie na współpracę. Społeczność graczy nie jest zbudowana na zasadzie „kto ma większą broń i lepszy pancerz”, ale na umiejętnościach i wzajemnej pomocy. Lochy można przejść dowolną konfiguracją profesji. Wystarczy, że osoby biorące w nich udział będą znały mechanikę i potrafiły prowadzić swoje postacie. Ludzie grający w Guild Wars 2 są niezwykle pomocni i cierpliwi. Każdy przejaw agresji lub braku współpracy jest piętnowany. Dlatego zawsze jestem zdziwiony, gdy ktoś stwierdza, że boi się spróbować swoich sił w lochach lub unika bardziej skomplikowanych wydarzeń.

A przecież na pewno znajdzie się grupa, która chętnie pomoże nowicjuszowi w poznaniu kolejnej ścieżku lub w przejściu historii. Może wystarczy poszukać sobie przyjaznej gildii? Takich w świecie Guild Wars 2 jest pełno. Oczywiście można trafić na czarne owce, ale one są wszędzie – zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym. Trzeba je po prostu ścierpieć i starać się unikać. Zresztą, po pewnym czasie, każdy gracz ma na liście kilku znajomych, z którymi spokojnie może wykonywać rożnego rodzaju zadania. Gildia nie jest aż tak potrzebna. Ułatwia życie, ale nie należy traktować przynależności jako czegoś niezbędnego.

Grind okazjonalny

Każda gra z gatunku MMORPG zawiera w sobie element grindu. Dokładnie tak samo jest w przypadku Guild Wars 2. Jednak twórcy postanowili odrobinę zmodyfikować ten element. Przede wszystkim wcale nie trzeba spędzić 4000 godzin, aby uzyskać najlepszy ekwipunek. W zupełności wystarczają przedmioty egzotyczne (exotic). A te można znaleźć absolutnie wszędzie. Trzeba pamiętać o tym, że system dystrybucji przedmiotów (wszystko oparte jest na wartościach losowych) może doprowadzić gracza do szewskiej pasji, ale można się do niego przyzwyczaić i uznać, że jest taki jest urok gry.

Jeżeli nie mam ochoty grindować lub farmić, to tego nie robię. Gra nie narzuca takiego obowiązku. Większość przedmiotów można kupić na Trading Post, niewiele jest ekskluzywnych rzeczy niemożliwych do nabycia. Nawet jeżeli nie można zdobyć w ten sposób produktu końcowego, to na pewno będzie można kupić elementy potrzebne do jego stworzenia. Po prostu. Wystarczy złoto albo cierpliwość. To gracz wybiera, a nie twórcy.

Gra idealna?

Dla mnie tak. Przez dwa lata Guild Wars 2 zapewniło mi bardzo dużo rozrywki. Ma błędy i niedociągnięcia, ale nie są one zbyt irytujące. Najbardziej podoba mi się to, że grę można spokojnie zostawić na miesiąc (wystarczy zalogować się dwa razy, aby odblokować kolejne rozdziały Living Story), a potem bez problemu do niej wrócić.

Współpraca, brak dodatkowych opłat oraz „okazjonalność” – właśnie te trzy elementy sprawiły, że chętnie spędzam czas grając w Guild Wars 2. I moje zainteresowanie nie słabnie! Wprost przeciwnie – zdarzają mi się okresy większej aktywności.

//Guild Wars 2 można nabyć na stronie producenta w promocyjnej cenie (19,99 EUR za edycję standardową oraz 29,99 EUR za edycję rozszerzoną).

Problem walki

Karl Ove Knausgard Moja walkaIstotnym literackim wydarzeniem ostatnich miesięcy była publikacja polskiego przekładu Mojej walki. Wszystkie poratle prześcigały się w recenzjach, chwaląc styl autora (co jest bardzo ciekawe, ponieważ odbiorca ma do czynienia z tłumaczeniem), stawiając tę książkę obok dzieł Prousta i Joyce’a oraz stwierdzając, że jest to pozycja nudna, zabijająca czytelnika mało wartką akcją i zbyt długimi akapitami. Tak samo jak ten wstęp.

Dziękuję wszystkim, którzy przez niego przebrnęli. Teraz pozwolę sobie przejść do recenzji pierwszego tomu Mojej walki autorska Karla Ove Knausgårda. Ustalmy rzecz najistotniejszą: jest to książka na miarę Prousta i Joyce’a. Ale nie mam na myśli genialności autora – bo to kwestia dyskusyjna i sam mam co do tego wątpliwości – tylko tematykę samego tekstu. Proust mierzy się z metaforą, pokazuje w jaki sposób można ją konstruować i wykorzystywać w prozie. Joyce to atak na samą formę powieści, eksperyment formalny, którego celem jest wydobycie przeźroczystości tekstu i pokazanie go czytelnikowi. A Knausgård próbuje opisać sposób, w jaki życie staje się literaturą, a to znaczy, że również mierzy się z zagadaniem formy, ale robi to inaczej, niż wymienieni wcześniej autorzy.

Z życiem, panowie pisarze, z życiem

Knausgård mierzy się z Życiem. Próbuje pokazać, gdzie i w jaki sposób staje się ono literaturą, jakich zabiegów wymagają wydarzenia, aby stać się atrakcyjne dla czytelnika. Istotne jest tutaj to, że książka ta – podobnie jak i Joyce oraz Proust – nie ma zachwycać fabułą, ale rozwiązaniami formalnymi. Jednocześnie Mojej walce daleko do literatury dla „specjalistów”. Wymaga ona znacznego obycia w kulturze literackiej, ale nie tej skandynawskiej, tylko zapoznania się z tekstami dotyczącymi pewnych ogólnych zasad i założeń istniejących w każdej jej lokalnej formie. Potrzebna jest tutaj umiejętność czytania wyrobiona w trakcie lektury tekstów metaliterackich.

Dopiero wtedy książka Knausgårda zaczyna nabierać kolorów. Czytelnik obserwuje w jaki sposób autor zmaga się z życiem, ale nie na płaszczyźnie autobiograficznej, tylko literackiej. Wyzwaniem jest umiejętne opisanie własnych losów, bez utracenia połączeń, dokonanie wyboru i nazwanie momentów przełomowych. Dopiero wtedy literatura zaczyna mówić o Życiu, ale czy o tym prawdziwym, czy podlegającym zabiegom estetyzacji? Knausgård daje jednoznaczną odpowiedź: Moja walka to nie tylko autobiografia mająca wymiar terapeutyczny, ale także wyraźne „upiększenie” własnej egzystencji. Przelanie życia na papier pozwala wymaga dystansu do własnego losu i umiejętności selekcji. Bez tych dwóch elementów, taka opowieść, staje się nieznośnie nudna. A tak nie jest w przypadku Mojej walki.

Oczywiście osoby, które poszukują fabuły pełnej zwrotów akcji – zawiodą się. W książce ważniejsze są różnego rodzaju formy stosowane przez autora. Inaczej podchodzi on do miłości, a inaczej do smutku. Twórca doskonale rozumie, że konkretne uczucia należy opisać w odpowiedni dla nich sposób. Zmienia rytm narracji i – co najważniejsze! – potrafi postawić się w roli odbiorcy. W końcu wszyscy pisarze zaczynają od czytania literatury, a dopiero później ją tworzą. U Knausgårda bardzo ważny jest proces oddzielania Ja Autobiograficznego od Ja Tworzącego Powieść. Na tej płaszczyźnie pojawiają się różnego napięcia, skrupulatnie opisywane przez autora. Moja walka polega na przelewaniu Życia w literaturę. Właśnie dlatego w treści pojawia się wiele komentarzy odautorskich. Książka jest wręcz na nich zbudowana, dopiero obok są wydarzenia.

Inna równowaga

Osobom, które nie są gotowe na zachwianie struktury narracyjnej i położenie większego nacisku na wypowiedzi autora – nie polecam Mojej walki. Natomiast czytelnicy poszukujący literackich wyzwań powinni koniecznie sięgnąć po tę książkę. Może się nie spodobać, ale hermeneutyczna zasada mówi, że teksty, które nas odrzucają mogą nas najwięcej nauczyć. Oczywiście o sobie.

Dla mnie Moja walka jest pozycja wyjątkową, najlepszą książką jaką przeczytałem przez ostatnie pół roku. Pozycja obowiązkowa dla tych, którzy uwielbiają literackie eksperymenty formalne.

Karl Ove Knausgård, Moja walka, tom 1

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014

okładka twarda, 520 stron

Czas na Kraków!

Razem z Żoną rozpoczęliśmy nasze wakacyjne podróże. W tym roku planujemy odwiedzić kilka miejsc i odrobinę więcej pozwiedzać. Na pewno będziemy jedli i poszukiwali ciekawych knajp/restauracji (niepotrzebne skreślić). Pierwszą podróż odbyliśmy do Krakowa. Tak po prostu, w ramach naszego co półrocznego odwiedzania dawnej stolicy Polski. I tym razem wróciliśmy niezwykle wymęczeni oraz bardzo zadowoleni z pewnego odkrycia.

Ale trzeba skądś wyruszyć, wszystko ma jakiś początek. Naszym miastem startowym była Dąbrowa Górnicza. To tam czekaliśmy na busa, który zabrał nas do Krakowa. Skorzystaliśmy z oferty przewoźnika Kayatrans. Do Krakowa można dostać się za dyszkę od osoby. Jednak trzeba mieć na uwadze dynamiczną jazdę kierowcy busa! W niecałe półtorej godziny byliśmy na miejscu i okazało się, że moja Żona nie najlepiej znosi tego typu przejazdy. Dlatego wróciliśmy wykorzystując inny rodzaj komunikacji. Ale wszystko po kolei.

W trakcie oczekiwania na przyjazd busa – bo na przystanku trzeba znaleźć się znacznie wcześniej, żeby zdobyć miejsce – spoglądaliśmy w kierunku resztek kina Ars. Jest to doskonały przykład miejsca będącego w specyficznym zawieszeniu. Od 2012 roku słyszy się, że zostało ono sprzedane, że powstanie w nim hotel i restauracja, że niby zmienia się od środka. Ale na zewnątrz nie dzieje się nic. Szkoda, że Dąbrowa Górnicza straciła kino studyjne z historią. O ile będzińskiej Nowości nie jestem w stanie żałować (za to wciąż zastanawiam się jakim cudem miejsce to funkcjonuje), to Arsu jakoś mi szkoda. Wydaje mi się, że mogło być kinem studyjnym na miarę katowickiego Światowida. Mam tylko nadzieję, że Ars nie podzieli losu Capitolu i nie zostanie w nim otwarty klub.

Obserwację kina – i rozmowę o nim – przerwał nam przyjazd busa. Szybko postanowiliśmy ustawić się w kolejce, wsiąść, zapłacić i dostać się do Krakowa.

Muzeum, burgery i duchota

Nasza wyprawa miała też wymiar kulturalny. Chcieliśmy zobaczyć wystawę dotyczącą twórczości Stanley’a Kubricka. Rzecz niesamowita, pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów tego reżysera. Niezapomniane wrażenie robią wszystkie oryginalne rekwizyty oraz notatki Kubricka. Szczególnie, gdy chodzi o uwagi na marginesach, wielokrotne poprawianie i skreślanie kwestii, a także precyzyjne planowanie każdego elementu produkcji filmu. Sama wystawa została podzielna na tematyczne „pokoje”. Zwiedzający podróżuje po twórczości Stanley’a Kubricka i zapoznaje się nie tylko z jego największymi dziełami, ale także z pierwszym zdjęciami zrobionymi dla magazynu „Look”.

Przyznam szczerze, że nie potrafię wskazać, który fragment podobał mi się najbardziej. Na pewno godny odnotowania jest jeden fakt: można zobaczyć Oscara z bliska. Natomiast osobom mniej zainteresowanym nagrodami filmowymi polecam nóż i siekierę z Lśnienia oraz zegarek z Myszką Miki z Full Metal Jacket. Dla każdego, coś miłego! Zwiedzanie (oraz dotarcie do Muzeum Narodowego) zajęło nam chwilę i nie spodziewaliśmy jak wiele zmieni się na dworze. Gdy opuściliśmy gmach uderzył nas niemiłosierny upał.

Chciałoby się rzec: sorry, taki mamy klimat, a potem dodać: trzeba było siedzieć na Zagłębiu, a nie wypuszczać się na wojaże w upalne lato. Mówić można wiele, w mniej lub w bardziej, ironiczny sposób, ale zwiedzanie, w taką pogodę, staje się całkowicie niemożliwe. Poszliśmy na chwilę posiedzieć nad Wisłą i poobserwować jak cudzoziemcy mieszają się z Polakami. Ale nie wytrzymaliśmy tam zbyt długo. Prażące słońce i duchota pognały nam w kierunku Rynku. Wyruszyliśmy w poszukiwaniu czegoś do jedzenia.

Mamy taką zasadę, że zawsze odwiedzamy kawiarnię Botanica. Niestety był to nasz ostatni raz. Napoje bardzo się zepsuły, Żona dostała praktycznie ćwierć szklanki syropu kokosowego z dodatkiem mleka i kawy. Ja ze swojego wyboru również byłem średnio zadowolony. Mrożone kawy „kiedyś” były mocniejsze. A trzeba zaznaczyć, że ceny się nie zmieniły. Natomiast jeżeli chodzi o jedzenie, to trafiliśmy na bardzo interesujące miejsce.

Wszystkim fanom dobrego burgera polecam Antler Poutine&Burger. Obaj panowie z wyjątkowym namaszczeniem przygotowywali nasze – oraz pozostałe – zamówienia. Smażyli mięso, suszyli sałatę i cieli bułki. Nie było w nich nawet odrobiny charyzmy, ale burgery robią po prostu genialne! Nie są to wysuszone kawałki mięsa z przypadkowym piklem i pomidorem. W Antler można zjeść solidny posiłek, porządną bułę napchaną soczystą wołowiną i dodatkami. Karta jest niewielka, a kolejne pozycje różnią się przede wszystkim wagą mięsa. Dodatki są różne, a na wyjątkową uwagę zasługuję grubo krojone frytki, z żółtym serem i sosem pieczeniowym. Rzecz absolutnie wspaniała! Idealnie komponowała się z wybranymi przez nas burgerami. Dlatego jeżeli ktoś chce zjeść porządny obiad, a nie wytłuczoną bułkę w Macu, to powinien niezwłocznie udać się na Gołębią 10 w Krakowie. Ten mały lokal można łatwo przeoczyć!

Pora wracać

Zjedliśmy, wypiliśmy średnią i kiepską kawę, pospacerowaliśmy i postanowiliśmy wracać. Tym razem zdecydowaliśmy się na stare, (nie)dobre PKP. Pociąg – oczywiście – nagrzany, konduktor cały czas chodził i zamykał okna, a na jednym z przystanków dosiedli się woodstokowicze z plastikową butlą pełną kiszonych ogórków. A to wszystko za 19 zł z groszami za dwie osoby do Katowic. Trochę taniej, niż w busie, ale podróż do trwa ponad 2 godziny.

Wymęczeni wróciliśmy do domu. Było warto wybrać się do Krakowa. Chociażby dla burgerów i Kubricka.