Niech żyje Dulska!

Dulska odżyła na deskach Teatru Powszechnego w Radomiu. Przypomniała widzom, że w większym lub mniejszym stopniu wszyscy mamy w sobie jakieś instrukcje, pseudoreguły, które stosujemy w kontaktach z innymi, a one niekoniecznie są słuszne. Morał jest prosty: nie wolno tracić dystansu do samego siebie, w przeciwnym razie człowiek staje się tyranem codzienności.

Pani Dulska (Izabela Brejtkop) została zaprezentowana jako osoba nadmiernie troszcząca się o zdanie innych. Najważniejsze było dla niej nieskalane nawet najdrobniejszą plotką nazwisko. Pełna władczego chłodu dyrygowała całym domem. Świetnym kontrapunktem dla niej były pełne życia i energii, przedstawione w nieco gimnazjalnej stylistyce Hesia (Paulina Dziuba) i Mela (Maria Gudejko). Swoją młodzieńczą naiwnością udowadniały, że istnieje gdzieś świat, w którym podziały nie są, aż tak oczywiste. Jednak czuwała nad nimi sytuacyjna terrorystka – Aniela Dulska i krępowała każdy, nawet najmniejszy wybuch młodzieńczego entuzjazmu.

Między nimi krążył, wymownie milczący, Felicjan Dulski (Jarosław Rabenda). Obserwował sytuację niczym rasowy strateg i w odpowiedniej chwili wypowiedział jedno zdanie. Zabrzmiało ono niczym huk armatniego wystrzału. Jednak “mury” sytuacji zaprojektowanej przez Juliasiewiczównę (Joanna Jędrejek), przy – raz cichym, a raz głośnym – wsparciu Anieli Dulskiej, pozostały niewzruszone. Wszystkim przyszło zgodzić się z tym, co wymyśliła i postanowiła caryca domu. Innych możliwości nie było.

Jednak spodziewanego konfliktu pokoleń w radomskim spektaklu raczej się nie dopatrzyłem. Za to ostro ujrzałem walkę klas, która toczyła się na linii Aniela Dulska – Hanka (Karolina Łękawa). Pierwsza stanowi uosobienie drobnomieszczaństwa, które uważa, że świat został już urządzony i nie należy go zmieniać. Druga – przedstawicielka raczej dolnych warstw społecznych – zaszła w w ciążę z paniczem Zbyszkiem (Wiktor Korzeniowski) i próbuje odnaleźć się w trudniej sytuacji. Małżeństwo mogło by być  dla niej szansą na wejście do wyższego stanu, jednak głośno i gwałtownie wyrażany przez Zbyszka zamiar popełnienia mezaliansu Aniela Dulska bezceremonialnie sprowadza “do parteru” i bez ceregieli przypomina Heli gdzie jest jej miejsce, po prostu, kupując jej milczenie. Kluczowa jest scena, w której Dulska rzuca pieniędzmi, a Hela podnosi je z podłogi. Wtedy ujawnia się siła banknotów, które co prawda nie rozwiązują problemów, ale przynajmniej pozwalają skutecznie i łatwo ukryć kłopotliwą prawdę. Aniela Dulska tryumfuje i może wrócić do swoich apodyktycznych rządów. Całe to zdarzenie nie spowodowało w niej żadnych zmian, nie wywołało refleksji, może jedynie nieco ją zmęczyło. Włada domem tak samo, jak na początku. Zapada w sen. Zapewne tylko po to, aby obudzić się w dobrze jej znanym, uporządkowanym świecie.

Siła interpretacji tego przedstawienia tkwi głównie – oprócz fundamentu postawy Dulskiej -  w mocno i wyraziście zagranej przez Karolinę Łękawę Heli. Tragedia jej bohaterki rozdziera duszę, a cierpienie obezwładnia. Miota się, próbując utrzymać na powierzchni swoją godność. Dulska jednak postanowiła ją utopić. A jej słowo ma moc sprawczą i w żaden sposób Hela nie może już uniknąć klęski. W obliczu konfliktu tych dwóch postaw niezwykle blado wypada Zbyszko. Nie opowiedział się po żadnej ze stron. Być może usiłuje zachować status quo swojego stylu zycia, ale jest to postawa egoistyczna i konformistyczna. Pozostał marionetką,  której sznurki w gruncie rzeczy pociągała wszechwładna matka. Może nawet w pewnym momencie próbował zachować się jak mężczyzna jednak w konsekwencji zwyciążyła “dulszczyzna” w wydaniu Felicjana.

Spektakl Bogusława Semotiuka jednoznacznie udowadnia, że nie trzeba całkowicie przerabiać klasyki oczyszczając ją z charakterystycznego klimatu. “Wystarczy” mieć solidny reżyserki pomysł, Zofię de Ines do zaszalenia w kostiumach i trupę złożoną z kreatywnie myślących aktorów, by wydobyć – na przykład -  z „Moralności pani Dulskiej” to, co ponadczasowe i uniwersalne, jednocześnie pozostawiając koloryt i atmosferę stworzoną przez autora. Semotiuk nie zgorszył,  nie zbulwersował, a jednak zagwarantował widzom Teatru Powszechnego w Radomiu błyskotliwy spektakl i mądrą rozrywkę, zaś realizatorom sporo satysfakcji z pracy nad ostatnią już – w tym udanym dla teatru sezonie – premierą.

//Tekst opublikowany na stronie Dziennika Teatralnego.

Sztuka o walce pokoleń

Adrian Jaworek: Ile jest Dulskiej w przeciętnym Polaku?

Bogusław Semotiuk: Trudno mi to oceniać. Najlepiej będzie, jeżeli każdy przejrzy się sam sobie. Na pewno trudno będzie się nam do tego przyznać, ale w zaciszu własnego sumienia, każdy sobie odpowie ile jest w nim Dulskiej.

Czy w takim razie „Moralność pani Dulskiej”, w pana reżyserii, będzie rodzajem lustra, w którym każdy będzie mógł się przejrzeć?

Tak, ponieważ jest to sztuka o walce pokoleń, jest to utwór, który mówi o buncie młodego pokolenia w stosunku do zastanego świata, z którym się nie zgadza, którego nie akceptuje, z którym walczy. I próba zmiany, jest mniej lub bardziej udana. W tym wypadku zwyciężyła moralność pani Dulskiej, a nie Zbyszka.

„Moralność pani Dulskiej” to dramat mocno osadzony w kanonie. Czy próbuje go pan w pewien sposób uwspółcześnić?

Na pewno uwspółcześnia się problem, który pojawia się w każdym pokoleniu, w każdym czasie jest on aktualny. Nie zależało mi na tym, aby sztuka kojarzyła się z okresem fin de siecle, z czasem, w którym została ona stworzona. Kostiumy i design nie jest w pluszach i nie w starościach, a nawiązuje do tego, co możemy spotkać między nami i na ulicy. Jednak najważniejsze jest to, aby każdy identyfikował się z problemem przedstawionym w sztuce.

Nie modyfikowałem za bardzo zamysłu Zapolskiej. Skróciłem pewne fragmenty, aby wzmocnić, uwypuklić reakcje i pewne konflikty. Ale tekst jest oryginalny, nic w nim nie zmieniałem.

Jaka myśl towarzyszy panu w trakcie pracy nad premierą? Co chciałby pan w niej pokazać.

Trudno jednoznacznie powiedzieć. Cały czas czytam Zapolską jako tragifarsę. Najbardziej zainteresował mnie bunt Zbyszka, czyli próba wyrażenia samego siebie podejmowana przez młodzież jako opór przeciwko zastanemu porządkowi. Jest to temat, który znajdziemy w wielu dramatach, zarówno tych współczesnych, jak i klasycznych.

Realizując „Moralność pani Dulskiej” inspirował się pan wcześniejszymi interpretacjami, czy postanowił pan stworzyć coś całkowicie odmiennego?

Nie jest to moja pierwsza realizacja „Moralności pani Dulskiej”. Zawsze staram się stworzyć coś, co będzie odpowiadało energii, która towarzyszy mi w danym momencie. Dzisiaj jestem w takiej chwili swojego życia, że skróty są inne. Przede wszystkim jednak spotykam nowych ludzi, nowych aktorów, wspaniałych aktorów radomskiego teatru, w którym reżyseruję po raz pierwszy. Nie chcę nic robić wbrew ich energii. Oni wypełniają sobą moje propozycje.

Jak wyglądała praca z aktorami? Pojawiły się zgrzyty, czy była ona płynna?

Trudno nazwać pracę płynną, to nie jest taśma, to jest praca między ludźmi. Ale porozumienie jest wspaniałe, współtworzymy ten spektakl.

Zadanie reżysera polega na rozdmuchaniu energii aktorów, na sprowokowaniu ich do działania.

A czym się różni aktualna realizacja od poprzedniej?

Nie wiem, czy czymś się różni. Cały czas intryguje mnie walka, donkiszoteria i niemoc Zbyszka, który pragnie wyrazić siebie.

Uwspółcześnia pan stroje, dzięki temu mamy poczuć, że dulszczyzna pojawia się tu i teraz?

Tak, tu i teraz, a za x lat również będą Dulskie, będzie mąż Dulskiej ze swoim milczeniem, będzie Zbyszko ze swoim buntem, będą córki wchodzące w dorosłe życie nie tak jak Dulska im to proponuje. Człowiek jest niezmienny, te elementy wciąż będą się pojawiały.

„Moralność pani Dulskiej” jest dla mnie ponadczasowa, tak jak cała klasyka. Sprawdziła się wtedy, gdy została napisana, sprawdza się również teraz. Jeżeli interpretacja nie jest wypaczona jakimiś udziwnieniami – działa tak samo dobrze.

Dulszczyznę można spotkać w innych krajach Europy, Zapolska ujęła to w świetny sposób.

Dulszczyzna to przypadłość codzienności, czy polityki?

O to należy zapytać socjologów. Polityka jest zbudowana z innych uwikłań, niż to czym zajmujemy się w teatrze, czyli człowiekiem „tu i teraz” – odartym, odsłoniętym i obnażonym. Takiego człowieka chcemy widzieć, polityka jest zakamuflowana.

Jest pan także wykładowcą na łódzkiej PWSFTviT. Czy w Radomiu zastosował pan jakieś dydaktyczne wskazówki dla młodych aktorów pochodzące doświadczeń szkolnych?

Nie, profesura nie ma nic wspólnego z moją realizacją „Moralności pani Dulskiej”. Pomagam tylko techniką zawodową w sensie świadomości scenicznej.

Życzę sukcesu i dziękuję za rozmowę.

//Wywiad opublikowany na stronie Dziennika Teatralnego.

Salon Literacki: Justyna Bargielska

Justyna Bargielska jest przedstawicielką młodego pokolenia pisarzy. Znana z poezji, a najbardziej z “Obsoletek”, prozy poetyckiej, w której zmierzyła się z tematem poronienia. Była gościem VIII Sosnowieckich Dni Literatury. Spotkanie, które odbyło się 10 maja, prowadziła dr Agnieszka Nęcka z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach

Tworzenie literatury dla Justyny Bargielskiej polega na kolekcjonowaniu wrażeń i najróżniejszych doświadczeń. W trakcie spotkania autorskiego przyznała, że inspiracją bywają dla niej brukowce pokroju „Fakt” lub „SuperEkspres”. Nie ma w tym nic dziwnego. Osoby, które piszą dla tego typu mediów muszą wykazać się nie lada kreatywnością, aby stworzyć tak niebanalne historie. Najnowsza powieść Justyny Bargielskiej, która, jak obiecała autorka, ukaże się jeszcze w tym roku, jest inspirowana tego typu artykułem.

Niestety, osobom obecnym na spotkaniu autorskim, nie dane było usłyszeć fragmentów nowego tekstu autorki. Zadziałała złośliwość rzeczy martwych. Początek powieści, który chciała zaprezentować Justyna Bargielska zaginął w przestrzeni dysku twardego. Ukrył się tak dobrze, że mimo usilnych prób jego odnalezienia, pozostał w tylko sobie znanym folderze. Jednak Justyna Bargielska zdradziła temat przewodni fabuły. W nowej powieści przeczytamy o romansie nożownika Pajdy z dwiema kobietami – jedna to feministką, a druga typową matką Polką.

Spotkania autorskie pozwalają zobaczyć kim jest autor, to dotknięcie żywej postaci, która mówi „tu i teraz”, a nie z literackiej perspektywy. Justyna Bargielska jest postacią żywiołową, dygresyjną i opowiadającą z niezwykłą lekkością o twórczości i swoim życiu. Mimo, że wielu krytyków opisuje jej literaturę jako podejmującą temat utracenia i pesymizmu to autorka jest wulkanem energii. Dla niej twórczość nie ma wymiaru terapeutycznego. Jest to opowiadanie wciągających historii, tworzenie pobudzających wyobraźnię ciągów słownych. Justyna Bargielska sama zwraca uwagę na to, że pisze przede wszystkim dla kobiet. Świadczy to o tym, że jest autorką świadomą swojego warsztatu oraz sposobu, w jaki opowiada historie. Oczywiście mężczyźni również odnajdą się w światach projektowanych w wierszach i prozie Justyny Bargielskiej. A być może, po przeczytaniu jej utworów, lepiej zrozumieją kobiety.

// Relacja opublikowana na stronie Dziennika Teatralnego.

Kwiecień – kilka zdań podsumowania

Okoliczności przyrody: Dużo słońca. Jakoś jaśniej na świecie.

Temperatury: Podnoszą się. Atmosfera robi się gorąca.

Ludzie, o których się potknąłem: Irytujący swoją zapożyczoną genialnością, która nijak ma się do ich intelektualnych możliwości.

Idee i wierzenia: Wiara, że 100 kartek ocali prywatny świat stała się niezwykle popularna.

Czas: Przeliczany na strony, z precyzją godną zegara atomowego.

Kultura materialna: Wtłaczanie w czyste kartki myśli zabrudzonych pojęciami postmodernizmu.

Przejścia z transportem: Duszno, brak klimatyzacji w autobusach. Gęsta atmosfera roztapia indywidualność.

Anomalie: Z powodu upałów wszystko się rozpłynęło i pomieszało. Świat stał się pulsującą i gorącą breją.

Dynamiczna struktura “Mewy”

Z Gabrielem Gietzkym, reżyserem spektaklu “Mewa” w Teatrze Śląskim w Katowicach rozmawia Adrian Jaworek

Adrian Jaworek: W trakcie konferencji prasowej wspomniał pan, że „Mewa” składa się z czterech różnych form. Czy te formy posiadają twarde nieprzekraczalne granice, czy istnieje możliwość rozciągnięcia ich na nieznane terytorium?

Gabriel Gietzky: Punktem wyjście jest to co znane, bo to co, nieznane, nie wiemy, czym jest. Ale próbujemy to „żyłować”, czyli wyciągać do jakiś granic możliwości. Dlatego jest to dla aktorów przekraczanie, muszą używać sposobów, po które, zazwyczaj nie sięgają w spektaklach lub korzystają z nich rzadko i w wyjątkowych sytuacjach. Całą cześć muszą zagrać tego typu środkami, więc dla nich jest to forma wyzwania.

Wychodzimy od pewnej bazy i maksymalnie ją rozpychamy. Ten proces cały czas trwa i mam nadzieję, że uda się go zauważyć w realizacji. Na pewno osiągniemy pewien stan wyjściowy, ale ta przestrzeń grania będzie się rozszerzać.

Będzie pan to kontrolował?

Staram się przyjeżdżać na spektakle i doglądać jak postępuje realizacja. Ale nie zawsze jest to możliwe.

Pytanie o formę nasunęło mi się, ponieważ żyjemy w czasach, w których to pojęcie całkowicie się rozmyło. Aktualnie doświadczamy specyficznego przechodzenia „jednego w coś innego”. Czy u pana forma będzie stanowiła konkret?

Tak, dążymy do tego, aby każda część miała bardzo czystą, bardzo klarowną formę. Ona jest w ramach każdego aktu zamknięta i bardzo ścisła dla konkretnej części. Brak jakichkolwiek rozmyć. Pozwalamy sobie, ze względu na estetyczno-logiczną ciągłość, na to, aby w każdym akcie pojawiła się mikrocząstka, wejście aktora, jakieś zdarzenie sceniczne, które jest wyjęte z innej części. I przez zakwestionowanie na moment danej formy, formą z innej części, uświadomić widzowi, że to co ogląda nie jest przypadkowe, że jest to celowy zabieg.

Każda forma w „Mewie” jest bardzo precyzyjna, ale w każdym akcie pojawia się cząstka innego. W ten sposób tworzymy wspólny mianownik.

W takim razie w „Mewie” widz ma do czynienia ze strukturą dynamiczną, a nie z ułożonymi obok siebie skostniałymi konstrukcjami. Czy kolejne części są ze sobą zestawione w sposób ewolucyjny, czy synchroniczny?

Nazwałbym je światami równoległymi. W spektaklu, w czasie przerw w dramacie Czechowa, posługujemy się fragmentami dzieł filozoficznych mówiących o teatrze i o sposobie opowiadania i czytania teatru.

Fragmenty pochodzą z „Fenomenologii ducha” Hegla, „Świata jako woli i przedstawienia” Schopenhauera i manifestu Teatru Okrucieństwa Artaud. Mam nadzieję, że te wtręty filozoficzne uzmysłowią widzowi, o czym robimy to przedstawienie.

Moim zdaniem wybranie Hegla jest bardzo odważne. Jest to mało popularny filozof, który – przynajmniej w moim środowisku – jest uważany za myśliciela lewicowego, a często wręcz marksistowskiego.

Ale okazuje się, że jak filozofowie biorą się za teatr, to nagle u wszystkich pojawia się pewien rodzaj wspólnego mianownika. Wszyscy mówią, że teatr powinien być „czysty”, że służy pięknu, dobru i prawdzie. Bez względu na to, w którą stronę ciążą ich myśli wszyscy uznają, że teatr należy wznosić na bazie społeczeństwa służącego pozytywnym wartościom.

Z Hegla wyjąłem te fragmenty, które pasowały do mojej realizacji. Nie wykorzystałem wszystkiego, ponieważ zrobiłem już jeden filozoficzny spektakl, a na następny jeszcze nie czas.

Z Schopenhauera zapożyczyłem fragment, w którym zwraca zwraca się on do widza i każe mu być aktywnym. Podkreśla to, że udział odbiorcy jest niezbędny, spektakl jest aktem wspólnym.

Nie wpisałem tych fragmentów w strukturę dramatu. Pojawiają się na początku i na końcu każdej części. U Czechowa są trzy przerwy, między czterema aktami. To właśnie tam umieściłem te fragmenty.

Czy jest pan filozofem?

Nie. Filozofię zacząłem, ale jej nie skończyłem, ponieważ studiowałem na dwóch wydziałach jednocześnie i ciężko było mi pogodzić kierunki. Została mi taka amatorska fascynacja filozofią.

Ale widzę, że pomaga panu w reżyserii.

Tak. Zawsze jest to jakiś fundament, na którym mogę się podeprzeć, do którego jestem w stanie się odwołać i powołać na autorytet. Jeżeli pojawiają się jakieś kłopoty zawsze mogę stwierdzić, że to Schopenhauer tak powiedział, a ja to tylko zarysowałem.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

// Wywiad opublikowany w Dzienniku Teatralnym.